Wilno i Wileńszczyzna
Dorota Skoczyk

Wilnianie na Alasce: Połów łososi, spotkanie z Grizli i staroobrzędowcami

"W podróż na Alaskę wybraliśmy się we czwórkę- ja, Agnieszka, Elżbieta oraz Artur, który również pochodzi z Wilna, ale od ponad pół roku zamieszkuje w Kanadzie. Wynajęliśmy samochód i zwiedzając różne miejsca w południowej i północnej części stanu, spędziliśmy tam dwa tygodnie"- mówi Erika Guk.

O podróży na Alaskę dla portalu zw.lt opowiedziały wilnianki Erika Guk i Agnieszka Awin. Dopiero wróciły z północnych regionów Ameryki, gdzie podróżowali we czwórkę od połowy sierpnia, czyli w momencie, kiedy na Alasce rozpoczęła się jesień.

„Mieliśmy bardzo ogólny plan, ale sporo czytaliśmy i wiedzieliśmy, jakie podstawowe miejsca na pewno chcemy zobaczyć”- mówi Erika. Czwórka wilnian wylądowała na lotnisku w Anchorage, na południu Alaski. Jest to największe miasto w regionie.

Najlepiej się podróżuje samochodem

Bilety nabyliśmy pół roku wcześniej, samochód wynajęliśmy chyba kilka tygodni przed wyjazdem. Przed podróżą też dużo czytaliśmy i interesowaliśmy się tym regionem”- mówi Erika. Dziewczyny opowiadają, że wynajem samochodu to prawdopodobnie najbardziej optymalny sposób na przemieszczenie się na Alasce: odległości są ogromne, a komunikacja autobusowa jest chyba gorzej rozwinięta niż na Litwie. „Drogi są bardzo dobre, nawet jeżeli to nie jest jakaś główna droga, i tak jest dobrej jakości i wygodnie się tam podróżuje samochodem. W dodatku kierowcy są bardzo uprzejmi na drodze, nikt nie podcina czy złośliwie manewruje na drogach, jak to często zdarza się na Litwie. Na ogół wszyscy trzymają się prawideł i ograniczeń prędkości”- mówią dziewczyny.

„Amerykanie bardzo lubią dobre drogi. Są autobusy do większych miast, do parków narodowych, ale głębiej na północ już trzeba jechać samochodem, a tam również chcieliśmy dotrzeć.”- mówi Agnieszka i Erika. Tylko w kilku miejscach trafiła się gorsza droga.

Spotkanie z miejscowymi staroobrzędowcami

„Pierwszym miejscem, które chcieliśmy odwiedzić, był półwysep Kenai, gdzie znajdują się wioski staroobrzędowców. Pierwsi staroobrzędowcy z Rosji przybyli na Alaskę jeszcze w XVII wieku. Później przyjechały tam również grupki przedstawicieli tego obrzędu z Kanady, z innych stanów USA. Bardzo chcieliśmy ich spotkać, był to jeden z głównych celów naszej podróży”- opowiada Agnieszka. Staroobrzędowcy osiedlili się na Alasce, by uniknąć prześladowań ze strony kościoła w Rosji.

W tych wioskach był taki znajomy nam i bliski klimat, no bo zamieszkiwali tam słowianie. Nie mieliśmy okazji poznać wielu mieszkańców.

„Zwiedzaliśmy wioski, które na ogół są bardzo małe i porozrzucane po południowej części półwyspu. W każdym miasteczku zazwyczaj można znaleźć cerkiew, w większych nawet szkołę, restaurację czy sklep z upominkami. Większość mieszkańców zajmuje się przeważnie rybołówstwem i polowaniem”- opowiada Erika.

„W tych wioskach był taki znajomy nam i bliski klimat, no bo zamieszkują tam Słowianie. Nie mieliśmy okazji poznać wielu mieszkańców. Zapamiętałam jednego z mieszkańców, Iwana o smutnych oczach, który opowiadał nam o tym, jak wyszła od niego żona i że młodzież coraz częściej wyjeżdża, bo wioski są małe i nie ma w nich czym się zająć”- opowiada Erika.

Połów łososi i spotkanie z niedźwiedźmi Grizli

„Jedną z nieplanowanych rzeczy było rybołówstwo. Okazało się że w tym czasie kiedy tam przebywaliśmy, w sierpniu, czyli na początku jesieni, rzeki były przepełnione rybą, szczególnie łososiem. Wykupiliśmy licencję na połów ryb. Jednego ze złapanych łososi jedliśmy przez kilka dni, przygotowując go na ogniu na campingu”- opowiedziała Agnieszka.

„I tak łapiąc rybę, po kolana w rzece, w pewnym momencie Ela odwróciła głowę i powiedziała: ludzie, niedźwiedzie! Były to trzy niedźwiedzie Grizli, które też zainteresowały się rybami i zaczęły zbliżać do rzeki” – opowiadają dziewczyny. Jednak podróżnicy nie wpadli w panikę, tylko wspólnie z jeszcze kilkoma rybakami usunęli się w jedno miejsce, żeby nie przeszkadzać niedźwiedziom i je z odległości podziwiali.

„Najważniejsze jest zachować odpowiednią odległość, zaleca się około 300 metrów. Grizli są czujni i lubią mieć swoją przestrzeń. Turyści niestety często ją naruszają, co jest nie tylko niebezpieczne, ale też bardzo niekorzystne dla samych zwierząt. Niedźwiedź zwykle atakuje dlatego, że jest zagrożony, a nie dlatego że jest agresywny”- mówi Agnieszka.

I tak łapiąc rybę, po kolana w rzece, w pewnym momencie Ela odwróciła głowę i powiedziała: ludzie, niedźwiedzie! Były to trzy niedźwiedzie Grizli, które też zainteresowały się rybami i zaczęły zbliżać do rzeki

Ludzie są większym zagrożeniem dla niedźwiedzi, niż odwrotnie. „Niedźwiedzie bardzo lubią słodycze i wystarczy że jeden raz zjedzą pozostawionego przez człowieka cukierka, to zapach ludzki już będzie się im kojarzył z czymś słodkim, będzie zbliżał się do obozowisk w poszukiwaniu jedzenia. Wtedy często zdarza się, że niedźwiedź podchodzi do ludzi zbyt blisko i są oni zmuszeni go zastrzelić”- mówi Agnieszka. Również śpiąc w namiocie trzeba zachować ostrożność, zostawiając jedzenie w oddalonym miejscu w specjalnych pojemnikach. Niezwykle ważne jest sprzątanie po sobie. “Kolejnego, tym razem czarnego niedźwiedzia zauważyliśmy jadąc samochodem, kilku spotkaliśmy w parkach narodowych”- mówią dziewczyny.

„Jeżeli ktoś wybiera się na Alaskę i chce dowiedzieć się więcej o niedźwiedziach, warto obejrzeć m. in. film dokumentalny „Grizli man”, który opowiada o mężczyźnie, który wyjechał na Alaskę i przez wiele lat mieszkał wśród niedźwiedzi. Przekroczył tę umowną granicę, dzielącą świat zwierząt i ludzi. Niektórzy bardzo krytykują takie podejście. W końcu bohater został rozszarpany przez same niedźwiedzie” – opowiada Agnieszka.

„Spotkaliśmy też dużo łosi, białych orłów, lisów, kuropatwy, stada reniferów karibu, sowy, dzikie owce. Dla ochrony tych dzikich owiec jukońskich (Dall sheep) powstał nawet park narodowe Denali, jeden z podstawowych parków na Alasce, w centrum stanu”- opowiedziała Agnieszka.

Co prawda te owce są bojaźliwe i widzieliśmy je tylko z daleka. Naprawdę warto mieć ze sobą lornetkę, wybierając się w tamte strony, no i dobry aparat fotograficzny”- mówi Erika.

Spotkaliśmy też dużo łosi, białych orłów, lisów, kuropatwy, stada reniferów karibu, sowy, dzikie owce. Dla ochrony tych dzikich owiec jukońskich (Dall sheep) powstał nawet park narodowe Denali

„Lodowiec zobaczyliśmy tylko z daleka. Roztopił się”

Podróżnicy koniecznie chcieli też zobaczyć lodowiec. Spotkanie z lodowcami stało się dla nich smutnym zaskoczeniem.

„Lodowce można znaleźć na terenie całej Alaski, zarówno na południu jak i na północy. Pojechaliśmy do Parku Narodowego Kenai na południu, gdzie znajduje się lodowiec Exit. Lodowiec co roku staje się coraz mniejszy i oddala się od zrobionego jakiś czas temu punktu widokowego. Zmniejszanie się lodowca można zobaczyć według specjalnych oznaczeń, które pokazują jego kurczenie się na przeciągu 20 lat. Kiedyś można było z łatwością dotknąć tego lodowca, teraz już jest bardzo oddalony i znacznie mniejszy”- mówi Agnieszka.

Lodowiec co roku staje się coraz mniejszy i oddala się od zrobionego jakiś czas temu punktu widokowego

„Jest to widoczne gołym okiem bardzo szybko postępujące ocieplenie klimatu, a to wcale nie cieszy”- mówią dziewczyny.

Opuszczony autobus Chrisa McCandless

Kolejnym miejscem, które podróżnicy koniecznie chcieli zobaczyć, był “Magic bus”, o którym mowa w powieści i filmie “Wszystko za życie” (Into the wild), gdzie jest opisana legendarna historia Chrisa McCandlessa, który wyruszył samotnie wgłąb Alaski i tam zamieszkał w opuszczonym busie. Tam też niestety zmarł śmiercią tragiczną.

Żeby trafić do Magicznego Busu, odwiedzający mają do pokonania około 30 kilometrów pieszo. Jest stara, nieużywana droga, w niektórych miejscach trudna do pokonania, zalana rzekami czy błotnistą tundrą

“Ten autobus, w którym mieszkał Chris, w latach 90-tych, nadal tam jest. Dużo ludzi przychodzi do tego miejsca, samotnie i grupkami. Tam znaleźliśmy między innymi Polską wersję książki, bo ludzie zostawiają w busie Chrisa ważne dla nich symbole, rzeczy, zdjęcia czy listy o tym, dlaczego tam przyszli i jak Chris ich zainspirował do zmian w życiu”- mówi Erika.

Żeby trafić do Magicznego Busu, odwiedzający mają do pokonania około 30 kilometrów pieszo. Jest stara, nieużywana droga, w niektórych miejscach trudna do pokonania, zalana rzekami czy błotnistą tundrą. “Po pokonaniu tej niemałej odległości, co jest pewnego rodzaju oczyszczeniem, wiele osób przeżywa katarsis, odnowę, wyzwolenie. To było szczególne przeżycie, warto było tam trafić- mówi Agnieszka.

Jak zachować ostrożność? Śpiew i jedzenie w specjalnych pojemnikach

“Strony internetowe parków narodowych Alaski są niezwykle pomocne. Jest mnóstwo porad, jak zorganizować podróż, czego unikać i o czym warto pamiętać. To było dla nas bardzo pomocne- mówi Agnieszka.

„Są tam dzikie zwierzęta, niebezpieczne rzeki, dlatego warto pointeresować się, jak się zachować w różnych sytuacjach. W większości miejsc nie ma też zasięgu sieci telefonicznej, nie mówiąc już o internecie. Między innymi dlatego warto podróżować w grupkach, bo jeżeli ktoś jest sam i coś mu się stanie, to może źle się skończyć. Są co prawda specjalne nadajniki, przez które można wysyłać sygnały, jednak są one bardzo drogie, większość podróżujących raczej nie ma takiego sprzętu”- mówi Erika.

Dlatego też w tej podróży niezwykle dużo śpiewaliśmy, chyba zaśpiewaliśmy wszystkie znane nam piosenki

“Będąc na przyrodzie zaleca się robienie “hałasu”, rozmawiając czy śpiewając, bo w ten sposób zwierzyna może nas usłyszeć i usunąć się z drogi. Jest to bezpieczniejsze i dla ludzi, i dla zwierząt. Dlatego też podróżowanie w grupce jest łatwiejsze. Jeżeli będziemy cicho, możemy znienacka natknąć się na niedźwiedzia, jedzącego w krzakach jagody i wtedy właśnie on może być niebezpieczny. A jak usłyszy nas z daleka, to będzie starał się nas uniknąć ”- mówią dziewczyny.

“Dlatego też w tej podróży niezwykle dużo śpiewaliśmy, chyba zaśpiewaliśmy wszystkie znane nam piosenki”- śmieje się Agnieszka.

„Nabrałam się tam szacunku dla zwierząt i dzikiej przyrody. Alaska jest miejscem, gdzie łatwo odczuć potęgę dzikiej przyrody”- mówi Erika.

„Alaska mnie zainteresowała tym, że jest to najbardziej wysunięty na północ zamieszkany obszar ziemi, w tym nadal przez ludy tubylcze: Eskimosów, Inuitów, Indian i innych. Jak wiadomo, jest to największy stan USA o najmniejszym zaludnieniu. Obecnie prawie wszyscy ludzie zamieszkują większe miasta. Największe z nich, Anchorage, zamieszkuje około 300 tys. mieszkańców”- mówi Agnieszka. Dziewczyny opowiadają, jak nieraz jechały po kilkaset kilometrów, nie spotykając po drodze ani jednej miejscowości.

Podpisywaliśmy się jako wileńscy Polacy albo „wilniuki”

„Żeby wyjechać na Alaskę z Litwy, największym wydatkiem jest chyba bilet na samolot. Są nawet bezpośrednie loty z Europy, z Frankfurtu, jednak bilet możemy zapłacić ponad tysiąc euro. Najczęściej z Europy ludzie lecą z przesiadką w Stanach, a cena biletów może być bardzo różna, w zależności od sezonu”- opowiada Erika i Agnieszka. „Na Alasce zwykle spaliśmy w namiotach, jedzenie przygotowywaliśmy na ogniu. Na dwa tygodnie takiej podróży, uwzględniając również wynajem samochodu, trzeba przeznaczyć około 600-800 euro na osobę”- mówią podróżniczki.

„Najwięcej odwiedzających jest z Kanady i Stanów Zjednoczonych. Z Europy spotkaliśmy sporo Francuzów i Niemców.

„Podróżnicy w wielu miejscach pozostawiają po sobie znaki, nalepki, zapiski. Często widzieliśmy różne „polskie” ślady, czasem litewskie, a my sami podpisywaliśmy się jako wileńscy Polacy albo „wilniuki”. Nie wiem, czy byliśmy tam pierwszymi Polakami z Wilna, ale chcieliśmy swój pobyt upamiętnić właśnie od tej strony”- mówią dziewczyny.

srtfondas

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!