Wspólnie z mężem założyła studio rozwojowo-psychologiczne: Robię to, co kocham

Wilnianka, psychoterapeutka Alicja Eiliakas wspólnie z mężem Ryszardem już ponad 10 lat prowadzi własne Studio Rozwoju i Psychologii „Menas būti“ (pol. „Sztuka być“), znajdujące się na Zarzeczu w Wilnie. Psychoterapeutka specjalizuje się prowadzeniu terapii sztuką oraz dźwiękiem, jest też jedną z pierwszych osób, które zaczęły prowadzić „kąpiele w dźwięku gongów” na Litwie.

Dorota Skoczyk

We czwartek (16 listopada można będzie usłyszeć niezwykłą sesję dźwiękową w Planetarium wileńskim, podczas którego Alicja Eiliakas wystąpi nie tylko z mężem, ale też z dwoma synami. W rozmowie z zw.lt Alicja opowiedziała o swojej pracy, terapii muzycznej oraz o tym, jak muzyka może stać się narzędziem w rękach psychoterapeuty.

Dorota Skoczyk: Kiedy powstało studio psychologiczne „Menas būti“?

Alicja Eiliakas: Studio „Menas būti“, znajdujące się na Zarzeczu, powstało około 10 lat temu. Był to okres, kiedy prowadziłam grupowe zajęcia arteterapeutyczne (terapia przez sztukę), przedtem zaś ukończyłam studia psychoterapeutyczne. Tutaj zaś powstało miejsce dla terapii dźwiękiem i tym się przez ostatnie lata aktywnie zajmujemy.

Zajęcia z terapią dźwięku rozpoczęły się dzięki znajomości z Tomaszem Czartoryskim, który jest znanym na całym świecie terapeutą dźwięku, wizjonerem muzycznym. Co ciekawe, jego korzenie sięgają rodu Czartoryskich, którzy pochodzili z Litwy. Skontaktowałam się z nim i zaprosiłam na Litwę. Jak do niego zadzwoniłam to powiedział „O, właśnie mi się śniło, że jadę na Litwę”. W naszym studiu na Zarzeczu przeprowadził wówczas warsztaty terapii dźwiękiem.

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, czym są gongi, na Litwie też prawie nikt o nich nie słyszał. Zarówno ja, jak i mój mąż Ryszard zakochaliśmy się w gongach i terapii dźwiękowej. Od tego czasu zaczęliśmy się tym poważnie zajmować. Co prawda teraz również prowadzę inne terapie, takie jak terapia przez sztukę, taniec oraz praktyki z ciałem.

Wcześniej wynajmowaliśmy pomieszczenia dla prowadzenia terapii, aż dojrzeliśmy do momentu nabycia własnego studia. Mieliśmy domek letniskowy za miastem, ale pewnego dnia uświadomiliśmy sobie, że przez ostatnie dwa lata nie byliśmy tam prawie ani razu. Postanowiliśmy sprzedać ten dom i nabyć studio. Była to jedna z najlepszych decyzji, która totalnie zmieniła nasze życia. Mogliśmy coraz więcej czasu poświęcać pracy z dźwiękiem i muzyką.

Czy ktoś z was jest profesjonalnym muzykiem?

Nie, ani ja, ani mąż nie jesteśmy zawodowymi muzykami. Starszy syn Łukasz, który ma 28 lat, uczył się, co prawda, gry na gitarze, a ostatnio występuje razem z nami. Dwa lata temu dołączył się również młodszy syn, 17-letni Bartosz, który jeszcze uczy się w szkole.

Teraz nie tylko gramy, śpiewamy i tworzymy muzykę, ale też prowadzimy warsztaty i zapraszamy innych do tego, żeby szli drogą intuicyjnego muzykowania.

Na początku organizowaliśmy tzw. „kąpiele w dźwiękach gongów”, a później zaczęliśmy też występować jako zespół Sound Mystery. W projekcie występuję ja z mężem oraz nasi synowie. W takim składzie wystąpimy we czwartek (16 listopada) podczas koncertu „Ballada kosmiczna” w Planetarium w Wilnie, na który zapraszam. (Więcej)

Czasem beż dołączamy do innych projektów muzycznych i występujemy z innymi muzykami. Niektórzy z nich to profesjonalni muzycy, inni grają intuicyjnie, ci właśnie są najciekawsi! Mieliśmy szczęście grać z naprawdę utalentowanymi artystami z wielu krajów.

Czy jest to pierwszy koncert w Planetarium? Co można będzie tam usłyszeć?

Z Planetarium wileńskim współpracujemy już kilka lat i bardzo polubiliśmy te koncerty. Ludzie chyba też, bo coraz więcej osób na nie przychodzi. Na czwartkowy koncert ze 160 miejsc zostało kilkanaście biletów do nabycia. Przed kilku laty graliśmy też Misterium Dźwięku w Planetarium petersburskim.

Muzyka, którą gramy, szczególnie pasuje do Planetarium, bo jest bardzo tajemnicza, kosmiczna. W otoczeniu gwiazd, dzięki muzyce zanurzamy się w swoim własnym wszechświecie. Jest to subtelna i „miękka” podróż w dźwięku, czasem mistyczna albo wzbudzająca uśpione emocje.

Zagramy na bardzo różnorodnych instrumentach, z który większość nie jest znana większości ludzi. Przede wszystkim usłyszymy gongi, które są instrumentem wywołującym bardzo intensywne fale dźwiękowe i mocny rezonans. Tworzą wibracje, które nie tylko wypełniają przestrzeń i trafiają do nas przez słuch. Fale dźwiękowe są odbierane przez komórki naszego ciała. Co ciekawe, nawet w Planetarium, gdzie naprawdę jest na co popatrzeć, większość ludzi, którzy stale przychodzą na nasze sesje, zamyka oczy i skupiają się raczej na swojej podróży wewnętrznej, oglądają swoje własne projekcje.

Będą również misy tybetańskie oraz misy kryształowe, które mają niezwykle subtelny dźwięk i bardzo wysoką wibrację. Oczyszczają przestrzeń i umysł. Będą też instrumenty odtwarzające dźwięki przyrody, bęben oceaniczny, deszcz, gwizdki szamanów peruwiańskich, orle pióra, bębny szamańskie, drumle, dzwonki, flety. Mój mąż Ryszard gra na fletach indiańskich, których dźwięki poruszają najwrażliwsze struny duszy. Usłyszymy także monolinę. Jest to rezonansowy instrument strunowy, pochodzący z czasów Pitagorasa, który był nie tylko wielkim matematykiem, ale też uzdrawiaczem za pomocą dźwięku. Stworzył instrument nazywany monochordem. Monolina jest udoskonalonym monochordem. Po raz pierwszy podczas koncertu zabrzmi instrument RAV oraz alikwotowa fujara pastuchów słowiańskich.

Czasem po sesjach dźwiękowych ludzie opowiadają, że słyszeli dźwięki i instrumenty, których w rzeczywistości nie było. Gongi tworzą niezwykłą harmonię, zwaną przez Pitagorasa oraz innych mistyków muzyką sfer.

W jakiej dziedzinie psychoterapii się specjalizujesz?

Jestem psychoterapeutką klasyczną kierunku egzystencjalnego. Jednak terapia dźwiękiem jest moją największą pasją, największą miłością, więc łączę to z pracą psychoterapeutyczną.

W kręgu terapeutów czasem mówimy, że do każdego psychoterapeuty przychodzi określony typ ludzi. Do mnie na terapie indywidualne przychodzą osoby, które znajdują się w trudnym okresie życia, przeżywające jakiś kryzys, stany nerwicowe czy lękowe. Te ostatnie są ostatnio coraz bardziej powszechne.

Jak wygląda indywidualna sesja psychoterapeutyczna?

Zwykle jest to terapia długoterminowa. Po rozwiązaniu pierwotnego problemu (atak strachu, stres, nerwica) zaczynamy omawiać inne kwestie problemowe, wprowadzać zmiany jakościowe w życiu. Wspólnie z pacjentem prowadzimy badania na temat tego, jak on/ona projektuje i przeżywa swoje życie i rzeczywistość oraz jak tworzy to, co sam przeżywa. Nieraz dochodzimy do tego, co jest przyczyną niechcianych relacji, braku spokoju czy spełnienia w życiu. Z jednymi osobami terapia zawiera dużo rozmowy i pracy z zablokowanymi emocjami i uczuciami. Z innymi klientami – jeżeli są na to gotowi – pracujemy także poprzez dźwięk, głos, ruch. Takie holistyczne podejście do terapii daje najlepsze wyniki.

Wreszcie też mogę powiedzieć, że jestem zadowolona z tego wszystkiego co robię zawodowo. Właściwie nie mogę oddzielić życia osobistego od pracy czy czasu spędzanego z rodziną. Cieszę się z tej różnorodności: poniedziałki- środy przeznaczam na indywidualne terapie z klientami, czwartek i piątek to zwykle sesje gongów, medytacje, kąpiele w dźwięku gongów, w weekendy często wyjeżdżamy by prowadzić warsztaty. Bardzo intensywnie pracujemy.

Uczyła się Pani na Litwie?

Tak, najpierw ukończyłam studia psychologicznie, a następnie studia podyplomowe w Instytucie Psychologii Humanistycznej oraz Egzystencjalnej. Instytut znajduje się w Birštonasie, posiada wspaniałych wykładowców i jest znany na całym świecie, uczy się tam wielu studentów z innych państw.

Jeżeli chodzi o terapie przez sztukę i dźwięk, cały czas się uczę i biorę udział w kursach i warsztatach. We Włoszech uczyłam się metody która się nazywa „voiceing”, u terapeuty Jey Pearce z Anglii i wielu innych. Teraz też, jak brakuje mi inspiracji, to szukam sposobów, żeby się douczyć, wyjeżdżam na szkolenia. Bardzo wiele inspiracji dają mi podróże, szczególnie do Indii. Organizuję też wyjazdy terapeutyczno-duchowe dla grup, często dla kobiet.

Co jeszcze odbywa się w studiu „Menas būti?

Jest to nie tylko studio psychologiczne, ale też centrum rozwoju, między innymi rozwoju duchowego. Odbywają się medytacje, terapie tańcem i ruchem, oddechem. Prowadzę terapie indywidualne. Odbywa się również szereg szkoleń. Regularnie odbywają się warsztaty terapii ruchem, terapii cielesnej. Część zajęć prowadzę ja wraz z mężem, albo wynajmujemy przestrzeń. Jest to miejsce otwarte również dla innych osób, które zajmują się podobną działalnością.

Nie określa nas żadna konkretna filozofia czy religia. Naszym celem jest stworzenie dla człowieka warunków, aby mógł być sobą, być autentyczny i rozwijać się.

Nieraz też gramy koncerty w kościołach, choć kilka razy zdarzało się że ktoś miał uprzedzenia do sesji dźwiękowych, bo kojarzą się z medytacją czy szamanizmem. Myślę jednak że takich ludzi jest coraz mniej, nawet wśród religijnych osób.

To, co robimy przez nasze warsztaty, terapie i koncerty, nazwałabym zarażaniem innych ludzi tym, co sami bardzo lubimy, taka „pozytywna infekcja”.

Już od wielu lat prowadzimy też obóz, międzynarodowy Gong Camp. Nie są to szkolenia, tylko tygodniowe zanurzenie się w muzykę gongów, a także dużo innych działalności, tańce, noce gongów itd. W przyszłym roku, mam nadzieję, że warsztaty już odbędą się na naszej ziemi, która znajduje się koło Pikieliszek w rejonie wileńskim. Budujemy tam centrum rozwojowe, które nazwaliśmy „Ziemią ważek”.

Kto przychodzi na wasze warsztaty i zajęcia?

Są to bardzo różnorodni ludzie, których łączy być może to, że są bardziej świadomi i chcą się rozwijać. Często są to ludzie, którzy sami chcą grać i tworzyć muzykę. Głęboko wierzę w to, że każdy chce grać oraz śpiewać, bo przecież śpiew to język naszej duszy. Czasem przypominamy ludziom o tym, że każdy może tworzyć muzykę. Określenie „słuch muzyczny” to umiejętność odtwarzania. My uczymy tworzyć, pokazywać za pomocą dźwięku to, co jest wewnątrz: smutek, radość, pasję.

Coraz więcej ludzi z naszego otoczenia oraz którzy przychodzą na nasze zajęcia, zaczyna grać. Tylko na Litwie wyszkoliliśmy dobre kilkaset osób. Nawet nasi synowie z własnej inicjatywy dołączyli do naszego projektu. Cieszymy się, że ludziom podoba się to, co robimy. Coraz częściej do studia przychodzą osoby z rekomendacji od kogoś, kto był u nas wcześniej. Wpadają nawet sąsiedzi, którzy mieszkają tuż obok studia, za ścianą.

Na terapie przychodzą ludzi w bardzo różnorodnym wieku, różnych narodowości. Co prawda jakoś rzadko na zajęciach spotykam Polaków, być może Polacy mieszkający na Litwie są zbyt zamknięci. Bardzo chciałabym widzieć ich więcej w naszym studiu. Choć oboje z mężem chodziliśmy do polskiej szkoły, mam wrażenie że zna nas znacznie więcej Litwinów i Rosjan, niż Polaków.

Skąd właściwie pochodzą gongi?

Gongi wchodzą między innymi w skład klasycznej orkiestry, wydają potężny dźwięk. Instrument powstał prawie 6 tysięcy lat temu w starożytnej Mezopotamii. Gong jest praojcem popularnych w naszej kulturze dzwonów. Jest to spław przeróżnych metali i symbolizuje zjednoczenie bardzo różnorodnych elementów. Dlatego mówi się też, że gong zawsze gra na rzecz pokoju na świecie. Możemy mieć swoje własne intencje, jednak ta pierwotna intencja pokoju też pozostaje. Kiedyś po wojnach zbroje wojowników były przetapiane właśnie na dzwony i gongi.

Gongi są personalnymi nauczycielami. Jak działa terapeutycznie? Jego wibracja dociera tam, gdzie w ciele jest zablokowana jakaś energia czy niewyrażone kiedyś emocje, przeżycia, uczucia, traumy. Wszystko to tkwi w naszym organizmie, w naszym systemie nerwowym a nawet na poziomie komórek. Na poziomie psychicznym potrzebujemy bardzo wielu lat, żeby dotrzeć do tej emocji i ją uwolnić. Dźwięk gongu pozwala dotrzeć do tych przeżyć i wyrzucić je z siebie, na przykład za pomocą oddechu. Wcale nie ma potrzeby uświadamiać sobie, skąd ta trauma pochodzi.

W starożytności gongi były używane przez uzdrowicieli w celu odmładzania, regeneracji organizmu oraz aby pozbyć się lęku śmierci. Dlatego też często podczas pierwszej sesji „kąpieli w dźwiękach gongów” można odczuć jakiś lęk, strach, niepokój. Te emocje zostają rozbudzone przez dźwięk gongów. Podczas sesji zostają one uwolnione. Czasem już po tej pierwszej sesji niektórzy czują się tak, jakby pozbyli się czegoś ciężkiego, nagle przychodzi uczucie rozluźnienia.

Gongi potrafią oczyścić przestrzeń, podobnie jak dzwony. W czasach średniowiecza nawet istniała przestrzeń w kościołach, gdzie w czasie epidemii cholery ludzie mogli się ukryć i w jakimś promieniu ten dźwięk chronił ich przed epidemią. A gongi są nawet silniejsze niż dzwony. Takie potężne dzwony o czystym i jakościowym dźwięku teraz już co prawda trudno znaleźć.

Czy często prowadzicie warsztaty albo gracie koncerty za granicą?

Często prowadzimy warsztaty na Łotwie, w Estonii, Rosji. Teraz intensywnie pracujemy na Białorusi. Wiele osób, które brały udział w naszych warsztatach, teraz już prowadzi swoją działalność.

www.menasbuti.lt

Facebook/Menas būti
https://youtu.be/aG-HLss_A_8

Zobacz Więcej
Zobacz Więcej