Wilno i Wileńszczyzna
Małgorzata Kozicz

Znani Wilniucy o sukcesach, adrenalinie i o tym jak zarabiać, ale nie pracować

Wilniuk potrafi - dzięki swoim osiągnięciom zawodowym udowodnili nieraz aktorka Joanna Moro, kolarz i rekordzista Guinessa Valerjan Romanovski oraz pilot, podróżnik Tadeusz Sołowiej. Podczas spotkania w ramach Światowego Zjazdu Wilniuków opowiadali o swoich pasjach, pracy i wyjątkowej tożsamości Wilniuka.

„Po wojnie z Wilna wyjechało prawie pół miliona osób. Byli to ludzie, którzy opuścili miasto nie z własnej woli – inteligencja, osoby związane z wojskiem. Nie mieli szansy wrócić, a później, kiedy było to możliwe, nie byli w stanie. Zostali ludzie, którzy nie musieli uciekać. Przez długie lata Polacy z Litwy pozostają tuż przed Cyganami pod względem najgorszego poziomu wykształcenia. To nie jest nasza wina, postawiono nas w takich okolicznościach, z którymi musimy się zmierzyć. Sytuacja stopniowo się polepsza. Dletego cieszy sytuacja, kiedy Polacy z Litwy bardzo dobrze sobie radzą” – powiedziała na początku spotkania moderatorka, dziennikarka Edyta Maksymowicz. Rozmówców pytała między innymi o to, czy fakt, że pochodzą z Wilna, był ułatwieniem w życiu.

„Początki były trudne. Byłam niepewna siebie, określano mnie jako naiwną. Tutaj, w Wilnie, panuje otwartość – przez to, że wychowujemy się w kulturze wielonarodowej, jesteśmy tolerancyjni. W Polsce w moim przypadku było tak, że inność była traktowana z delikatnym dystansem. Na egzaminach do szkoły teatralnej byłam traktowana jako ciekawostka, śmieszna dziewczynka z akcentem” – wspominała aktorka Joanna Moro.

Fot. Roman Niedźwiecki/ Joanna Moro

„Teraz jest łatwiej, granice są otwarte, mamy Unię Europejską, ludzie są przyjaźni inności. Powinniśmy docenić, że każde indywiduum jest bardzo wartościowe, każdy ma coś do zaoferowania, nie trzeba pomniejszać swoich zasług. Mówimy o sukcesach osiągniętych przez Wilniuków. Każdy z obecnych na sali coś osiągnął w swoim życiu, my tylko jesteśmy na świeczniku” – rozważała Moro.

Przyznała, że w show biznesie potrzebna jest stanowczość – wiedzieć, czego chcesz i dążyć do celu, nie ulegając wpływom innych.

Mówiąc o wyjątkowości Wilniuków aktorka przyznała, że lubią oni trzymać się razem i wspierać się nawzajem. „To są wszystko ludzie bardzo serdeczni”.

Joanna Moro zdradziła publiczności, że spodziewa się trzeciego dziecka. „Dzieci to jest miłość największa, a o miłość w życiu chodzi. Działam cały czas – ciąża i dzieci nie są żadną przeszkodą na drodze do rozwoju. My, kobiety, nie mamy łatwo. Oprócz tego, że mamy karierę, chcemy dobrze wyglądać, bo to jest od nas wymagane, to mamy też rodzinę, o którą trzeba zadbać. To nie jest łatwe, ale do zrobienia” – przekonywała Joanna Moro, dodając, że jedną z inspirujących postaci jest dla niej autorka książek i programów kulinarnych, matka czwórki dzieci, popularna na Litwie Beata Nicholson.

Aktorka przypomniała także o kampanii społecznej #KtoTyJesteś, w której bierze udział w Warszawie – organizowana przez Fundację „Pomoc Polakom na Wschodzie” kampania zachęca do nauki języka polskiego.

„Nie zapominajmy o tym, kim jesteśmy, skąd jestesmy, to jest nasza wartość. Zawsze podkreślam, że jestem Polką z Wilna, nie żałuję, że się wychowałam w Wilnie. Żałuję, że moje dzieci tu nie dorastają. Wilno to miasto bardzo tajemnicze, jak z wierszy Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – tutaj wrze i kotłuje się niebanalna energia” – mówiła Moro.

Joanna opowiedziała, że jej ulubione miejsca w Wilnie to między innymi Zarzecze, plaże w Wołokumpiach i kawiarnia przy ulicy Jogailos, gdzie można kupić pierożki z mięsem, parówką i ryżem – nadal dokładnie takie, jak 30 lat temu.

O trudnych początkach w Polsce opowiadał także kolarz Valerjan Romanovski, który mieszka za granicą od 25 lat.

Fot. Roman Niedźwiecki/ Valerian Romanowski

„Traktowano nas z bratem bliźniakiem jako osoby ze Wschodu, a jak ze Wschodu to na pewno Rosjanie. Bardzo nas to drażniło. Mieszkając na Litwie walczyliśmy o polskość, a przyjechaliśmy do Polski i musieliśmy dalej walczyć?! Z czasem jednak zmieniliśmy podejście. Jeżeli komuś przeszkadza nasz akcent czy pochodzenie, to on ma problem, nie my” – mówił Romanovski.

Wielokrotny zdobywca rekordów Guinessa i autor zadziwiających eksperymentów – np. 8 godzin jazdy na rowerze w komorze kriogenicznej przy temperaturze ponad -100 stopni czy 100 godzin w temperaturze -50 stopni – opowiedział widzom o swojej działalności.

„Mam zespół, który w zależności od projektu waha się od 10 do 40 osób, z którym analizujemy możliwości ludzkiego organizmu. Rekordy Guinesssa to efekty uboczne, świadczą one o tym, że pewną dziedzinę opanowaliśmy” – zaznaczył kolarz. W wieku 25 lat musiał skończyć z zawodowym kolarstwem, ponieważ usłyszał, że jest „za stary”.

„Zmieniłem dziedzinę sportu i zacząłem uprawiać ultramaratony, gdzie wiek jest zaletą, ponieważ człowiek doświadczony może osiągać lepsze efekty. Pierwszy rekord w jeździe po trasie przełajowej pobiłem w 2014 roku. Kolejny dotyczył 12-godzinnej nieprzerwanej jazdy na rowerze. Po kilku rekordach uświadomiłem sobie, że rywalizacja z samym sobą to trochę za mało, więc dodaliśmy czynnik zimna – wyjechaliśmy na Syberię”.

Najważniejszy rekord Romanovski chce pobić w 2020 roku w Jakucji – przejechać samotnie rowerem 1000 kilometrów.

Pytany o ryzykowną stronę swoich wyczynów kolarz podkreślił, że ryzyko to pojęcie względne. „Pytam okulistę – co się stanie z moimi gałkami ocznymi przy temperaturze -150 stopn – on nie wie. Czy jeżeli zaczerpnę powietrza w takich warunkach, nie spalę sobie płuc – nie wiadomo. A tymczasem ja jadę w temperaturze poniżej -100 stopni bez rękawic i nawet nie odmrażam rąk, ponieważ przez ręce odprowadzam ciepło z organizmu. Lekarz mówi – cud, a ja mówię, że wszystko jest możliwe” – podsumował rekordzista.

Ograniczeń nie stawia sobie także trzeci rozmówca, pilot, właściciel lotniska w Rudziszkach Tadeusz Sołowiej.

Fot. Roman Niedźwiecki/ Tadeusz Sołowiej

„Jako mały chłopak mieszkałem w podwileńskiej miejscowości Rudziszki, patrzyłem w niebo i myślałem nie o samolotach, nie o tym niebie, a o ludziach, którzy siedzą w samolocie. To dopiero szczęśliwi ludzie – myślałem, a u mnie tu wiocha. Krok po kroku zacząłem spełniać swoje marzenia, skończyłem szkołę lotniczą w Kazachstanie. Szybko jednak jako pilot komunikacyjny – a w Związku Radzieckim do tego prestiżowego zawodu przygotowywano naprawdę na wysokim poziomie – zrozumiałem, że to nudne” – opowiadał Sołowiej.

„Rozkłady, trasy, szefowie…Tak naprawdę pilot komunikacyjny to kierowca autobusu rejsowego, tylko w powietrzu. Postanowiłem, że będę latał sam – kiedy chcę i gdzie chcę”.

Krok po kroku doszedłszy do realizacji swojego marzenia, dziś Tadeusz Sołowiej uważa, że prywatne loty mają wielką przyszłość. „Widzimy co dzień, że pilotów brakuje, ilość ludzi latających zwiększa się co roku. W samych Niemczech jest około 9 tys. lotnisk. Tymczasem koszt podróży prywatnym samolotem dla 4-6 osób szacuje się jako podróż dobrej klasy samochodem” – zdradza.

Niedawno Sołowiej wspólnie ze słynnym polskim pilotem, podróżnikiem, pisarzem Romualdem Koperskim powtórzyli wyczyn pilota Bolesława Orlińskiego z 1926 roku – odbyli podróż kukuruźnikiem An-2 na trasie Warszawa-Tokio-Warszawa.

„To był czas po wojnie. Nie było normalnyc map, łączności radiowej w samolotach, prognoz pogody. Orliński ze swoim drugim pilotem Kubiakiem lądowali na łąkach przy miasteczkach. Samoloty latały wtedy na oleju rycynowym, a rycynę sprzedawano w aptekach, toteż wybierali się kanistrami i wykupywali zapas rycyny w okolicznych aptekach. Podczas swojej podróży ryzykowali, że Rosjanie w swoich ciemnych syberyjskich wioskach mogą ich zatłuc, bo nie wszyscy wiedzieli, że wojna się skończyła” – opowiadał Sołowiej.

Jak przekonywał, podróż przez dzisiejszą Syberię to zupełnie co innego.

„Dzisiejsza Syberia wygląda tak: jeżeli jest duże miasto, to jest w nim wszystko. Jeżeli wieś, to jej po prostu nie ma – zostały porzucone domy z zapadniętymi dachami. Dlatego przez długie kilometry nie ma żywej duszy, tylko lasy, tajga, tundra. Ale przylatujesz do miasta i masz fantastycznych ludzi, dobre jedzenie, dobre spanie, paliwo. I znowu kolejne 1000 kilometrów gdzieś na porzuconych lotniskach” – opisywał swoją podróż wileński pilot.

Z zebranymi podzielił się swoją receptą na sukces.

„Do 40 roku życia prowadziłem kilka firm i w wolnym czasie uciekałem na lotnisko. Zrozumiałem w końcu, że większosć czasu spędzam tam, gdzie nie lubię, a tylko kradnę czas na przyjemności. Uznałem, że trzeba robić to, co się chce i tam, gdzie się chce, a wówczas pieniądze same się pojawią. Przez ostatnie 10 lat w ogóle nic nie robię – latam, chodzę przy samolotach, jakieś pieniądze się znalazły” – pół żartem opowiadał Sołowiej.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!