Tam i z powrotem, czyli autostopem do Maroka

Aby dojechać do Maroka potrzebujesz zatrzymać około 30 samochodów - policzył w rozmowie z zw.lt Artur Rożan, który razem z Waldemarem Wołodko, prezesem Klubu Włóczęgów Wileńskich, przez jedenaście tygodni podróżował autostopem do Maroka i z powrotem.

Joanna Bożerodska
Tam i z powrotem, czyli autostopem do Maroka

Fot. Artur Rożan, Waldemar Wołodko,

Joanna Bożerodska, zw.lt: Jesteśmy w tym samym miejscu, w którym przed trzema miesiącami, 17 lipca, odbyło się wasze spotkanie pożegnalne przed  podróżą. Od tego czasu pokonaliście tysiące kilometrów, przeżyliście setki przygód, poznaliście dziesiątki ludzi. Jak się czujecie po powrocie na Litwę?

Waldek: Pamiętam chwilę, gdy przekroczyliśmy granicę litewską. Ojczyzna powitała nas silną ulewą, było mokro i zimno. Mimo wszystko na terytorium Litwy poczułem wielką radość, ponieważ odtąd mogłem swobodnie komunikować z ludźmi w znanym mi języku.

Artur: Czuję się bardziej otwarty na ludzi, chcę poznawać ich historie.

Dlaczego autostopem i dlaczego do Maroka?

Waldek: Dotychczas dużo podróżowaliśmy autostopem do pobliskich miast europejskich. Nie nazywałbym tych krótkich wypadów podróżowaniem, zaś tylko atrakcyjnym rodzajem transportu, umożliwiającym poznawanie ciekawych ludzi. Pragnąłem prawdziwej podróży.

Artur: Od dawna w mojej głowie krążyła myśl o długiej wyprawie, tylko nie wiedziałem dokąd i na jak długo. Pewnego dnia wymyśliłem przejechać przez całą Europę. Po głębszej analizie szlaków starego kontynentu uwagę przyciągnęło polecane przez przyjaciół północno-afrykańskie państwo Maroko, które stało się naszym punktem docelowym.

Między Litwą a Maroko dzieliło was 4500 kilometrów do pokonania. Co zwiedziliście po drodze?

Waldek: Jechaliśmy przez Warszawę, Kraków i Bratysławę, ponieważ tam mieliśmy załatwione noclegi u znajomych. Zwiedziliśmy Tatry Słowackie. Dalsza podróż była czystą improwizacją i zabawą z losem. Udaliśmy się do Chorwacji (Zagrzebia i Rijekę), spędziliśmy czas na morzem Adriatyckim. Następnie podążaliśmy linią brzegową do Wenecji, Mediolanu, Nicei, Marsylii, Barcelony, Walencji, Murcji, Alicante, Malagi aż do Gibraltaru. Oczywiście nie wymieniam zahaczonych po drodze miasteczek i wsi. W drodze powrotnej poruszaliśmy się bardziej prostą drogą przez Francję, Szwajcarię, Niemcy, Polskę. Po drodze zatrzymaliśmy się we Francji na plantacji winogron, na której pracowaliśmy przez tydzień, żeby pokryć koszty podróży.

Które zwiedzone miejsce zrobiło na was największe wrażenie?

Artur: Trudno powiedzieć, ponieważ często najlepsze wspomnienia zostawiali ludzie, a nie miejsca. Wprawdzie bardzo spodobały mi się Tatry Słowackie.

Waldek: Polubiłem Strasburg, którego nawet nie planowaliśmy zwiedzić. Wenecja również wywarła silne wrażenie. To miejsce zmusza  pojąć inną rzeczywistość miasta, w którym zamiast samochodów pływają łódki.

Co spakowaliście do plecaków?

Artur: Śpiwór, namiot, karimatę, cztery koszulki, trzy pary spodenek, parę spodni, buty, sandale, kurtkę, kuchenkę gazową, garnek żeliwny, sztućce, szwajcarski nóż oficerski, latarkę, telefon, przenośną ładowarkę, mały aparat fotograficzny. W sumie plecak ważył około 20 kilogramów.

Waldek: Polecam zainwestować w odzież termoaktywną, ponieważ zajmuje mniej miejsca, czujemy się komfortowo przy różnych temperaturach. Nie polecam zabierać ze sobą białych koszulek! Przed wyjazdem wykonaliśmy białe koszulki z nadrukiem podniesionego kciuka. Swoją koszulkę bezpowrotnie poplamiłem w pierwszym tygodniu podróży.

Jak wyglądało wasze menu?

Artur: Zabraliśmy ze sobą dużo makaronu i kaszy kuskus. Łączyliśmi je z różnego rodzaju konserwami i świeżymi warzywami. Na południu Europy jedliśmy owoce prosto z drzew i krzaków.

Waldek: Robiliśmy zakupy na dwa, maksymalnie trzy dni do przodu, żeby nie obciążać plecaków. Dzisiaj w każdym większym miasteczku jest sklep spożywczy.

W Europie tak, a w Maroko?

Artur: Kiedy jesteś w medynie, czyli starej dzielnicy miasta arabskiego, warto kupować jedzenie uliczne. Takie potrawy są tańsze i bardziej smaczne niż kupowanie produktów w sklepie i przyrządzanie obiadu samodzielnie.

Gdzie nocowaliście?

Waldek: W śpiworze pod gołym niebem! Zazwyczaj nocowaliśmy na łąkach na zapleczu stacji paliwowych, przy których zatrzymywaliśmy samochody. Zabraliśmy ze sobą namiot, ale korzystaliśmy z niego tylko w Maroko, ponieważ tam padał deszcz. W dodatku w przewodniku przeczytaliśmy o niebezpiecznej faunie afrykańskiej: jaszczurki, skorpiony, pająki…

Nie goniła was ochrona?

Waldek: Tylko z parku w Wenecji zostaliśmy wypędzeni przez włoskiego Karabiniera.

Nie baliście się o swoje bezpieczeństwo? Noclegi na łąkach, wsiadanie do cudzych samochodów…

Artur: W Maladze próbowano nas okraść. Nieznajomy mężczyzna w nocy grzebał po naszych plecakach. Gdy obudziliśmy się tłumaczył, że szukał papierosów. Odparliśmy, że nie mamy i rozeszliśmy się bez konfliktu.

Waldek: Oczywiście zawsze byliśmy czujni. Przecież sami wsiadaliśmy do cudzych samochodów i narażaliśmy siebie na niebezpieczeństwo.

Artur: Przed wsiadaniem do pojazdu fotografowałem samochód, zapamiętywałem numer rejestracyjny samochodu. Bardziej bałem się nie o siebie, lecz o swój plecak, który przez trzy miesiące był moim domem. Kradzież plecaka oznaczałaby koniec podróży. Nocą kładliśmy plecaki między sobą, nakładaliśmy na górę szeleszczący materiał, żeby w razie kradzieży usłyszeć szmer. To się sprawdziło w Maladze.

Z jakimi trudnościami zmagaliście się podczas podróży?

Waldek: W Maroko skończyła się nam gotówka. Wydaliśmy prawie całą kasę na wynajem samochodu, zostało nam po 30 euro gotówki na dwa tygodnie. Wszystkie bankomaty odrzucały nasze karty. To była poważna przyczyna do niepokoju. W pewnej chwili nawet chcieliśmy prosić rodziny o przesłanie pieniędzy przez usługę Wester Union. W końcu okazało się, że bankomaty wydawały maksymalnie 50 euro. Po prostu musieliśmy wypłacać pieniądze w mniejszych sumach.

Artur: Wynajęty samochód w Maroko miał nam pomóc w poruszaniu się przez państwo, a stał się bólem głowy. Nasz Volkswagen Polo nie raz psuł się w drodze, przebiliśmy oponę, ograniczał naszą swobodę. Czułem się wyzwolony, kiedy zwróciliśmy samochód. Niestety bez wynajmu samochodu nie zwiedzilibyśmy tego kraju. W Maroko spędziliśmy szesnaście dni i przejechaliśmy ponad 3000 kilometrów. Takie liczby nie byłyby możliwe poruszając się autobusami, pociągami czy autostopem.

Odnoszę wrażenie, że najwięcej kłopotów was spotkało w Maroko…

Artur: Trochę tak. W Maroko ukradli mi telefon. Wychodząc z hotelu na chwilę włożyłem telefon do płytkiej tylniej kieszeni spodenek, w rękach niosłem zakupy. Chwila nieuwagi i poczułem, jak telefon zginął. Przyznaję, że to było głupio z mojej strony zlekceważyć niebezpieczeństwo tkwiące na wąskich, tłocznych uliczkach miasteczek Maroka, przepełnionych kieszonkowcami.

Zwracałeś się do policji?

Artur: Tak, ale policjant był  wyraźnie niepomocny. Przekonywał mnie, że mój telefon jest dawno wyłączony i nie da się nic z tym zrobić. Ciekawe, że kiedy funkcjonariusz spostrzegł gotówkę w moim paszporcie, zmienił swoje zdanie. Kazał mi za godzinę przynieść raport do komisariatu w języku arabskim, jednak to nie miało sensu, ponieważ i tak już opuszczaliśmy miasto.

W jakim języku dogadywaliście się?

Artur: My z Waldkiem znaliśmy wyłącznie język angielski. Marokańczycy, pracujący w branży turystycznej, bez problemu posługiwali się językiem angielskim. Inaczej było z komunikacją poza ośrodkami turystycznymi. Wtedy używaliśmy gestów, a nawet rysowaliśmy symbole patykiem na piasku.

Czy udało się ominąć problemów zdrowotnych?

Artur: Przeżyłem chorobę wysokościową , gdy wspinaliśmy się na najwyższy szczyt w Maroko – Jebel Toubkal, który sięga prawie 4200 metrów nad poziomem morza. Pokonaliśmy czterodniową drogę w dwie doby, dlatego mój organizm nie zdążył zaaklimatyzować się. Czułem niepojętą słabość i mdłości nawet przy schodzeniu w dół. Próbowałem okłamywać organizm pigułkami przeciwbólowymi, które zmniejszały efekt choroby. Niestety po zejściu na dół po takich zabiegach choroba trwała jeszcze dłużej.

Jak wyglądał budżet waszej kilkumiesięcznej wędrówki?

Artur: Każdy z nas wydał około 1000 euro. Chcę zaznaczyć, że połowę tej sumy wydaliśmy podczas dwutygodniowego pobytu w Maroko. Planowaliśmy dokładnie zwiedzić ten kraj, dlatego nie oszczędzaliśmy pieniędzy.

Największa przygoda podczas waszej podróży to…

Artur: Noc spędzona na szczycie góry w Tatrach Słowackich. Na wierzchołek wchodziliśmy późnym wieczorem. Oczywiście robiliśmy to celowo, ponieważ wiedzieliśmy, że zostaniemy tam na noc, znaliśmy miejsce noclegu. Największe niebezpieczeństwo stanowiła nieprzewidywalna pogoda w górach. Nagła burza mogła skończyć się dla nas fatalnie, ponieważ piorun uderzyłby w najwyższy punkt, czyli wierzchołek, na którym spaliśmy. Mimo wszystko to było nadzwyczajne uczucie obudzić się na szczycie góry. Nasz „hotel” liczył nie pięć, a pięć milionów gwiazd!

Waldek: Najbardziej zapamiętałem przygodę z Polakiem, który podwiózł nas kabrioletem. Jechaliśmy z Warszawy w stronę Krakowa, gdy naszego kierowcę zatrzymała policja za przekroczenie prędkości. Okazało się, że nasz nowy kolega nie zabrał z domu portfela i poprosił nas o zapłacenie mandatu. Gość przedstawił się największym dystrybutorem pomidorów w całym regionie i obiecał zwrócić pieniądze. Oddaliśmy wszystko do ostatniego grosza. Na szczęście po wszystkim odwiózł nas do swojego domu i rzeczywiście zwrócił gotówkę. W dodatku przeprowadził nam wycieczkę kabrioletem po jego rodzinnym miasteczku.

Czy podczas waszej podróży udało się obalić jakieś stereotypy?

Artur: Tak, Francuzi w rzeczywistości potrafią mówić po angielsku! Czego nie oczekiwałem, to że Hiszpanie wogóle nie znają języka angielskiego, nawet takich podstawowych zwrotów, jak „hello”, „thank you” czy „goodbye”.

Waldek: Ja odwrotnie poznałem nowy stereotyp. Jechaliśmy w samochodzie z dwiema Polkami, rozmawialiśmy w języku polskim. Z powodu naszego akcentu dziewczyny utożsamiły nas z Ukraińcami i nie interesował ich fakt, że pochodzimy z Wilna. Z powodu wielkiej fali migracji Ukraińców do Polski każdy, kto mówi ze wschodnim akcentem, jest nazywany Ukraińcem.

Artur: Potwierdziło się zatem to, że ludzie nie wiedzą, gdzie jest położona Litwa. Każdy zna Łotwę i stolicę Rygę, ale Litwy prawie nikt. W Maroko tylko jedna osoba, spotkana w okolicach Sahary, znała Wilno i Troki.

Waldek: Jeszcze chciałbym wspomnieć, że pustynia Sahara, to nie tylko bezgraniczne horyzonty gorącego piasku, po którym chodzą wielblądy. Tak naprawdę to jest pozbawiony wody i roślinności teren, który jest pokryty żwirem i kamieniami. Nocowaliśmy na tej pustyni. Czuliśmy się jak w filmie w stylu western.

Czego nauczyła Was podróż?

Waldek: Zabrzmi banalnie, ale nauczyłem się być otwartym do ludzi i na wszelkie propozycje. Powróciła do mnie wiara w człowieczeństwo. To jest niesamowite ilu ludzi nam pomogło w tej podróży.

Artur: Zrozumiałem, jaką małą wartość stanowi dyplom wyższej uczelni. W takich podróżach liczy się tylko to, co potrafisz zrobić tu i teraz, jaki fach masz opanowany.

Waldek: Odkryłem,  jak mało rzeczy potrzebujemy do pełnowartościowego życia. Dlatego stałem się silniejszy, ponieważ nie boję się opuścić zony komfortu.

Artur: Jednak w takich podróżach bardzo ważne jest zachować swoją tożsamość i nie poddać się pokusie beztroskiego, żebraczego życia. Po drodze spotkaliśmy dużo ludzi bezdomnych, uchodźców, a nawet czasami żyliśmy w podobnych warunkach jak oni. Dlatego ciągle napominaliśmy sobie, że jesteśmy podróżnikami i że mamy cel w życiu. Poznaliśmy ludzi, którzy wyjechali w podobne podróże i zostali włóczyć się po świecie na całe życie.

Czyli szczęście nie kryje się w beztroskim życiu?

Artur: Trzeba odnaleźć złoty środek. Poznaliśmy kobietę, która do 30 lat podróżowała autostopem i robiła wszystko, czego jej serce pragnęło. Pewnego dnia spotkała swojego męża, osiedliła się, założyła własny biznes, czuje się szczęśliwa i spełniona.

Jakie błędy nie powtórzylibyście w następnej podróży?

Waldek: Chyba raczej jakich rzeczy więcej ze sobą  nie zabrałbym. Wziąłem, na przykład, duży i ciężki atlas samochodowy Europy, którego użyłem jeden raz. Dzisiaj wszystko jest dostępne w smartfonie. Korzystanie z nawigacji jest również bardziej praktyczne.

Artur: Z mapką oczywiście wyglądasz bardziej romantycznie.

Waldek: Uważam, że można w ogóle zrezygnować z map, ponieważ ludzie zawsze Cię pokierują i wskażą najlepszą drogę. Może nie najszybszą, ale zdecydowanie najciekawszą.

Jakie macie porady początkującym podróżnikom?

Artur: Przedewszysktim nie bójcie  się! W mediach ciągle słyszymy o konfliktach, wojnach i zabójstwach, ale nawet w centrum wydarzeń nie jest wszytko tak źle. Byliśmy w Nicei tydzień po krwawym zamachu terrorystycznym. Tak naprawdę mogliśmy tam być w dniu zamachu. Chcę tym powiedzieć, że nigdy nie wiemy, gdzie i kiedy nas spotka nieszczęście.

Waldek: Chcę zaznaczyć, że podróżować autostopem dwóm chłopakom jest o wiele trudniej niż dziewczynom lub parze mieszanej. Chłopcy często czekają na samochód nawet do trzech razy dłużej. Zawsze zostawiajcie sobie więcej czasu na podróż. Gdy budzisz się rano, nigdy nie wiesz, czy uda Ci się dojechać do wybranego miejsca. Pewnego razu w Hiszpanii w jednym miejscu na samochód czekaliśmy przez trzy dni. W takich chwilach powstają myśli “dlaczego to robię, dlaczego nie korzystam z autobusu”. Ale zawsze są lepsze i gorsze dni. Jadąc do Maroko Hiszpanię pokonaliśmy w dwa tygodnie, a w drodze powrotnej w trzy dni. Nasz rekord, to 700 kilometrów za dobę, kiedy jechaliśmy z Krakowa do Olity. Pamiętajcie, że kierowca tira do kabiny może zabrać tylko jedną osobę. Wszelkie inne porady podróżowania autostopem znajdziecie na stronie hitchwiki.com, jednak wszystkiego was nauczy praktyka.

Jak na waszą podróż reagowała rodzina? Przecież nie raz urywał się z wami  kontakt nawet tydzień.

Artur: Czułem wymówki ze strony rodziców, że marnuję swój czas. Zamiast podróżować musiałbym pracować, studiować lub robić coś produktywnego. Kiedy wróciłem do domu, pokazałem rodzicom zdjęcia i opowiedziałem o swoich przygodach, poczułem, że zmienili zdanie, są dumni ze mnie i w przyszłości zaakceptują moje wyprawy.

Waldek: Po prostu stanowczo swierdziłem, że jadę autostopem do Maroko i tyle. Rodzice są nastawieni na to, że ja i moje siostry ciągle gdzieś wyjeżdzamy. Dziadkowi powiedziałem, że jadę pracować na plantacji winogron.

Jakie macie najbliższe plany?

Artur: Jadę na rok do Kanady. Na razie zbieram pieniądze na wyjazd, szukam w Kanadzie pracę i mieszkanie. Liczę na to, że wiosną wyjadę. Jechałbym już teraz, ale niedługo tam rozpocznie się surowa zima do -30 stopni Celsjusza. Po upalnym Maroko ten pomysł nie brzmi zbyt zachęcająco. Na pewno w przyszłości jeszcze wybiorę się na dłuższą podróż autostopem.

Waldek: Wiosną chętnie wybiorę się na Bałkany z jakąś koleżanką.

Artur: A nie ze mną?

Właśnie, czy kłóciliście się między sobą podczas podróży?

Artur: Musieliśmy nauczyć się dzielić pozycję lidera, czyli osobę organizującą dalszy ciąg podróży. Rozumieliśmy, że każdy z nas ma swoje własne zainteresowania i oczekiwania. Staraliśmy się osiągnąć kompromis wybierając nocleg, jedzenie i miejsca do zwiedzania.

Podsumowując, czy było warto? 🙂

Waldek: (śmieje się) To chyba oczywiste. Tylko od poznanych siedemdziesięciu kierowców poczuliśmy ogromną satysfakcję, nie licząc zwiedzonych miejsc.

Artur: Zostawialiśmy wszystkim kierowcom nasze kontakty. Jeżeli by wszyscy jednocześnie przyjechali do Wilna, mielibyśmy poważny kłopot!

Dziękuję za rozmowę.

PODCASTY I GALERIE