Sokołowska: Zapiski z podróży. Europę opuścić, a w niej pozostać

Moda na podróże weekendowe, na mój gust, jest, wraz z modą na czytanie książek i uczęszczanie na happeningi kulturowe, najlepszą do naśladowania. Pozwolić sobie udać się na tygodniowe wyjazdy trudno, ze względu na finansowe ograniczenia i zawodowo-rodzinne zobowiązania, natomiast kilkudniowy wypad poza ramy codzienności wskrzesza w tobie podróżnika, którego wzrok skierowany wyżej, a nogi stawiają kroki żwawiej niż w domu, słuch natomiast się natęża, łapiąc dźwięki innego od bałtycko-słowiańskich języka.

Dorota Sokołowska
Sokołowska: Zapiski z podróży. Europę opuścić, a w niej pozostać

Półtora dnia to karygodnie mało do zwiedzenia dwóch położonych w tym samym miejscu miast – najpierw Konstantynopola, później już Stambułu (nie mówiąc już o dwudzielnej ich geograficznej strukturze – europejskiej i azjatyckiej). Mowa całkiem nie o podróżowaniu w czasie. Nowsze dzielnice miasta nad Bosforem wydają się być pewnym narostem na Starym Mieście, opasanym murami z IV-V w. n. e., a 15 milionów stambulskiej ludności figurują raczej w postaci głośnych przechodniów przez karty, zdawałoby się, wiecznego miasta. Co zatem to wszystko – przeszłość i teraźniejszość, stare i nowe, mury i ludzi, Azję i Europę, – łączy?

Anegdotyczne, lecz interes. Chęć kupienia czegoś, potrzeba sprzedania czegoś. Cel załatwić to i owo, być tu i tam. Stambuł, zarówno ten współczesny, jak i historyczny, jest szczególnie dynamiczny, dlatego, być może, został nazywany ogromnym bazarem. Jednak utożsamianie tego miasta, jak i całej Turcji, wyłącznie ze straganami przypraw słodkości byłoby okropnym błędem. Handel w portowym ośrodku, w tym wypadku, położonym nad dwiema cieśninami i kontynentami, jest nie tylko dźwignią ekonomiczną, lecz zarazem i ogromną składową oblicza kulturowego. Stąd ta dynamika, wieczny ruch, nieustający ani w dzień, ani w nocy. Auta, tramwaje, metro, statki, samoloty – wszystkie współrzędne geograficzne służą jako transport.

I tylko jedno miejsce emanuje spokojem. Hagia Sophia, była świątynia chrześcijańska, później meczet, dziś muzeum, jest nie tylko nominalnym symbolem współżycia kultur, religii i epok. Harmonię czuje się tu naprawdę. Muzułmańska kaligrafia i żyrandole z lampkami do składania życzeń sąsiadują z bizantyjskimi mozaikami chrześcijańskich świętych. Uśmiech na twarzy wywołują także wyryte w marmurze runy Wikingów, mówiące “byłem tu”. Wikingowie należeli do gwardii wareskiej, formacji gwardii cesarskiej w byłym Bizancjum.

Geografia Stambułu sprawia, iż miasto przeciwne strony raczej łączy aniżeli dzieli. Podobnie także przyjmuje każdego turystę, narzuca mu swój rytm i wprowadza w ruch – nie zdążysz zrozumieć ani jak, ani kiedy, a już widzisz, jak podobnie miejscowym trzymasz tulipankę tureckiej herbaty w ręku. Tak, herbatę się tu pije wszędzie i zawsze, a charakterystyczne szklaneczki nie są upominkową zabawką, a są używane naprawdę. Mijasz rzędy starego bazaru i czujesz, jak stajesz się kroplą w rzece czasu, gdyż tacy przechodnie mijali te stragany sto, dwieście i o wiele więcej lat temu. Być może mijał je także Mickiewicz – tylko w ostatnim dniu podróży przypomniałam sobie, że “nasz” poeta umarł właśnie w Stambule. Być może był to znak – czas wracać do domu, lecz jestem pewna powrotu tu. Wyjazdu, a zarazem pozostania w Europie.

Kategorie