Wilno i Wileńszczyzna
Witold Janczys

Terenowe przygody: Co Polaków, Rosjan i Litwinów jednoczą

Jazda terenowa, ekstremalne wrażenia i duże samochody z napędem 4x4 - właśnie to, czego potrzebują mężczyźni, kiedy zaczyna brakować rozrywki. I chociaż na brak tej ostatniej nie narzekam, postanowiłem się wkręcić do zaprzyjaźnionej załogi podczas rajdu „XBradas FREE” z okazji 99-lecia Odrodzenia Państwa Litewskiego, zorganizowanego przez miłośników jazdy terenowej.

Budzik podrywa mnie ze snu, cholera jest wcześnie, bardzo wcześnie dla zdeklarowanego śpiocha jak ja – 5.40 rano, sobota. Po chwili udaje mi się pokonać chęć powrotu do snu, senność ustępuje podnieceniu – dziś jazda terenowym autem. Kubek gorącej kawy ostatecznie budzi mnie, jestem rześki i gotów do wszystkiego. Jeszcze chwila i wskakuję za kierownicę swojego auta, umówiłem się na spotkanie z chłopakami w podwileńskich Gałgach. Spotykamy się przy galerii handlowej, krótkie mruknięcie na przywitanie, mocne uściski dłoni i szelmowskie spojrzenia na nowicjusza, czyli na mnie – chłopacy spod dwóch AA – witają mnie: Andrzej i Aleksander.


Zwalniamy i w lewo

To właśnie im będę wdzięczny za dobrą zabawę i towarzystwo w sobotę, ale o tym później. Stoimy, rozmawiamy, ale jakoś terenówek nie widzę, odczuwam lekki niepokój. Po chwili jednak mówią mi, że teraz jedziemy do Aleksandra do domu, kilka chwil jazdy i już jesteśmy: duży dom, garaż, w którym na nas czeka piękna bestia. Terenówka Suzuki, ręcznie przerobiona przez Aleksandra do jazdy terenowej. Wpadam niczym worek ziemniaków, na tylne siedzenie. Aleksander odpala silnik, który donośnym warknięciem oznajmia gotowość do jazdy, z kolei Andrzej pochyla się nad komputerem, w którym już jest załadowana mapa terenu z punktami charakterystycznymi w terenie, do których trzeba będzie dotarć – jest pilotem. Wciskamy gaz i mkniemy na spotkanie z resztą, zbiórka na parkingu obok kolejnej dużej galerii w pobliżu stołecznej giełdy pracy. Tu czekamy z godzinę, Aleksander korzysta z myjni automatycznej i nasza terenówka staje się piękna, na glans. Po godzinie parking zapełnia się terenówkami, są tu wszystkie marki samochodowe. Od dużych, dopiero co nabytych w salonie, do tych co mają już dziesięć, dwadzieścia, a może i więcej lat na karku terenowych aut. Jeszce kilkanaście chwil trwa rejestracja, aż wreszcie na start. Mkniemy niczym błyskawica, ulicami miasta, jeszcze kilkanaście minut i jesteśmy na leśnej dróżce nieopodal parku botanicznego w Kairėnai.

Na dużej szybkości wkręcamy się w koleiny, przez chwilę czuję się jak kosmonauta na startującej rakiecie. Hej, hej, ła ła ła hej nucę w duchu, podskakując na tylnym siedzeniu i obserwując zbliżające się drzewa. Aleksander pewną ręką, czule muskając dłonią kierownicę pewnie kieruje autem, jednocześnie wciska gaz, silnik odzywa się rykiem i samochód leci jak strzała. „Teraz zwalniamy i na lewo“ – odzywa się Andrzej, który uważnie obserwuje położenie auta na mapie. Dobra rada, bo droga się zwęża, koleiny zdają się nie mieć dna i na moje amatorskie oko potrafią połknąć nasze auto. Faktycznie zwalniamy, ja i Andrzej wygramalamy się z samochodu. On, żeby zbadać jak głębokie są koleiny, w jakim stanie jest grunt – czy nadal skuwa go mróz, czy już odwilż. Ja, żeby zrobić zdjęcia, przez chwilę targają mnie sprzeczne uczucia. Chce mi się, aby pokonali trasę, a jednocześnie pragnę, aby sytuacja się skomplikowała, a chłopacy wówczas pokażą klasę i pokażą jak potrafią walczyć z naturą. Andrzej macha ręką i auto powoli rusza do przodu, niczym statek kołysze się na zwałach, wywróconej przez olbrzymie ciągniki, ziemi. W pewnym momencie, koła grzęzną, wyrzucając fontannę zmarzłej ziemi, ryk silnika i… samochód robi skok do przodu niczym dziki kot, pokonując odcinek. „Szybciej, szybciej” – krzyczą mi chłopacy, machając ręką. Biegnę, kołysząc się ze strony w stronę niczym auto przed chwilą – obawiam się, że stracę równowagę i wyrżnę cennym aparatem fotograficznym w bryły gruntu.

To jest to!

Jedziemy dalej, zabawa trwa, mijamy kolejne punkty orientacyjne, po drodze robiąc zdjęcia: dowody dla organizatorów rajdu, że rzeczywiście byliśmy tam. Pędzimy niczym wiatr, nadal podskakuję na siedzeniu, po chwili zauważam, że na siedzeniu jest coś jeszcze, co podskakując razem ze mną mile pobrzękuje. Okazuje się, że Andrzej i Aleksander zaopatrzyli się w solidny zapas kwasu, koka-koli i flaszkę dobrej litewskiej ziołowej wódki. Aleksander czas od czasu zwalnia tempa jazdy i pokrzepia się kwasem i kolą, my z Andrzejem, podczas jednego z krótkich postojów na zbadanie leśnego podłoża robimy po dłuższym łyku z flaszki. To jest to! Cisza leśna, czas od czasu przerywana rykiem motorów i złudzenie ciepła, co daje spożyty alkohol. Przerwa się kończy, znowu jazda, mijają minuty, ani przez chwile się nie nudzę, koledzy jednak trochę są naburmuszeni – nudnawo. Jak na razie ni razu nie musieli korzystać z holownika, ani razu nie ugrzęźli. Jeszcze kilkanaście punktów, wkrótce na naszej drodze pojawia się zamarznięty strumyk. Twarze Andrzeja i Aleksandra się rozjaśniają, no może tu, może nareszcie dojdzie do czegoś ekstremalnego. Faktycznie, mogłoby dojść, ale ich doświadczenie płata im figla. Tam gdzie amator, ugrzązłby na amen, auto z Aleksandrem za kierownicą powoli, ale skutecznie rusza przez strumyk, trochę grzęźnie, aby po chwili znowu z niesamowitym rykiem wyskoczyć z wody niczym kamień z procy.

Mija czas, gubię się w wąskich leśnych zakrętach, tracę poczucie czasu – jestem w niczym, po głowie kołacze myśl: to tak u buddystów wygląda nirwana? Z błogostanu wytrącają mnie głosy chłopaków, naradzają się na jakiej szybkości pokonać wzgórze, na które przed chwilą mozolnie wspinał się ociężały Grand Cherokee. Wyskakuję z auta i równie ociężale co Grand Cherokee wspinam się po oblodzonym poboczu, czekam na spektakularne ujęcie próby ataku moich na wzgórze. Nie jestem sam, załoga terenówki Grand Cherokee oraz pasażerowie, pewnie rodziny kierowców czekają. Tam, daleko w dole Aleksander wciska gazu i powtórka z forsowania strumyku – auto wspina się na wzgórze. Ryczy, ale wzgórze pokonujemy za pierwszym podejściem. Ci widzowie, z drugiej terenówki wydają się i zachwyceni, i rozczarowani. Słychać: „geras vairuotojas, bet nieko neatsitiko, net neįdomu”, „классный водитель, но так даже неинтересно”. Śmieję się w duchu, wspominając z jakim to trudem i po kilkunastu podejściach dali radę pokonać wzgórze…

Litwini, Polacy, Rosjanie

Kolejna godzina mija nam na stromych podjazdach i zjazdach, aż ostatecznie zbliżamy się do mety, niedaleko Niemenczyna. Ostatni etap, jest odcinkiem specjalnym, wspinamy się na jedno wzgórze, drugie, trzecie, samochodem rzuca i trzęsie, coś z głośnym trzaskiem pęka tam w dole. Twarze Aleksandra i Andrzeja stają się poważne, robimy przystanek, krótkie oględziny i oznajmiają, teraz musimy jechać ostrożnie, bo lada chwila z auta z napędem na cztery koła będziemy mieli zwykły samochód. Chłopacy zapewniają, że poradzą z ostatnim etapem, a po sesji remontu w garażu nasz Suzuki będzie znowu gotów do rajdu. Nasza przygoda zbliża się ku końcowi, ale czeka nas (szczerze mówiąc chłopaków, no bo ja znowu jestem na wierzchołku wzgórza, czatuję z aparatem fotograficznym na ujęcie) jeszcze finalny wysiłek. Tym razem nie ma tak łatwo, wzgórze jest zbyt za wysokie, zbyt oblodzone, za wiele tych zbyt… Jedna próba, druga, wydaje mi się, że koniec. Tyle przejechaliśmy, a te wzgórze okaże się nie do pokonania. Nic bardziej mylnego, uruchamiają wciągarkę, Andrzej powoli przemieszcza się do jednego drzewa, następnie do drugiego, aż znajduje te właściwe. Uruchamia wciągarkę i samochód, wyrzucając fontanny zmarzniętego błocka pnie się na lince wzwyż. Chłopacy pracują, są szczęśliwi – ja też, mam swoje wymarzone ujęcia. Kilkanaście minut, ostatnia przeszkoda pokonana, teraz mkniemy na miejsce zbiórki, po chwili już jesteśmy i czeka nas szok…

Nikogo tam nie ma oprócz jeszcze jednej załogi. Jesteśmy drudzy, trasę pokonaliśmy wcześniej na trzy godziny. Cóż, wracamy na wzgórze, czekamy, Aleksander włącza muzyczkę, ja i Andrzej ponownie sięgamy po kolę i wodę ognistą. Mimo, że pogoda nie jest najlepsza, robi nam się wesoło i wcale nie z powodu wody ognistej. Dobrze się bawiliśmy, pokonaliśmy całą trasę, jesteśmy na drugim miejscu, no i zwykła ludzka przyjemność – obserwujemy jak pozostali z lepszym, czy gorszym skutkiem wspinają się na te same wzgórze, które my niedawno pokonaliśmy. Stopniowo, z czasem zaczyna obok nas pojawiać się coraz więcej ludzi, dołączają do nas członkowie innych załóg. Litwini, Polacy, Rosjanie i Bóg jeden wie kto jeszcze, stoją wspólnie na wzgórzu, rozmawiają na wszystkich językach i co najważniejsze że się nie kłócą, wszystkich zebranych połączyła pasja, do tego trudnego, czasami niebezpiecznego sportu motoryzacyjnego. Tak, mija kilka godzin, aż wszyscy uczestnicy rajdu – około 70 załóg, pokonują ostatnią przeszkodę, teraz wszyscy razem, zgodnie jedną kolumną wracamy na miejsce zbiórki. Czuję się dumnie, chociaż nie byłem ani kierowcą, ani pilotem – pokonałem z Aleksandrem i Andrzejem całą trasę, za każdym autem powiewa chorągiewka Litwy. Na nas już czeka poczęstunek z kuchni polowej i wspólne, długie rozmowy, podczas których uczestnicy rajdu trącają się w bok pięściami i przywołują w pamięci odcinki niedawno pokonanej trasy… A ja – jestem ogromnie wdzięczny chłopakom i innym pasjonatom, jazdy terenowej że potrafili znaleźć w swoim życiu coś, co połączyło nasze tak bliskie i tak czasem niestety poróżnione narody.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!