Wilno i Wileńszczyzna
Antoni Radczenko

Mieczysław Borusewicz: Takiej demokracji już nie ma

Nie chcę się chwalić, ale nie wykorzystałem 511 dni urlopu – mówi w rozmowie z zw.lt Mieczysław Borusewicz, który przez 27 lat rządził Niemenczynem. Początkowo, jako mer, a później starosta. „ Dzisiaj starosta jest „przywożony w worku”, jak za starych sowieckich czasów” - ubolewa polityk i samorządowiec.

Antoni Radczenko, zw.lt: Stał Pan na czele Niemenczyna przez cały okres niepodległości Litwy. Po raz pierwszy merem Niemenczyna został Pan 20 maja 1990 roku…

Mieczysław Borusewicz: Jeśli mam być dokładny to w marcu 1990 r. odbyły się pierwsze wolne i demokratyczne wybory. Chciałbym to zaakcentować, bo obecnie takiej demokracji już nie ma. Mieszkańcy nie mają żadnych możliwości wybrania starosty. Wtedy kandydatów do Rady Miasta mogły delegować organizacje społeczne, kolektywy pracy oraz wspólnoty bloków wielomieszkaniowych. Dzisiaj starosta jest „przywożony w worku”, jak za starych sowieckich czasów. Moja kadencja zakończyła się o godz. 17, a o godz. 15 zastępca mera przywiozła „swego kota w worku” (Artur Komarowski na okres tymczasowy do rozstrzygnięcia konkursu został starostą Niemenczyna – przyp. red.). Powracając do roku 1990, to wybory odbyły się pod koniec marca, a ja przez ponad miesiąc nie wyrażałem zgody na objęcie stanowiska mera, ponieważ zostałem wybrany na radnego do Rady Miasta Niemenczyna i do Rady Rejonu Wileńskiego. W Radzie Niemenczyna było 38 radnych, którzy w tajnym głosowaniu musieli wybrać mera miasteczka.


Dlaczego przez ponad miesiąc zwlekał Pan z decyzją?

Po pierwsze, nie należałem do żadnej partii. Po drugie, nie miałem doświadczenia. Przez 15 lat pracowałem jako inżynier w Centrum Telekomunikacyjnym. Jedynym moim doświadczeniem, jeśli chodzi o pewne zarządzanie, było stanie na czele związków zawodowych. Organizowałem różne imprezy sportowo-kulturalne. Po trzecie, miasto było strasznie zaniedbane i powstawało pytanie, czy potrafię to zmienić. My, sportowcy, zawsze mówimy, że możemy wyjść na start, ale jeśli nie było treningu, to nigdy nie wiadomo, czy uda się utrzymać tempa. W 1962 r. zlikwidowano rejon niemenczyński i wówczas cała władza z Niemenczyna przeniosła się na ulicę Kalwaryjską w Wilnie (w czasach sowieckich ul. Kalwaryjska nazywała się ulicą Dzierżyńskiego – przyp. red.) i od tego okresu faktycznie o miasto nikt się nie troszczył. Nawierzchnia asfaltowa była w stanie fatalnym, a na niektórych ulicach w ogóle go nie było. Moi znajomi z Ignaliny ciągle mi mówili: popatrz, jak ładnie jest w Święcianach, jakie są zadbane, a u was niechlujność. I to chyba zadziałało, że zgodziłem się zostać merem, aby udowodnić, że jest inaczej.

Powracając do początków Pana kariery politycznej. Kiedyś w centrum Niemenczyna była kwatera sowieckich żołnierzy i jeśli się nie mylę w Niemenczynie, jako w jednej z pierwszych miejscowości groby sowieckich żołnierzy zostały przeniesione na cmentarz. W niektórych miejscowościach takie kwatery nadal są w centrach miast, jak na przykład w Rudominie. Jak do tego doszło? Czy były protesty? Czy ktoś krytykował taką decyzję?

Decyzję o tym jako mer miasta podjąłem w 1993 roku. Powiem w ten sposób, że wszystko ma swój czas, bo dzisiaj tego nie udałoby się zrobić. Doszło do tego w następujący sposób – po wygranych wyborach przyszli do mnie dwaj staruszkowie, którzy powiedzieli: ,,My na swoją władzę czekaliśmy przez wiele lat, a tam wśród poległych sowieckich żołnierzy jest dwóch enkawudzistów, którzy zostali pochowani w 1948 roku. Byli to Kranowskij i Riabczkikow, którzy wywozili ludzi na Syberię, znęcali się nad krewnymi Akowców. Mieli dużo krwi na rękach. I ci staruszkowie podkreślili, tu cytuję, że „nie miejsce tym bandytom w środku miasta leżeć”. Wtedy podjąłem decyzję, chociaż muszę powiedzieć, że nie wszyscy radni mnie podtrzymali. Zebrałem weteranów w samorządzie i powiedziałem, że teraz jest niepodległa Litwa, grobami nikt się nie zajmie, więc proponuję przenieść kwaterę żołnierską na parafialny cmentarz. Zaznaczyłem weteranom, że sami będą mogli wybrać miejsce pochówku. Aby zrobić przenosiny musiałem otrzymać zezwolenie od Ministerstwa Kultury, bo była potrzebna ekshumacja oraz uzyskać zgodę krewnych. Wśród poległych był taki lotnik Aleksandr Bałakin. Znalazłem jego siostrę mieszkającą w Tambowie i zaprosiłem na powtórny pogrzeb. Odpisała mi, że z powodu zdrowia nie może przyjechać, ale poprosiła o datę pochówku, bo on był ochrzczony. Chciała zapalić świecę w cerkwi. Zaprosiłem popa z Lipówki na pochówek, który powiedział podczas poświęcenia ziemi, że oni na ten dzień czekali przez 50 lat, ponieważ wszyscy byli ochrzczeni. Wtedy też znikły moje wątpliwości co do tego czy dobrze zrobiłem. Zresztą rok 1993 był rokiem symbolicznym i dla Litwy, i dla Niemenczyna. Bo w 1993 r. na pielgrzymkę do Litwy przyjechał Jan Paweł II, a my u siebie postawiliśmy pomnik Matki Boskiej nad rzeczką Niemenczynką. Tę figurę ustanowiliśmy, chcę to podkreślić, dzięki pomocy wicemarszałka Senatu Alicji Grześkowiak i senator Doroty Simonides. Na pomniku został umieszczony dwujęzyczny napis: ,,Matko ucz nas kochać i przebaczać”. Sądzę, że hasło jest nadal aktualne, nie tylko dla nas, ale dla całej Europy. Dzisiaj tego brakuje, ponieważ ciągle chcemy udowodnić, że jesteśmy lepsi, że nie chcemy prowadzić dyskusji.


Czyli Pan dokonał w Niemenczynie swoistej dekomunizacji?

Tak. Zmieniliśmy również sowieckie nazwy ulic. Więc ulica Komsomolska dziś jest ulicą Antoniego Kitkiewicza, XIX-wiecznego rektora seminarium w Wilnie, doktora teologii, który odbudował istniejącą do dziś świątynię w naszym mieście. Pionierska nosi imię Adama Naruszewicza, miejscowego poety i proboszcza. Ulica Październikowa jest teraz ulicą kardynała Gulbinowicza, który przed wojną mieszkał na tej ulicy. Ulica Radziecka stała się ulicą Święciańską, ponieważ prowadzi do tej miejscowości, a Melnikaite – Kościelną.

Co w ogóle Pana zdaniem udało się zrobić przez 27 lat urzędowania? I czego nie udało się?

Moim zdaniem zważając na sytuację polityczno-ekonomiczną jaka panowała na przeciągu 27 lat, to sądzę, że była wykorzystana w całości. Nie chcę się chwalić, ale nie wykorzystałem 511 dni urlopu. Mówiąc o osiągnięciach, to dużo tego było. Jestem dumny z tego, że w trakcie mojej kadencji, udało się zbudować przychodnię lekarską, szpital, ośrodek dla niepełnosprawnych, centrum psychologiczne, dom kultury oraz stadion szkolny. Poszerzyliśmy cmentarz parafialny. Przeprowadziliśmy renowację mostu, szkół i przedszkola. Wracając do przychodni lekarskiej, to Ministerstwo Zdrowia chciało ją zamknąć, ale dzięki interwencji władz miasta i mieszkańców oraz przy pomocy prezydenta Valdasa Adamkusa placówkę udało się uratować. Zresztą takich społecznych interwencji było więcej. Zastopowaliśmy wycinkę wiekowych sosen na terytorium gminy niemenczyńskiej i bezdańskiej. Spółka chciała wyciąć 102 hektary i zrobić na tym terytorium żwirowisko. Gdyby do tego doszło to wokół Niemenczyna byłaby pustynia. Spółka Regf Baltika rozpoczęła magazynowanie niebezpiecznych odpadów chemicznych i bakterologicznych przy ulicy Święciańskiej, razem z mieszkańcami złożyliśmy pozew do sądu. Po pięciu rozprawach licencja została cofnięta.

Zwrot ziemi?

W latach 1993-95, kiedy władze miasta miały 100 proc. wpływ na proces restytucji mienia, ziemię zwrócono 34 pretendentom. Później to się zmieniło. Za czasów powiatu oraz kiedy powstała Państwowa Służba Regulacji Rolnej, czyli od roku 1996 do 2013 roku, zwrócono tylko 30 osobom. W tym okresie misja starostwa miasta polegała tylko na sporządzeniu planów detalicznych ziemi, które były przekazywane Państwowej Służbie Regulacji Rolnej Rejonu Wileńskiego, tam zaś przedzielano według swoich zasad. Działki otrzymywali ci, którzy nigdy w Niemenczynie ziemi na własność nie mieli. W 2015 roku pretendenci na zwrot ziemi, którzy mieli ziemię w Niemenczynie zwrócili się do sądu. W listopadzie 2016 roku sprawę wygrano. Służba powinna teraz wykonać decyzję sądu i skorygować kolejność spisu zgodnie z uchwałą państwową.


Początek lat 90-tych nie był łatwym okresem dla Wileńszczyzny. W 1991 r. zostały rozwiązane rady samorządowe i wprowadzono bezpośrednie zarządzanie, tzw. rządy komisaryczne czy rządy gubernatorów. Jak Pan wspomina ten okres?

To był czas fatalny. Bo kiedy po ogłoszeniu niepodległości doszliśmy do władzy w Niemenczynie to w ciągu krótkiego okresu zaasfaltowaliśmy ¾ ulic. Warto podkreślić, że mieliśmy własny budżet. Miałem 15 proc. podatku od osób fizycznych, 27 proc. od osób prawnych oraz 100 proc. podatku od gruntu i od firm z kapitałem zagranicznym. A kiedy została rozwiązana Rada Rejonowa to była na mnie nagonka, byłem wzywany do prokuratury, praktycznie zostaliśmy odrzuceni na kilka lat do tyłu. To był trudny okres. Były prześladowania. Była nagonka, którą prowadziła sejmowa komisja Kazimerasa Uoki. Kontrolowała finanse, ale działała wbrew obowiązującemu prawu. Na przykład z rana przyszli do naszego finansisty, który został wyrzucony z własnego gabinetu. Gabinet opieczętowano i bez ich zgody nikt nie miał prawa tam wejść. Nie spisano żadnego aktu. Najbardziej bałem się tego, że coś mogli zabrać lub coś podrzucić, a później cokolwiek udowodnić byłoby bardzo ciężko. I to trwało kilka tygodni, w trakcie których nie mogliśmy nic robić z finansami. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale później mi powiedziano, że nakłaniano wiele osób, aby powiedziały coś przeciwko mojej osoby. Część osób, przeważnie byłych komunistów, chciała wykazać się przed nową władzą lojalnością, szykowali różne prowokacje. Opowiem taką historię. Zostaliśmy zaproszeni do współpracy z miastem Sopot przez ówczesnego prezydenta Jana Kozłowskiego. To była ich decyzja. Na podpisanie umowy pojechaliśmy wspólnie z Zygmuntem Żdanowiczem, który był wtedy radnym. Gdy przyjechaliśmy, nikt z nami nie chciał się spotykać, przyszedł tylko zastępca prezydenta, który powiedział, że Sopot już ma podpisanych pięć umów i na szóstą nie może sobie pozwolić. Później od pewnego księdza z Sopotu dowiedziałem się, że przed naszym przyjazdem władze Sopotu otrzymały list, że jesteśmy komunistami i wrogami narodu litewskiego.

Od kogo była depesza?

Nie powiedział, ale może będąc księdzem nawet tego nie wiedział. Warto podkreślić, że o naszej wizycie wiedział bardzo wąski krąg osób. Później sytuacje powtórzyły się w Gdyni, Bełchatowie i Legnicy. Dałem więc spokój z tymi współpracami. To nie mógł być przypadek.

Nie patrząc na ciężki okres nie udało się Pana wyrzucić ze stanowiska?

Otrzymałem naganę od Merkysa. Ale miałem łatwiej, ponieważ była Rada Miasta i byłem wybierany przez ludzi. I ci chłopcy z rady zawsze mnie popierali i mi ufali.


A jak układała się współpraca, kiedy władzę w rejonie przejęła AWPL?

Minęło zbyt mało czasu, odkąd nie jestem na stanowisku starosty, więc muszę to jeszcze raz sobie zwerifikować. Sądzę, że jest to temat na oddzielną rozmowę.

Od lat 70-tych pracował Pan jako inżynier w filii Centrum Telekomunikacyjnego, a w 1986 został tam nieetatowym szefem związków zawodowych. Pański krewny, późniejszy marszałek senatu RP, Bogdan Borusewicz był znanym działaczem opozycyjnym w Polsce. I podobno miał Pan problemy z odpowiednimi służbami?

W 1987 r. przyjechał do mnie wujek Ignacy Borusewicz z Wielkiej Brytanii, który był uczestnikiem bitwy pod Monte Casino. I sąsiad doniósł do KGB. Po pewnym czasie do mojego biura przyjechał major Kurenoj, który jak później się dowiedziałem, był kuratorem rejonu wileńskiego. Sekretarka powiedziała mi, że mam gościa. Początkowo pomyślałem, że ktoś z republikańskich związków zawodowych. Przychodzę, a tu siedzi major KGB. Muszę powiedzieć, że miał bardzo dobre kwalifikacje. Zaczął bardzo spokojnie: ,,Panie Borusewicz, czy zgodziłby się pan z nami porozmawiać, ponieważ chcielibyśmy się więcej dowiedzieć o pańskim życiu i planach”. I zaczął pytać, jak się żyje mojemu bratu, który pracuje na zakładzie „Žalgiris“, jak się ma siostra Wanda, siostra Zofia mieszkająca w Gliwicach, która jest w Solidarności. Zapytał czy Bogdan Borusewicz jest moim krewnym. Miał bardzo dokładną informację o mojej rodzinie. Po pewnym czasie raptownie przerwał rozmowę, powiedział tylko: ,,Przepraszam, muszę biec, czy nie ma pan nic przeciwko, jeśli za kilka dni znów porozmawiamy?” Później zrozumiałem, że to był specjalny chwyt, bo nie zjawił się za kilka dni, tylko za tydzień, a przez ten czas sprawa na mnie ciążyła. Podczas tego spotkania znów mnie przepytywał. Ale już podczas trzeciego spotkania absolutnie zmienił podejście, walnął pięścią w stół i zaczął krzyczeć: ,,Wystarczy, wszystko o tobie wiemy, wiemy, że pracujesz na angielski wywiad”. I zaproponował mi współpracę z kontrwywiadem. Później poszedł do szefa, który faktycznie mnie uratował. Powiedział, że mi ufa absolutnie i nie jestem żadnym wrogiem ludu. To była batalia, psychologiczna batalia, którą udało mi się wygrać. Sądzę, że wpływ na to miał fakt, że ZSRR chylił się ku upadkowi, jestem pewien, że w latach 70-tych konsekwencje byłyby inne.

Czy w tym czasie faktycznie utrzymywał Pan kontakt z Bogdanem Borusewiczem?

Raczej nie. Z Bogdanem po raz pierwszy spotkałem się w Gdyni w 1991 roku, kiedy odbywały się wybory do Senatu. Wówczas miał spotkanie w ratuszu, tak jak ja i tak się właśnie poznaliśmy. Później przyjeżdżał często do nas, wraz z rodziną.

Jest Pan znany ze swej miłości do sportu. Skąd się wzięła?

Wszystko zaczęło się od szkoły. W czasach mojego dzieciństwa, jeśli uczeń przychodził bez nart, to nie był dopuszczany do lekcji wychowania fizycznego. Lekcje gimnastyki zazwyczaj były ostatnie. Pamiętam, że jak byłem w klasie 6-7 i taki nauczyciel, którego nazywano Iwan Iwanowicz, gonił nas na stadion mówiąc: ,,Dziewczyny sześć kręgów, a chłopcy dwanaście. I dopóki nie przebiegniesz to nie pójdziesz do domu”. Być może dzisiaj rodzice powiedzieliby, że to jest znęcanie się, ale przecież nikt kaleką nie został. Później zainteresowałem się kolarstwem, bo moimi idolami byli Ryszard Szurkowski oraz Stanisław Szozda. To byli bohaterzy wyścigu pokoju. Później siostra kupiła mi rower i byłem chyba pierwszym chłopakiem na ulicy, który miał własny. W roku 1963 r. odbywały się w Moskwie Mistrzostwa Europy w Boksie. Po tym wydarzeniu moimi bohaterami zostali Jerzy Kulej oraz Zbigniew Pietrzykowski. Później miałem zaszczyt ich poznać. Tak zacząłem trenować boks, który mnie zahartował. Nigdzie nie bałem się chodzić, bo wiedziałem, że mogę dać radę.

Czy nawyki sportowe przydały się w polityce?

Oczywiście. Bo nawet w najtrudniejszych okresach zawsze wiedziałem, że nawet jeśli przegram drugą rundę, to wiem, że finał będzie mój. I to się sprawdzało.

Co zamierza Pan robić na emeryturze?

Powiem tak, dzięki Bogu, na razie jestem w dobrej kondycji sportowej. Oczywiście nie mogę powiedzieć, jak długo będę się trzymał. Po drugie, moje doświadczenie polityczne, zwłaszcza na Wileńszczyźnie, jest duże. Znam wszystkich polityków. Znam ich charaktery. Wiem kto jest kameleonem, a kto nim nie jest. Wiem kto jest pseudopatriotą i takich jest sporo. Ta wiedza daje mi dużo możliwości.

Czyli od polityki Pan się nie odżegnuje?

Na pewno nie. Bo los mego miasta nie jest mi obojętny. Chcę, aby moi rodacy, mieszkańcy mego miasta, mieli komfortowe warunki.


Czy jest Pan za bezpośrednimi wyborami starostów?

Niedawno mieliśmy wybory do Sejmu, w których uczestniczyło 14 partii. Żadne z ugrupowań nie miało w swym programie kwestii o powrocie do pierwszego pionu samorządu lokalnego. Tak jak było na początku lat 90-tych. Bo wówczas w rejonie wileńskim było 500 radnych, dzisiaj jest 31.

A w Niemienczynie?

38… To co teraz mamy, to nie jest samorząd. Mamy XIX wiek i niestety wszystkim to się podoba. W pierwszej kolejności musimy powrócić do lokalnego samorządu, aby mieszkańcy poszczególnych gmin mieli prawo wyboru swego przedstawiciela ze swego grona. Aby to była osoba godna zaufania. Samorząd powinien opierać się na kilku elementach: prawo wyboru i prawo do bycia wybranym, kształtowaniu budżetu i uregulowaniu praw na nieruchomości. Teraz mamy to, że rejon daje pieniądze na gminę. Więc, jeśli zostanie wybrany starosta z innej partii, to mu po prostu okroją pieniądze. Mamy taką samą sytuację, jak z wyborami merów. Władza lokalna powinna być jak najbliżej ludzi. Muszą być przeprowadzane badania i analizy nastrojów społecznych. Tak naprawdę nie wiemy, czego chce, czego oczekuje, dajmy na to szeregowy mieszkaniec jakiejś gminy. Nie wiem, jakie są jego oczekiwania i co mu się nie podoba. Tego niestety nie ma.

Tagi:

srtfondas

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!