Prawdziwie jesteś Synem Bożym

Myślę, że dzisiejszy świat tak właśnie to rozumie: „Uwierz w siebie, drzemią w tobie ogromne możliwości. Możesz mieć zadziwiającą moc, trzeba ją tylko wyzwolić. Jezus przychodzi i pokazuje ci, że potrafisz. Każdy może chodzić po wodzie, jeśli uwierzy w swoje możliwości. Skup się, medytuj, ćwicz, oddychaj, nie oddychaj, a osiągniesz zadziwiające efekty”.

ks. Eliasz Anatol
Prawdziwie jesteś Synem Bożym

Fot. Ewelina Mokrzecka

Słowa Ewangelii według świętego Mateusza
Mt 14,22–33

Gdy tłum został nasycony, zaraz Jezus przynaglił uczniów, żeby wsiedli do łodzi i wyprzedzili Go na drugi brzeg, zanim odprawi tłumy. Gdy to uczynił, wyszedł sam jeden na górę, aby się modlić. Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał.
Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli.

Jezus zaraz przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”.
Na to odezwał się Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”.
A on rzekł: „Przyjdź”.

Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”.

Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc:
„Czemu zwątpiłeś, małej wiary?”. Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył.
Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc:
„Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.

Oto słowo Pańskie.

Czytając tekst dzisiejszej Ewangelii, uderza mnie szczególnie jedna rzecz – zupełny brak elementów przypadkowych. Tu wszystko jest dokładnie zaaranżowane. Jezus nie tyle wykorzystuje okoliczności, ile sam je tworzy. Dlatego całe to zdarzenie można bez przesady nazwać lekcją, jakiej Jezus udziela swoim uczniom i nam wszystkim.
Na podstawie tego tekstu można snuć wiele alegorii dotyczących życia duchowego, my jednak mamy odkryć, o co tu tak naprawdę chodzi. Co było zamiarem Jezusa? Spróbujmy odkryć, jaki cel sobie postawił i czy cel ten osiągnął.

Oto pod koniec dnia Jezus mówi do uczniów: „Płyńcie, a ja was dogonię”. Dogonił ich idąc po wodzie. Pierwszą reakcję uczniów można by skojarzyć ze zjawiskiem spirytyzmu: przestraszyli się Go, myśląc że to zjawa. Wiara w duchy lub pozbawione ciała zjawy była powszechna wśród starożytnego pospólstwa, chociaż sama idea duchów była sprzeczna z szeroko rozpowszechnioną żydowską nauką o zmartwychwstaniu umarłych. Nie to jednak było zamierzeniem Jezusa, więc przemówił do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Odpowiedź Jezusa brzmi dosłownie: „Ja jestem”; chociaż mogła równie dobrze oznaczać: „To ja”. Można tu doszukiwać się aluzji do objawienia się Boga dla Mojżesza. Wypowiadając ”Ja jestem”: Jezus okazuje boską moc zdolną wybawić. Piotr tego nie rozumie i dla tego teraz następuje punkt kulminacyjny lekcji. Odzywa się Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. Jezus mówi: „Chodź”. Piotr idzie, udało się. Drugi punkt lekcji – zrywa się wiatr (to jedna z pomocy naukowych), Piotr boi się i tonie. Krzyczy do Jezusa „ratunku”. Ten wyciąga rękę i utrzymuje na powierzchni i siebie i Piotra. Idą do łodzi, wsiadają. Pomoc naukowa zostaje wyłączona. Nastaje cisza, w której uczniowie mają sposobność wyciągnąć wnioski i podsumować całą lekcję.

Chcę tu zwrócić uwagę na dwa kluczowe zdania: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary” oraz „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”. Powiążmy je. Celem Jezusa było zbudowanie wiary u swoich uczniów.

O jaki rodzaj wiary chodziło Chrystusowi? Przyjrzyjmy się kilku wariantom.

Wariant pierwszy: wiara wyrażająca się w umiejętności chodzenia po wodzie.

Myślę, że dzisiejszy świat tak właśnie to rozumie: „Uwierz w siebie, drzemią w tobie ogromne możliwości. Możesz mieć zadziwiającą moc, trzeba ją tylko wyzwolić. Jezus przychodzi i pokazuje ci, że potrafisz. Każdy może chodzić po wodzie, jeśli uwierzy w swoje możliwości. Skup się, medytuj, ćwicz, oddychaj, nie oddychaj, a osiągniesz zadziwiające efekty”.

Ludzie zawsze pragnęli dysponować mocą, dokonywać czegoś niezwykłego, aby otoczenie ich podziwiało. Jedni usiłują wykorzystać do tego Boga, inni angażują się w techniki, filozofie i sztuki walki, które to obiecują. Motyw i cel jest zawsze ten sam – budowanie własnej wielkości. Lecz jeśli o to chodzi, to do czego jeszcze potrzebny jest tu Jezus, Bóg? Kiedy patrzymy na cel życia Chrystusa, widzimy, że chodzi Mu nie o własną wielkość, ale o otoczenie chwałą Ojca – pokazanie wielkości Boga, a nie wielkości człowieka. Chodzi Mu o to, aby człowiek postawił w życiu na Boga, a nie na własne możliwości. Formuła „uwierz w siebie” jest przeciwna sposobowi myślenia Boga.

A tak na marginesie warto zauważyć, że Jezus jest przeciwny humanistycznej koncepcji „wiary w człowieka”, „wiary w dobro, kryjące się w człowieku”, „wiary w dobre serce”. Większość ludzi religijnych uważa instynktownie, że są to prawidłowe postawy, tymczasem Jezus nigdy nikomu nie powiedział, że dany człowiek jest dobry i że On wierzy w jego możliwości czy dobrą wolę. Wręcz przeciwnie, mówił „źli jesteście” „Lecz to, co z ust wychodzi, pochodzi z serca, i to czyni człowieka nieczystym. Z serca bowiem pochodzą złe myśli, zabójstwa, cudzołóstwa, czyny nierządne, kradzieże, fałszywe świadectwa, przekleństwa. (Mt 15:18-19), „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, tym, którzy Go proszą.” ( Mt 7:11), „Jeśli więc wy, choć źli jesteście, umiecie dawać dobre dary swoim dzieciom, o ileż bardziej Ojciec z nieba da Ducha Świętego tym, którzy Go proszą”. (Łk 11:13), „Plemię żmijowe! Jakże wy możecie mówić dobrze, skoro źli jesteście? Przecież z obfitości serca usta mówią.” (Mt 12:34), a Piotra, który zapewniał o swojej wielkoduszności, zgasił natychmiast: „Zanim kogut zapieje…”

Ktoś zapyta: „Czy to nie przygnębiające? Bóg w nas nie wierzy!” Może wielu taka postawa Boga prowadzi do przygnębienia, ale tak naprawdę jest wyzwalająca! Ja jestem zły, ty jesteś zły, a mimo to Bóg nas kocha, jest gotów nas przygarnąć, przebaczyć i obdarzyć swoją mocą. I wtedy jest miejsce na podziw dla Boga, który sam jest dobry: „Jezus mu rzekł: „Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg.” (Mk 10:18). Natomiast umiejętność chodzenia po wodzie (czy stosowania innych spektakularnych technik) tylko pogorszyłaby sytuację człowieka, który w wyniku tego żyłby w złudzeniu odnośnie swojej wielkości.

Drugi wariant to przekonanie, że skoro jestem wierzącym, chrześcijaninem i zaufałem Chrystusowi, to powinienem móc chodzić po wodzie tak jak Jezus, a jeśli mi się to nie udaje, znaczy to, że moja relacja z Chrystusem jest fikcją, a moja wiara czystą teorią.

Ktokolwiek czuje się odpowiedzialny za przekazywanie ewangelii (tak jak np. Piotr), staje przed problemem skuteczności i własnej wiarygodności. Przychodzi mu wtedy na myśl, że warto byłoby umieć zdziałać jakiś spektakularny cud, aby otoczenie łatwiej mogło uwierzyć. Chodzenie po wodzie byłoby mocnym argumentem na potwierdzenie, że „racja jest po naszej stronie”. Tymczasem widać, że Bogu na tym nie zależy. Incydent chodzenia po wodzie w wykonaniu Piotra był jednostkowy i dodatkowo w niezbyt pięknym stylu. Z pewnością nie przekonałby nikogo o jego mocnej wierze. Jezus zaaranżował podmuch wiatru, który przestraszył wytrawnego wodniaka po to, aby pokazać, że nie taka wiara Go interesuje. Człowiek nie chodzi i nie będzie chodził po wodzie, nawet gdy będzie chrześcijaninem i będzie miał prawdziwą wiarę. Historia chrześcijaństwa nie jest próbą zastąpienia regularnej żeglugi przez piesze pielgrzymki po różnych akwenach.

Dlaczego więc Jezus zastosował chodzenie po wodzie jako środek dydaktyczny? Przypomnijmy sobie, że Izraelici mieli za sobą pewne historyczne doświadczenia w pieszym pokonywaniu zbiorników wodnych: Morze Czerwone, Jordan. Te zdarzenia były doświadczeniem tego, że Bóg okazał im swoją moc, aby ich uratować od śmierci. Były one też przykładem radykalnego przejścia, przeskoku na inny poziom życia. Bóg poprzez przejście przez Morze Czerwone przeniósł Izraelitów na poziom wolności. Przejście przez Jordan było wzięciem w posiadanie dziedzictwa, jakie otrzymali od Boga: koczujący dotychczas ludzie, stali się właścicielami na swojej ziemi.

Jezus kroczący po wodzie pokazuje, że On jest Bogiem – tym który wyzwala i obdarza bogactwem, tym Bogiem, który niegdyś przeprawił Izraelitów na drugi brzeg.

Tak właśnie odczytali to uczniowie. Stwierdzili: „Ty jesteś Synem Bożym”. Cel lekcji Jezusa został osiągnięty. Wracamy do pytania o jaką wiarę chodziło Chrystusowi?

Oto jedynie słuszna odpowiedź: wiara, jako oparcie całego zaufania i nadziei w osobie Chrystusa, ponieważ On jest Jedynym Panem, Bogiem który ma władzę nad okolicznościami. Uznanie Chrystusa jako Boga w życiu codziennym jest najbardziej fundamentalnym krokiem wiary, bardziej nawet doniosłym niż chodzenie po wodzie.
Chodzi tylko o to lub AŻ o to. Weźmy pod uwagę pozornie oczywiste stwierdzenie, że „Jezus jest Panem, Bogiem”. Prawie każdy w naszym kraju potrafi to wyrecytować w Gloria lub Credo… Ilu jednak ludzi potrafi to powiedzieć z przekonania, z głębi serca? Nikt! Nikt bez pomocy Ducha Świętego nie może tego powiedzieć (1 Kor 12:3). Nikt sam z siebie. Tylko ten, komu Jezus to objawił (Łk 10:22).

No dobra – ktoś powie – to tylko słowa i nazwy. Czy jest Bogiem, czy nie jest… ale jakie to ma znaczenie w codziennym życiu? Jak taka wiara ujawnia się na zewnątrz? Jakie konsekwencje za sobą pociąga? Spróbuję podać przykład (tylko jeden, z braku czasu i miejsca).

Świat współczesny jest globalną wioską, gdzie różne kultury żyją blisko siebie i mieszają się. To powoduje, że staramy się znaleźć wspólny mianownik dla wszystkich kultur i religii, aby nikogo nie obrazić i nie dyskryminować. Powoduje to katastrofalne z punktu widzenia Boga skutki. Takie mianowicie, że trudno nam uwierzyć, iż Jezus jest kimś jedynym. Nie jednym z wielu mistrzów, ale Synem Boga. A przecież Jezusowi właśnie o to chodziło: „Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej, jak tylko przeze Mnie” (J 14:6).

To nie jest tak, że jeśli chodzi o relację z Bogiem, to wszyscy mają trochę racji. Jest raczej tak, że nikt nie ma racji. Ma ją tylko On – Chrystus. Jeśli można przyrównać życie do gry w karty, to każdy z nas staje przed wyborem, na którą kartę postawić. Naukowej pewności nigdy w tym względzie nie będzie, a zdecydować się trzeba. Chrystus zachęca: „Postaw na Mnie, zanim doświadczysz, że było warto”. Chrześcijanin to ktoś, kto postawił na tę kartę, kto przestał się wahać.

Co się wtedy dzieje? Duchowo przechodzi do alternatywnego świata: „A Bóg, będąc bogaty w miłosierdzie, przez wielką swą miłość, jaką nas umiłował, i to nas, umarłych na skutek występków, razem z Chrystusem przywrócił do życia. Łaską bowiem jesteście zbawieni. Razem też wskrzesił i razem posadził na wyżynach niebieskich – w Chrystusie Jezusie” (Ef 2:4-6). Jesteśmy wtedy wolni od ograniczeń, jakie niesie natura, przyroda: „Baczcie, aby kto was nie zagarnął w niewolę przez tę filozofię będącą czczym oszustwem, opartą na ludzkiej tylko tradycji, na żywiołach świata, a nie na Chrystusie” (Kol 2:8). „Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne, minęło, a oto wszystko stało się nowe” (2 Kor 5:17). „Nasza ojczyzna jest w niebie” (Flp 3:20).

Warto potraktować poważnie te słowa. Chrystus nie jest jednym z elementów obecnego świata, jest raczej Tym, kto może nas pomieścić w Sobie, abyśmy byli elementami Jego świata. Być „W Chrystusie” – to bardzo charakterystyczna kategoria chrześcijańskiego życia. Co z tego wynika? To, że – jak by na to nie patrzeć – jestem w uprzywilejowanej sytuacji. Są ludzie, którzy starają się o obywatelstwo Stanów Zjednoczonych, lub o przyjęcie do prestiżowych, elitarnych klubów, o wpływowe stanowiska, o przywileje… Ja jestem obywatelem Królestwa Bożego i mogę nawet być ambasadorem Boga na okolicę. Mówi się, że Kościół z natury jest misyjny. Tak jest właśnie dlatego, że Chrystus jest kimś jedynym i niezastąpionym. Nie da się Jego roli pośrednika między mną a Bogiem zastąpić jakimś religijnym wymysłem, ćwiczeniem, ofiarą, świadomością, podciągnąć pod wspólny mianownik z czymkolwiek. Jeśli to ktoś zrozumie i przyjmie, staje się „z natury misyjny”. Otwiera się szerokie pole do działania, nowy sens życia.

I jeszcze jedno. Dlaczego Chrystusowi tak bardzo zależało na tym, aby każdy uznał, że On jest kimś jedynym? Dlaczego Chrystus jest tak nietolerancyjny w sferze duchowej: „Wszyscy, którzy przyszli przede Mną, są złodziejami i rozbójnikami, a nie posłuchały ich owce” (J 10:8). Odpowiedzią niech będzie to zdanie: „…dla dokonania pełni czasów, aby wszystko na nowo zjednoczyć w Chrystusie jako Głowie” (Ef 1:10, zob J 11:52). Jeśli ludzie mają się jednoczyć, to jest tylko jeden sposób. Nie agnostycyzm, nie synkretyzm religijny, ale postawienie na Chrystusa. Ja nie mam racji, ty nie masz racji, ale On ją ma. Ani islam, ani buddyzm, ani katolicyzm, ani judaizm, ani pomieszanie powyższych. Choćby się ktoś urodził w najlepszej rodzinie i wzrastał w najlepszej wspólnocie, to i tak w pewnym momencie swojego życia musi uznać i wybrać Chrystusa osobiście.

W materiale zaczerpniętym ze źródła Markowego Mateusz umieszcza swoją czterowierszową wstawkę (ww. 28-31), eksponując postać Piotra kroczącego po wodzie.. Postępowanie Piotra nie ma głębszego uzasadnienia – wyraża jedynie połączenie impulsywnej miłości z wiarą osłabioną zwątpieniem. I właśnie dla tego na miejscu św. Piotra może być każdy z nas. Chociaż Piotrowi nie udało się dotrzeć do Jezusa, czyniąc kilka kroków po wodzie dokonał czegoś, czego nie udało się uczynić nawet największym prorokom Starego Testamentu. Chodzenie po wodzie mogło przypominać czytelnikom o przejściu Izraelitów przez Morze Czerwone (lub przez Jordan), lecz ten cud był większy. (W jednej z opowieści przytaczanych przez rabinów – nie potrafimy ustalić, czy krążyła ona już w czasach Jezusa – pierwsi Izraelici, którzy weszli do Morza Czerwonego, zaczęli tonąć, lecz uratowała ich laska Mojżesza, która rozdzieliła wody.) Na temat ratunku udzielonego przez Jezusa mówi nam tę fakt iż mimo małej wiary Piotra „ Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go…” Jezus podobnie traktuje każdego z nas. Mimo małej wiary i naszych wątpliwości chwyta nas za rękę i zaprasza nas do swojej łodzi. Tak jak na Jeziorze Galilejskim tak i w naszym życiu, gwałtowne burze pojawiają się nieoczekiwanie. W wyidealizowanej scenie: ”wiatr był przeciwny” rozpoznajemy wrogie siły tego świata. „ Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył.” Warto tu przypomnieć o uciszeniu burzy, o którym Mateusz opowiada w ósmym rozdziale Ewangelii: „Gdy wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. Nagle zerwała się gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!» A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, małej wiary?» Potem wstał, rozkazał wichrom i jezioru, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?» (Mt 8,23-27). W przeciwieństwie do tego zdziwienia i pytania, uczniowie okazują teraz zrozumienie i wiarę; pierw niż Piotr wyznają, iż Jezus „Prawdziwie jest Synem Bożym”. Opowiadanie o chodzeniu Jezusa po wodzie koncentruje się na panowaniu Jezusa nad siłami natury; należy do gatunku epifanii opowiadających o ratunku z odmętów. Połączone z opowiadaniem o uciszeniu burzy, które jest przypowieścią o osaczonym Kościele; stanowi symboliczny wyraz odważnej wiary i wkraczania w nieznane, a jednocześnie nieodporności i słabości. Dla tego warto posłuchać św. Jana Pawła i razem z Chrystusem wypłynąć na głębię.

A co do metaforycznego „chodzenia po wodzie”, dlaczego nie? Wszystko jest możliwe dla tego, kto wierzy w Tego, dla którego wszystko jest możliwe.

PODCASTY I GALERIE