Wilnianin Rolandas o bezgranicznej miłości do zmagającej się ze śmiercią matki

– Pewnego dnia na podwórku mama poślizgnęła się i uderzyła w głowę – wspomina Rolandas. – Natychmiast zabrałem ją na Oddział traumatologii Republikańskiego Szpitala Uniwersyteckiego w Wilnie.

zw.lt
Wilnianin Rolandas o bezgranicznej miłości do zmagającej się ze śmiercią matki

W szpitalu kobietę poddano badaniom.

– Po badaniach zostałem wezwany do lekarza – kontynuuje Rolandas. – Tam usłyszałem, że RTG wykazało guza w głowie.

Chociaż zdaniem pani doktor nowotwór nie był złośliwy, zalecono go usunąć operacyjnie.

– Zabieg się udał, po nim mama jeszcze przez jakiś czas przebywała na rehabilitacji – opowiada Rolandas. – Wszystko wydawało się iść ku lepszemu, po kilku miesiącach mama mogła już samodzielnie chodzić.
Rok później jednak nowotwór się wznowił.

– Drugi zabieg mama zniosła znacznie gorzej – wspomina Rolandas. – Prawie przez rok leżała w różnych szpitalach, również w domu opieki im. św. Rocha na Antokolu. Jednak leczenie nie przyniosło rezultatu. Nowotwór się wznowił po raz kolejny.

– Lekarze powiedzieli, że trzeciej operacji mama nie wytrzyma – wspomina Rolandas. – Mówili, że po niej nie tylko przestanie chodzić, ale też mówić, będzie leżała bez oznak życia. Jak mówi Rolandas, jego matka była lekarzem, toteż dobrze rozumiała, co ją czeka.

– Mama od początku była świadoma przebiegu swojej choroby i jej konsekwencji. Dobrze wiedziała, co ją czeka –mopowiada wilnianin. – Bardziej się przejmowała tym, że będzie ciężarem dla najbliższych.

– Biedę tylko ze mną będziesz miał – mawiała ze smutkiem do syna. – Ale co mogę zmienić? Rolandas wspomina matkę jako prostego, bardzo dobrego i ciepłego człowieka. Byli wobec siebie bardzo bliscy.

– Nawet nie dopuszczałem myśli o tym, że mógłby ją oddać w obce ręce – opowiada Rolandas. – Postanowiłem więc, że póki mnie na to stać, będę się mamą opiekować sam.

Opieka nad matką

– Dopóki mama samodzielnie się poruszała, opieka nad nią nie sprawiała kłopotów – opowiada Rolandas. – Przyjeżdżałem do niej codziennie, gotowałem, sprzątałem, przy okazji załatwiałem co było potrzebne,
rozmawialiśmy sobie.

Czasem mężczyznę wyręczała jego córka Miglė, która przychodziła do babci, gdy Rolandas miał coś do załatwienia. Ale stan zdrowia jego matki stopniowo się pogarszał, zaczęła miewać ataki padaczkowe.

– Mama nosiła na szyi komórkę – wspomina Rolandas. – Gdy tylko czuła, że nadchodzi atak padaczki, jeśli tylko zdążyła – dzwoniła do mnie.

Choroba matki coraz bardziej wpływała na życie mężczyzny.

– Prowadziłem wówczas własny interes, miałem mnóstwo spotkań, dużo się przemieszczałem – mówi Rolandas. – Ale gdy tylko wyjechałem, siedziałem jak na igłach. Wiedziałem, że jeśli mama zadzwoni, będę musiał wszystko
rzucać i jechać do niej.

Stan zdrowia matki Rolandasa pogorszył się na tyle, że mężczyzna przeprowadził się do jej mieszkania, aby móc stale być przy niej.

– Moje życie całkowicie się zmieniło – wspomina Rolandas. – Musiałem zapomnieć nie tylko o swojej działalności, ale także o swoim życiu osobistym. To było niezwykle trudne psychicznie. Ale nie miałem wyboru –
mama miała tylko mnie, była ode mnie całkowicie zależna, ja z kolei cały czas poświęcałem opiece nad nią.

Stan zdrowia kobiety stale się pogarszał, z każdym dniem traciła na siłach. Wkrótce nie mogła już samodzielnie chodzić.

– Z dnia na dzień mama zaczęła tracić władzę w rękach – opowiada Rolandas. –  A któregoś dnia zauważyłem, że nie może już samodzielnie połykać jedzenia. Była całkowicie sparaliżowana.

Usłyszane wołanie o pomoc

– Bardzo dobrze pamiętam ten dzień, kiedy zobaczyłem, że mama już nie może przełykać – mówi Rolandas. – Byłem zszokowany. Zdałem sobie sprawę, że jeśli nie będzie w stanie jeść, to opadnie z sił zupełnie.
Mężczyzna wziął komputer i zaczął szukać placówki medycznej, która mogłaby mu pomóc.

– Do szpitala mama się już nie kwalifikowała, a w domach opieki pacjentom o tego rodzaju schorzeniach przysługiwały cztery miesiące w ciągu roku – wspomina Roland. – W Internecie napomknąłem się na wileńskie
Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki. Byłem zrozpaczony, więc chwytałem wszystkich możliwości.

Mężczyzna długo nie czekając zadzwonił do hospicjum.
– Jak dziś pamiętam, że telefon odebrała koordynatorka wolontariuszy – opowiada Roland. – Przedstawiłem jej sprawę, poprosiłem o pomoc albo przynajmniej o poradę, co robić, do kogo się zwracać.

Pracowniczka hospicjum wytłumaczyła Rolandasowi, że oprócz oddziału stacjonarnego hospicjum udziela pomocy również pacjentom w domu. Wykwalifikowany zespół hospicjum domowego pomaga w opiece nad
ciężko chorymi w ich domach. Tego właśnie rozwiązania Rolandas szukał.

– Wkrótce do domu mamy przyjechała ekipa hospicjum domowego z panią Anią na czele – wspomina Rolandas.

– Zbadała mamę, podała jej lekarstwo, wyjaśniła, jak mam ją karmić, założyła gastrostomię, przez którą można było podawać pokarm.
Wizytę zespołu hospicjum domowego Rolandas wspomina jak zbawienie. Pani Ania odwiedzała rodzinę codziennie. Rolandas otrzymał dużo pomocy, w tym psychologicznej, dzięki które nie czuł się już tak zdezorientowany.

Ale kilka tygodni później mężczyzna zauważył, że jego matka już potrzebuje profesjonalnej opieki całodobowej. Potwierdził to również zespół hospicjum domowego.

– Sytuacja jest trudna, nie poradzisz sobie sam – uczciwie powiedziała pani Ania. – Jedźmy do nas do hospicjum.
Jak wspomina Rolandas, nie była to łatwa decyzja.

– Psychologicznie to była bardzo trudna decyzja. Czułem się tak, jakbym porzucił matkę – wspomina mężczyzna. – Zdałem sobie jednak sprawę, że sam sobie w tej sytuacji nie poradzę. Pomogło mi to, że poznałem już osoby z hospicjum, ich profesjonalizm. Wiedziałem, że powierzam mamę w dobre ręce i że jest to najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji.

W hospicjum

– Gdy przywiozłem mamę do hospicjum, czułem się nieco zagubiony, zdezorientowany – opowiada Rolandas. – Czułem się dziwnie i nieswojo, zostawiając mamę w obcym miejscu, w którym miały się nią zaopiekować obce osoby.

Ale wszystko się potoczyło w najlepszy możliwy sposób. Gdy kobietę zabrano do hospicjum, na rozmowę Rolandasa zaprosiła siostra Michaela, założycielka i dyrektorka hospicjum.

– Siostra Michaela uspokoiła mnie i dodała mi otuchy – kontynuuje mężczyzna. – Po spotkaniu z nią wiedziałem, że hospicjum to najlepsze miejsce dla mamy, jakie w tym czasie i w tej sytuacji mogłem znaleźć.
– Codziennie przyjeżdżałem do hospicjum pobyć z mamą, podtrzymać ją na duchu – wspomina Rolandas.

– Z bólem patrzyłem na to, jaka jest bezradna, sparaliżowana, niezdolna do mówienia ani poruszania się. Ale wiedziałem, że wszystko czuje i rozumie, więc starałem się być przy niej jak najdłużej.

W tym czasie Rolandas poznał także innych pacjentów hospicjum i odwiedzających ich krewnych. Wspólne nieszczęście i ból tak bardzo jednoczą ludzi, że starali się wspierać i pomagać sobie nawzajem, jak tylko mogli.

Mężczyzna do dziś z niektórymi utrzymuje kontakt. Rolandas poznał również cały personel hospicjum.

– Jako że przyjeżdżałem do mamy codziennie, poznałem wszystkie opiekujące się nią pielęgniarki i pozostały personel – wspomina Rolandasa. – To są wspaniali ludzie, oddani swojej pracy. Jestem im niezmiernie wdzięczny.

Zaprzyjaźniliśmy się bardzo.

Widząc to siostra Michaela zaproponowała Rolandasowi tymczasowo zatrudnić się w hospicjum i wspólnie z ekipą odwiedzać chorych w domu. Był to czas, kiedy hospicjum pilnie potrzebowało kierowcy. Długo się nie
zastanawiając – mężczyzna dołączył do zespołu.

– Hospicjum wyciągnęło do mnie pomocną dłoń w najtrudniejszych chwilach w moim życiu, nie mogłem więc postąpić inaczej, z radością przyjąłem tę propozycję – wspomina Rolandas. – Tak też los chciał, że tym sposobem dołączyłem do zespołu hospicjum domowego, wspólnie z panią Anią, która wcześniej bardzo mi pomogła.

Członek zespołu hospicjum domowego

– Praca w hospicjum domowym nie była łatwa – wspomina mężczyzna. – Obraz umierających ludzi i cierpienia ich bliskich – to bardzo trudne doświadczenie. Choć nie ukrywam, było ono z drugiej strony czymś niezwykle ważnym i cennym, za co z całego serca dziękuję Bogu, siostrze Michaeli i całemu zespołowi hospicjum.

Jak przyznaje się Rolandas, praca w hospicjum domowym całkowicie zmieniła jego spojrzenie na życie i wartości.

– Kiedy człowiek zapada na śmiertelną chorobę, cały jego świat w jednej chwili staje do góry nogami – swymi przemyśleniami dzieli się Rolandas. – Wszystko, o co walczyłeś całe życie – kariera, pieniądze, plany na przyszłość
i wiele innych rzeczy, które gdy jest się zdrowym wydają się ważne, nagle przestają istnieć, przestają mieć sens.

W obliczu śmierci człowiekowi tych rzeczy już nie potrzeba, nie do przecenienia zaś staje się obecność bliskiej osoby.

Podczas pracy w hospicjum Rolandas poznał wiele szokujących historii, które utkwiły mu w pamięci na zawsze. – Pamiętam, na przykład, cudowną, szczęśliwą rodzinę z dwójką dzieci, mieszkającą w pięknym domu –
opowiada Rolandas. – Aż tu nagle, po powrocie z wakacji w Chorwacji, matka dzieci zaczęła cierpieć ogromne bóle. Diagnoza – czwarte stadium raka. Wszystkie wspaniałe, kolorowe plany na przyszłość przestały istnieć,
straciły sens.

Rolandas też pamięta młodą, piękną 20-letnią dziewczynę z ostatnim stadium nowotworu, która mimo wszystko pisała pracę semestralną, a nawet sama uczęszczała na wykładach. Przy życiu trzymała ją niezmierzona chęć życia i wiara, że odzyska zdrowie.

Wszyscy członkowie hospicjum domowego wiedzieli, że dni dziewczyny są policzone, ale na co dzień ją wspierali i pomagali wierzyć, że wszystko będzie dobrze, że zdarzy się cud.

Ponieważ dziewczyna bardzo cierpiała, kilka razy dziennie podawano jej silne środki przeciwbólowe. Podczas którejś z wizyt członkowie hospicjum domowego zostawili przy łóżku dziewczyny drewniany krzyżyk przywieziony z Jerozolimy.

Prezent sprawił dziewczynie wiele radości.

– Dziękuję za krzyżyk – napisała w wiadomości do zespołu hospicjum. – Kiedy biorę go do ręki – odczuwam mniejszy ból i mogę zasnąć.

Rolandas przeżył wiele podobnych, zapierających dech w piersiach, historii, które na zawsze pozostaną w jego pamięci.

Znaczenie wiary

– Nieraz się zdarzało, że osoba ciężko chora i jej bliscy zaczynali szczerze szukać Boga – opowiada Rolandas. – Wielokrotnie musiałem wieźć księdza do tych, którzy czują, że ich ziemska wędrówka dobiega końca.

Mężczyzna zauważył, że osoby wierzące potrafią łatwiej się pogodzić z nieuleczalną, śmiertelną chorobą.

– Ludzie, którzy wierzą, że śmierć nie kończy ich życia, przyjmują swoją chorobę inaczej niż ci, którzy w to nie wierzą – rozważa Rolandas. – Czuć w nich spokój ducha i umysłu. Tacy ludzie mniej panikują, potrafią łatwiej się
pogodzić z zaistniałą sytuacją.

Jak twierdzi Rolandas – jeśli człowiek wierzy, że jego dusza jest nieśmiertelna, ma on nadzieję, że śmierć nie jest końcem, lecz przejściem z jednego bytu do innego, być może znacznie lepszego.

Po kilku miesiącach pobytu w hospicjum matka mężczyzny odeszła.
– Choroba mamy była dla mnie bardzo trudnym przeżyciem, które dało mi możliwość zrozumienia niezwykłego znaczenia hospicjum – mówi Rolandas. – W moim życiu hospicjum pojawiło się, gdy byłem na skraju wyczerpania i załamania z powodu choroby bardzo bliskiej mi osoby, gdy nie wiedziałem już, co mam począć i do kogo zwrócić się o pomoc. To, że właśnie w tym czasie odkryłem hospicjum, było dla mnie prawdziwym cudem Bożym, który zmienił moje życie i podejście do najważniejszych wartości w tym życiu.

Pomoc hospicjum w najtrudniejszych chwilach życia

Ciężka choroba onkologiczna może dotknąć każdego z nas, w każdej chwili, zniszczyć resztę naszego życia, zniweczyć marzenia.

Ponad 260 fachowców i wolontariuszy z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie w każdej chwili towarzyszy tym, którzy zmagają się ze śmiertelną chorobą, doświadczają wielkiego bólu, lęku, niewiadomej.

Pomoc hospicyjna dla dorosłych i dzieci, w domu i na oddziale stacjonarnym jest bezpłatna i dostępna 24 godziny na dobę.

Pomóż nieuleczalnie chorym! Przekaż 1,2% podatku na rzecz Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie.

Więcej informacji: https://bit.ly/HospicjumWilno

PODCASTY I GALERIE