Wspomnienia o „Słowie Wileńskim”: Codziennie ubolewam, że nie ma takiej gazety

Trwało krótko, ale było warto - twierdzili jednogłośnie byli pracownicy gazety "Słowo Wileńskie", którzy spotkali się w Instytucie Polskim na prezentacji książki "Na początku było Słowo". Spotkanie stało się też okazją do rozważań, czy dzisiaj możliwe byłoby powtórzenie takiego przedsięwzięcia medialnego i jak wyglądałaby polska społeczność na Litwie, gdyby "Słowo" ukazywało się nieprzerwanie w ciągu dwudziestu lat.

Małgorzata Kozicz
Wspomnienia o „Słowie Wileńskim”: Codziennie ubolewam, że nie ma takiej gazety

Fot. Joanna Bożerodska

Inicjatorem powstania „Słowa Wileńskiego” był ówczesny redaktor naczelny „Rzeczpospolitej” Dariusz Fikus, którego łączyły z Wilnem wspomnienia i ogromny sentyment – uciekając przed Niemcami, spędził tu z rodzicami cały okres wojenny. Współzałożycielami spółki wydającej „Słowo” po stronie litewskiej stali się Czesław Okińczyc i Stanisław Widtmann, który został także redaktorem naczelnym.

„Byliśmy przekonani, że „Rzeczpospolita” ma środki, a także moralny obowiązek, by zrobić coś dobrego dla mniejszości polskiej na Litwie. Chcieliśmy podzielić się sukcesem „Rzeczpospolitej” na miarę naszych możliwości. Niestety, przyszłość pokazała, że część działaczy z organizacji polskich na Litwie nie uwierzyła w nasze dobre intencje” – pisze w swoich wspomnieniach Jerzy Paciorkowski, w czasach „Słowa Wileńskiego” jeden z „dobrych duchów” gazety, sekretarz redakcji „Rzeczpospolitej”.

„Nie chciałem być kolonialistą”

Nastawienie części społeczeństwa polskiego nie było zresztą jedynym problemem, z którym borykała się gazeta. Po śmierci Dariusza Fikusa nowe kierownictwo zadecydowało o zamknięciu „Słowa Wileńskiego” z powodu nierentowności tytułu.

„Szkoda, że były to tylko dwa lata, ale i tak było warto. Udało nam się stworzyć coś z niczego. Budowaliśmy zespół młodych, zdolnych ludzi, którzy sobie w życiu poradzili” – podkreślił podczas spotkania w Instytucie Polskim Paciorkowski.

Jak wspominał Jerzy Haszczyński, nieformalny szef „Słowa Wileńskiego”, na początku nie wierzył w sukces całego przedsięwzięcia.

„W 1994 roku zostałem rzucony na odcinek wschodni, nie znając w ogóle Litwy. Nie chciałem wystąpić w roli kolonialisty, kogoś, kto przyjechał z zagranicy i poucza, bo takie świeże doświadczenia miałem z przedstawicielami francuskiego właściciela spółki wydającej „Rzeczpospolitą”. Gdy jednak zetknąłem się na początku z zespołem, wydawało mi się, że w ciągu trzech miesięcy nie da się z tego ulepić gazety. Jak się okazało, myliłem się” – mówił Haszczyński.

„Będzie to porównanie karkołomne, ale tak, jak kiedy ktoś był w Legionach Piłsudskiego, później stanowił elitę społeczeństwa, tak ludziom, którzy uczestniczyli w tworzeniu „Słowa Wileńskiego”, udało się zająć ważne miejsca w społeczności polskiej na Litwie” – dodał dziennikarz i publicysta, uważany obecnie w Polsce za eksperta od spraw litewskich.

Przykład rzetelnego dziennikarstwa

Zygmunt Żdanowicz, dziennikarz „Tygodnika Wileńszczyzny”, przyznał, że do dzisiaj czuje sentyment do „Słowa Wileńskiego”.

„Był to przykład solidnej, rzetelnej dziennikarki. Te doświadczenia dużo dały dla pracy zawodowej, dalszego rozwoju, bo przecież dziennikarz powinien całe życie się uczyć. Był to na pewno ciekawy okres, bogaty w wydarzenia” – powiedział Żdanowicz.

Prawnik i publicysta Aleksander Radczenko podkreślił, że wydanie książki w 90 procentach jest zasługą Wandy Zajączkowskiej, do której należał zarówno pomysł, jak i praca nad całokształtem.

„Jest to książka interesująca pod wieloma względami. Literackim, bo czytelnik znajdzie tu świetne teksty reporterskie, które przypadną do gustu tym, co lubią dobrą lekturę. Historycznym, ponieważ Jerzy Paciorkowski i Jerzy Haszczyński odsłaniają w swoich tekstach kulisy powstania „Słowa Wileńskiego”, które nigdy jeszcze nie ukazały się w druku. Wreszcie to cenna pozycja dla byłych pracowników, bo mogliśmy poznać opinie, wspomnienia swoich kolegów, o których być może zdążyliśmy już zapomnieć” – zauważył Radczenko.

Tłumacz Edward Piórko, którego Wanda Zajączkowska nazywa „ojcem chrzestnym” książki, zastanawiał się, co by się stało, gdyby przed 20 laty gazeta nie upadła. „Jak wyglądałaby polska społeczność na Wileńszczyźnie, nasze życie tutaj, gdyby gazeta ukazywała się w ciągu tych dwudziestu lat? Myślę, że każdy może się dziś zastanowić nad tym pytaniem” – powiedział Piórko.

Szkoła warsztatu i lekcja pokory

Swój wileński okres ciepło wspominali także ówcześni pracownicy „Rzeczpospolitej”, wśród kolegów zwani „Słowianami PL”.

„Ważnym wspomnieniem jest moment, kiedy pojechaliśmy rozwozić „Słowo” do jednej z podwileńskich miejscowości. Wyszła taka starsza pani i spytała, czemu przywozimy tę gazetę tylko raz w tygodniu. Z kolei inny starszy pan stwierdził, że rozbijamy tutejszą prasę i szkodzimy. Wydaje mi się, że ten tytuł pobudził, ożywił media polskie na Wileńszczyźnie, mimo że nie udało mu się przetrwać” – mówił dziennikarz Kazimierz Groblewski.

„W „Rzeczpospolitej” byliśmy kształceni jak psy Pawłowa, według jednakowych zasad pracowaliśmy w Warszawie i w Lublinie. Toteż gdy jechaliśmy do Solecznik, to przywoziliśmy stamtąd taki materiał, jaki byśmy przywieźli z Gorzowa Wielkopolskiego, nie rozumiejąc czasami, że naruszamy jakieś tabu, że ktoś może się na nas za to pogniewać” – wspominał wileńskie realia dziennikarz Paweł Reszka, dodając, że wierzy, iż najlepszy tekst w „Słowie Wileńskim” jeszcze przed nim.

„Była to doskonała szkoła warsztatu, ale też lekcja pokory. Prywatnie dało mi to podwójny luksus, który nieczęsto zdarza się w życiu – pracy, o której się myślało, że ma sens i posiadania mądrego szefa” – powiedział z kolei Piotr Wosik, który w „Słowie Wileńskim” dbał o redakcję tekstów.

Czy dziennikarz jest dzisiaj wolny

„Każdego dnia jestem dumna z tego, że pracowałam w „Słowie Wileńskim”. Mimo że niektórym może się wydawać, że od tego czasu zmieniłam poglądy, mogę zapewnić, że w ciągu dwudziestu lat moje poglądy pozostały w stu procentach takie same. Było dla kogo tworzyć, było dla kogo pisać ciekawe teksty – i teraz jest dla kogo. Szkoda, że nie ma „Słowa Wileńskiego”. Codziennie ubolewam, że nie ma takiej gazety” – wyznała Irena Mikulewicz, redaktor naczelna „Tygodnika Wileńszczyzny”.

„Najmocniejsi intelektualnie ludzie z Litwy pracowali w „Słowie Wileńskim”, z tego wyrośli ludzie z wielkiej litery i jestem dumny, że brałem w tym udział. Pytanie, czy w sytuacji dzisiejszej po 25 latach ci, którzy pracują w dziennikarstwie, czują się, że są spełnieni, czują się czwartą władzą, czy też są upokorzeni, ale pracują w dziennikarstwie, bo nie ma innych środków do życia. Czy dziennikarz jest dzisiaj samodzielny, wolny, niezależny i może pisać to co chce. Niestety, 25 lat dziennikarstwa polskiego na Litwie to duży krok do tyłu. Chciałbym prosić, abyście krytycznie spojrzeli na to, co was otacza i przedstawiali swoim czytelnikom różne możliwości spojrzenia na te same sprawy” – zaznaczył Czesław Okińczyc, prezes Radia „Znad Wilii”.

Mimo wielu pozytywnych wspomnień dzisiaj byli pracownicy „Słowa Wileńskiego” uważają, że powtórzenie takiego projektu medialnego jest niemożliwe. Powodów jest wiele i dotyczą one nie tylko dość pasywnej postawy społeczeństwa polskiego na Litwie wobec polskich mediów. Spadek popularności gazet, które przegrywają z internetowym przepływem informacji, dotyczy wszystkich rynków.

„Są inne czasy, każdy poszedł gdzie indziej. Połowa lat 90-tych to był najszczęśliwszy okres dla mediów w Europie Wschodniej. Teraz dziennikarze na całym świecie mają wiele ograniczeń, nie są chronieni przez wydawców, którzy mają swoje sympatie polityczne, a przede wszystkim uwikłania biznesowe” – zauważył Jerzy Haszczyński.

PODCASTY I GALERIE