Wilno i Wileńszczyzna
zw.lt

Stefania Dawydenko: Ożywają w pamięci wigilie z dzieciństwa…

Ożywają w mojej pamięci Wigilia i Boże Narodzenie. Teraz nawet choinki inaczej pachną. A tam, w dzieciństwie...

Ojciec o świcie szedł do lasu, przynosił choinkę, która powoli zaczynała płakać i napełniać niedużą chatę swoją wonią, która zmieszana z zapachem świeżo upieczonych drożdżowych bułek i przeróżnymi zapachami kuchni tworzyła niezapomniany zapach dzieciństwa.

Mama rano zaczynała miesić ciasto na bułki, wyrabiała je długo, starannie, ciasta było dużo. Możno było uszczypnąć kawałeczek i zjeść. Pozwalam swoim wnukom robić tak samo. Potem mama rozpalała w piecu i po wyrośnięciu ciasta zaczynała je rozkładać do dużych brytfann. Na przypiecku mama piekła maleńkie bułeczki dla nas, bo widziała jak czekaliśmy na nie, ponieważ duże piekły się długo.

Po wstawieniu bułek do pieca robiła pierożki z makiem – makowiki. Mak mełła kilka razy, do niego dodawała cukru, a gdy miała, miodu. Piekła je też w piecu; wyglądały ładnie i były wyśmienite. Po ulepieniu pierożków robiła śliżyki. W Ludwinowie nazywano je klockami. Wszystko robiła z jednego ciasta.

Upieczonych bułek było dużo. Były grube, pyszne i niepowtarzalnie smaczne. A następnego dnia z masłem – pycha!
W każdym domu na święta pieczono bułki. W powietrzu nad wsią unosił się ich aromat.

Pod wieczór razem z ojcem upiększaliśmy choinkę, tę leśną piękność. Bo w lesie ojciec starał się wybrać najładniejszą. Zawsze była do sufitu. Ojciec otwierał pudełko z zabawkami. Aniołki, szklane zabawki, (mam kilka, takich
dzisiaj nie da się kupić), prawdziwe świeczki z lichtarzykami, kolorowy „deszcz”. Zawsze wieszaliśmy na choince znakomite wileńskie pierniki, kupione przez mamę na rynku w Wilnie. Różowe, brązowe, białe. Koniki, zajączki, serduszka. Jakże smaczne były one w dzień Trzech Króli, bo tego dnia była „rozbierana” choinka i dzielone pozostałe po nocnych kradzieżach cukierki i pierniki.

W wieczór wigilijny mama wyjmowała z kuferka biały obrus. Świąteczny, lniany, z jedwabną nitką. Wyglądał fantastycznie. To był obrus, który mama dostała w posagu. Mam go w domu. Pamiątka po tamtych czasach. Całość zachowana w dobrym stanie i godna podziwu.

Mama nakrywała stół, pod obrusem było sianko. Przynosiliśmy z kuchni jedzenie: ryba, śledzie, pieczone pierożki z makiem, podsyta, w którą wrzucaliśmy śliżyki, nabierały one w niej niepowtarzalnego smaku. Do dziś dnia nie umiem ich zrobić tak, jak to robiła mama. Podsyta to nic efektownego: taka niby zupa na deser robiona na wodzie z dodatkiem mielonego maku i miodu.

Menu, które wymieniłam, wzbogacało się chyba przez 10 lat. Wszystko było bardzo skromne i niepowtarzalne w swojej prostocie. Pamiętam kartofle włupinach na wigilijnym stole, które każdy sobie obierał, ale to było normalnym
zjawiskiem. Ubóstwo nigdy nie było przeszkodą w szczęściu rodzinnym.

Pośrodku stołu na talerzyku opłatek. Talerzy na stole zawsze było o jeden więcej – dla podróżnych, bo nikt tego wieczoru nie powinen być sam. Przed zasiadaniem do stołu w wieczór wigilijny modliliśmy się razem z
rodzicami przed obrazem. Ojciec, jako głowa rodziny, pierwszy dzielił się opłatkiem. Żadnych prezentów pod choinkę nie było!

Po kolacji starsze siostry i brat szli pieszo 5 kilometrów do Landwarowa na pasterkę, czasem brali i mnie. Pamiętam tylko gwiaździste niebo i bardzo wesołą młodzież. Tych pięć kilometrów tam i z powrotem było prawdziwą przyjemnością. Wszyscy mieli dobry świąteczny nastrój. I z tamtych dalekich czasów dźwięczy w mojej pamięci melodyjna kolęda „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi…”.

Fragment pochodzi z książki Stefanii Dawydenko „Moje Ludwinowo. Znane i nieznane”.

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!