Spotkanie legendarnej „Piątki”: Pamiętamy o ludziach, którzy założyli podwaliny polskiej inteligencji powojennej

W niedzielę (27 czerwca) odbyło się tradycyjne spotkanie absolwentów legendarnej "Piątki" (obecnie Gimnazjum Inżynieryjne im. J. Lelewela w Wilnie), które już po raz 13. organizowało Towarzystwo Absolwentów „Zawsze wierni „Piątce”.

Ewelina Knutowicz
Spotkanie legendarnej „Piątki”: Pamiętamy o ludziach, którzy założyli podwaliny polskiej inteligencji powojennej

Fot. Joanna Bożerodska

Krystyna Adamowicz, dziennikarka i prezeska Towarzystwa Absolwentów „Zawsze wierni „Piątce” twierdzi, że tegoroczne spotkanie wyróżnia się spośród innych. „Zebrani chcą nie tylko rozmawiać, wspominać jakieś śmieszne sprawy. Wspominamy również tych, którzy od samego początku – 1944 r. – byli w tej szkole. Niestety, już odeszli. Zaprosiliśmy dzieci, wnuków, małżonków zmarłych osób, aby pamięć o nich nie zaginęła. Każdy z naszych byłych absolwentów jest kartą historii. Każdy miał jakieś przeżycia. Musimy pamiętać o ludziach, którzy założyli podwaliny polskiej inteligencji powojennej w Wilnie” – twierdzi organizatorka spotkań.

„W tym roku Towarzystwo chce przypomnieć, między innymi, cudownego wykładowcę i człowieka. Był uczniem „Piątki”, nauczycielem, zastępcą dyrektora. To Zbigniew Remarczyk. Gdy zbierałam materiały do książki, o nim ciepło wspominał każdy uczeń. To był człowiek bardzo oddany swojej szkole, mimo, iż jego życie było bardzo trudne. Wcześnie stracił matkę, opiekowała się nim ciocia. Mimo trudności, zawsze był pełen optymizmu. Robił wszystko, aby w klasie panowała zgoda. Dla niego najważniejszą rzeczą było, aby młodzież zrozumiała fizykę” – opowiada Adamowicz.

Warto pamiętać również o Janu Pakalnisie, któremu zawdzięczamy archiwum „Piątki”. W spotkaniu wzięła udział jego córka, która opowiedziała o dziejach ojca. „To był człowiek, godny wielkiego zaufania” – twierdzi rozmówczyni portalu zw.lt.

Krystyna Adamowicz (po prawej)/Fot. Joanna Bożerodska

Można jeszcze przypomnieć Olgierda Korzenieckiego, słynnego oftalmologa, a jednocześnie oddanego szkole człowieka. „W ogóle, rocznik maturzystów 1950 jest unikalny. Wtedy szkołę ukończyli ludzie, którzy stworzyli wyjątkowe dzieła dla Litwy i Wilna. O nich się nigdy nie zapomni. Oczywiście, z innych roczników mamy również wiele ludzi oddanych polskości. Na przykład, zapamiętałam wypowiedź Haliny Choroszewskiej, dotyczącą tego, że repatriacja, którą urządzili tu sowieci, była judaszowskim pocałunkiem. Chodziło im o to, aby Wileńszczyznę „wyczyścić” z polskości. Tymczasem okres tamtych lat polegał na ogromnym patriotyzmie i krzewieniu polskości wśród rodzin” – tłumaczy prezeska Towarzystwa Absolwentów „Zawsze wierni „Piątce”.

W tym roku Towarzystwo ma duże plany. „Na dany moment chcemy zadbać, być może, wspólnie ze Społecznym Komitetem Opieki nad Starą Rossą, o groby naszych wykładowców na Wileńszczyźnie. Chcemy znaleźć, gdzie są pochowani, bo na pewno nie zostało osób, które sprzątały te groby. Planujemy, że w ciągu tego roku zajmiemy się poszukiwaniami. Groby takich osób są bardzo skromne, zaniedbane, praktycznie zrównane z ziemią. Na przykład, pani Maria Czekotowska jest pochowana nad urwiskiem. Pani Pietkiewicz, która dbała o Cmentarz Bernardyński, pomagała, dbając o grób, ale również odeszła” – wyjaśnia Krystyna Adamowicz.

Fot. Joanna Bożerodska

Podpułkownik Stanisława Kociełowicz, z domu Kowalewska, jest żołnierzem Armii Krajowej, harcerką i łagierniczką. Jak sama twierdzi, cudownie wspomina „Piątkę”.

„Tych nauczycieli pamiętam do tej pory: Stanisławę Pietraszkiewiczówną, Bolesława Święcickiego, Bellę Biber. Dzięki pani Pietraszkiewiczównej dostałam się na studia. Nie było w Wilnie już filologii polskiej, więc pojechałam do Moskwy. Jednak po roku studiów zabrali mnie do więzienia. Początkowo mnie trzymano w więzieniu śledczym na Łubiance, potem – w słynnym moskiewskim więzieniu Butyrki. Otrzymałam 8 lat. Wywieziono mnie do łagru Tajszet za Uralem. W 1954 r. wróciłam z powrotem do Wilna. Tak się złożyło życie, że zapoznałam się z AK-owcem, który miał przebywać jeszcze 5 lat na zesłaniu, ale nielegalnie przyjechał do Wilna. Poznałam go we czwartek, w niedzielę po otrzymaniu dyspensy od biskupa wyszłam za mąż w Ławaryszkach. Był to piękny ślub, po którym pojechaliśmy na zesłanie do Komi na podróż poślubną. Zawsze jednak miałam jakieś szczęście. Polska podpisała umowę ze Związkiem Radzieckim i w 1955 r., w grudniu przyjechaliśmy do Polski. Brat męża mieszkał w Szczecinie. Większość członków rodziny została w Kolonii Wileńskiej, oprócz siostry, która pojechała na studia do Lwowa i tam zamieszkała. Brat męża mieszkał w Szczecinie” – opowiada pani Stanisława.

ppłk Stanisława Kociełowicz. Fot. Joanna Bożerodska

W 1950 r. na balu maturalnym pani Stanisławy cała klasa obiecała, że w ostatnią sobotę czerwca na placu Katedralnym będą się spotykały dwie klasy – chłopców i dziewcząt. Początkowo te spotkania były rzadsze – rodziły się dzieci, były zawierane małżeństwa. Po dwudziestu latach jednak takie wydarzenia rzeczywiście zaczęły się odbywać każdego roku. Wtedy szkoła przyjęła tradycję spotykania się co roku, ale nie w ostatnią sobotę czerwca, tylko w niedzielę. Tak się stało, aby nie konkurować między klasami. „Pewnego razu przyjechałam nawet ze złamaną ręką. Opuściłam wydarzenie tylko kilka razy. Czasami były wyjazdy do Izraela, Monte Cassino, czy innych miejscowości, gdzie, jeszcze jako major, składałam wiązanki kwiatów z przedstawicielami rządu polskiego. Zapalaliśmy tam również znicze” – tłumaczy ppłk Kociełowicz.

PODCASTY I GALERIE