Rolnik z pokolenia na pokolenie

Praca rolnika nie należy do łatwych. W Wilnie z pokolenia na pokolenie rolnictwem zajmuje się rodzina Tupikowskich. O swoich doświadczeniach z rolnictwem opowiada rolnik Paweł z rodziną.

zw.lt
Rolnik z pokolenia na pokolenie

archiwum rodzinne

Jak się zaczęła Pana przygoda z rolnictwem?

– Rodzice byli rolnikami, a ja będąc młodym chłopcem im pomagałem, widziałem jak się to robi. Ojciec, ś.p. Franciszek, hodował bydło, strasznie lubił pracować na roli. Tymczasem mama, Wacława, zajmowała się ogrodami, mówiła, że rozumie język roślin, że do niej przemawiają. Wiedziałem, że moim powołaniem jest praca na roli.

Rodzice Pawła Wacława i Franciszek

Co i gdzie siejecie?

– Hodujemy warzywa: od szczypiorku i rzodkiewki, po kapustę i ziemniaki. Wcześniej zaczynaliśmy ogrzewać cieplarnie foliowe i sadzić pierwszą rozsadę 8 marca pod tkaniną agro-ogrodniczą. Na polu sadzimy ziemniaki, wczesną marchew, kapustę, zboża, brokuły, kalafior. Mamy do czynienia z 8 hektarowym kawałeczkiem ziemi. W cieplarniach hodujemy ogórki, pomidory, cebulę, sałatkę i rzodkiewkę. Na tej ziemi pracowały ręce moich dziadków, rodziców, a teraz moje.

Czy pana rodzina jest zaangażowana w to gospodarstwo?

– Jesteśmy w tym razem z żoną Aliną, pomaga mi też moja mama i dwie córki. Od niedawna w to zaangażował się mąż mojej starszej córki. Wygląda na to, że przejmie on rolnictwo i będzie już czwartym pokoleniem, które z tego się utrzymuje. Szuka on nowoczesnych rozwiązań, żeby ulżyć pracę rąk i tam gdzie jest to możliwe, zamienić na maszynową. Ostatnio nie podlewamy samodzielnie każdej rośliny w szklarni, podłączyliśmy system podlewania, więc wygrywamy około cztery godziny dziennie.

– Jeśli chodzi o miejscowość, w której mieszkamy – im dalej, tym mniej ludzi się tym zajmuje. Wcześniej w każdej rodzinie źródłem dochodu było rolnictwo. Teraz ludzie sadzą dla siebie, wszystkiego po trochę. Z całej wsi przy rolnictwie w większej skali został jedynie mój szwagier Stanisław.

Co robicie z tak dużym asortymentem warzyw?

-Po tylu latach ludzie znają nas z twarzy, są stałymi klientami. Żona sprzedaje na bazarze w Karolinkach, a ja z zięciem na Targowisku Kalwaryjskim.

Jak się zmieniało wasze gospodarstwo w perspektywie lat?

-W czasach sowieckich, pamiętam jak przyjeżdżaliśmy na rynek z przyczepą, a z tyłu stał tłum ludzi. W ciągu paru godzin sprzedawaliśmy ponad pół tony ogórków, pomidorów. Była to intensywna sprzedaż. Teraz w sklepach mamy warzywa przez cały rok, a w tamte czasy, kto pierwszy posadził i wyhodował pierwsze warzywa, ten mógł je łatwo sprzedać, gdyż ludzie po zimie chętnie je kupowali.

Targowisko Kalwaryjskie/ rok 1990

-Myśmy sadzili w cieplarniach bardzo wcześnie. Ogrzewaliśmy cieplarnie drzewem, w samodzielnych kominkach i co trzy godziny musieliśmy dorzucać drewna, aby nie zagasło. Z żoną po kolei wartowaliśmy, aby było ciepło.

Moi rodzice sadzili kwiaty: róże, tulipany, goździki. Pamiętam, jak mama stawiała w domu skrzynki z cebulkami kwiatów. Było ich sporo, a z czasem w domu rozkwitały piękne czerwone tulipany. Jak dorosłem, to na rynek wpłynął import kwiatów z Holandii. Było trudno sprzedać, więc postanowiliśmy skupić się wyłącznie na warzywach.

Targowisko Kalwaryjskie/ rok 1995

-Wcześniej było mniej konkurencji, było warto sadzić w dużych ilościach. Teraz stawiamy na jakość, a nie na ilość – dodaje małżonka, Alina.

Rok 1998

Czy trudno jest być rolnikiem na Litwie?

-Jest trudno, ale zajmuję się tym od dzieciństwa, mam duży bagaż doświadczenia. Jeżeli jest chęć, umiejętność i zapał – to się da. Trochę pomaga też Unia Europejska, z projektu otrzymaliśmy nową cieplicę, ciągnik prowadzący.

Cieplica z projektu UE
Urodzaj ogórków 2020

Opłaca się praca na roli?

-Na dany moment najbardziej opłaca się kiszenie kapusty. W czasach Związku Radzieckiego woziliśmy z rodzicami kiszoną kapustę do Mińska. Sprzedawaliśmy w dębowych beczkach, Białorusini bardzo lubili te beczki. – opowiada mama Pawła, Wacława Tupikowska.

-Do kiszenia potrzebne są odpowiednie gatunki kapusty, próbowaliśmy kwasić różne , aż zatrzymaliśmy się na najlepszych. Zajmujemy się tym od września do kwietnia i z tego mamy dochód. Na naturalne kiszenie potrzeba minimum 5 dni, na 6 dzień już sprzedajemy. Nie mamy żadnych dodatków, jedynie kapusta, sól, marchew i kmin. Od niedawna zaczęliśmy dodawać też chrzan.

Czy na pana działalność wpłynęła pandemia COVID-19?

-Tak. W ubiegłym roku posadziliśmy dwie tony cebuli. Próbowaliśmy ją sprzedać przez dwa miesiące, z marnym skutkiem. Odkąd zaczęła się kwarantanna, ludzie przestali chodzić na targowiska. Mieliśmy towar, nie było kupca. Obecnie więcej ludzi przychodzi na rynek, szczególnie stali klienci.

-Nigdy nie wiadomo czy da się sprzedać, jaki będzie urodzaj. Podobnie jak w loterii: każdego roku inaczej.

PODCASTY I GALERIE