Książka o „Słowie Wileńskim”: To było coś wspaniałego

Irena Mikulewicz, Jacek Jan Komar, Aleksander Radczenko, Zygmunt Żdanowicz pracują w tej samej redakcji. Dzisiaj to wydaje się czymś niemożliwym, ale przed 20 laty to właśnie te osoby pracowały w tygodniku „Słowo Wileńskie”.

Antoni Radczenko
Książka o „Słowie Wileńskim”: To było coś wspaniałego

Fot. Organizatorzy

W następnym tygodniu w Instytucie Polskim w Wilnie odbędzie się prezentacja książki „Na początku było Słowo”, która będzie poświęcona tygodnikowi ,,Słowo Wileńskie”.

Byli ,,Słowianie”

„Pomysł powstał przez przypadek. W ciągu tych 20 lat mieliśmy bardzo wiele spotkań byłych „Słowian”: tradycyjnie na każdym z nich wspominaliśmy „Słowo Wileńskie”, gazetę, redakcję, niektórych najbardziej jaskrawych Czytelników, byłych kolegów, opowiadaliśmy sobie kawały z okresu „Słowa” – a było ich całe mnóstwo! Na jednym z takich spotkań towarzyskich, w maju ubiegłego roku, po raz kolejny wspominaliśmy „Słowo” i nie byłoby zapewne w tym spotkaniu nic nadzwyczajnego, gdyby nie obecny na nim Edward Piórko, tłumacz, który bardzo ciepło wspominał… kuchnię redakcyjną i atmosferę panującą w redakcji. Urzekły mnie te słowa pochodzące od osoby de facto postronnej, gdyż nie będącej pracownikiem tygodnika. Były szczere. A przecież wypowiedziane po dwóch dekadach od momentu upadku tygodnika!” – opowiedziała zw.lt Wanda Zajączkowska, inicjatorka wydania książki. Zresztą jak dodaje rozmówczyni, takich pozytywnych opinii od osób postronnych było więcej.

„Po tym spotkaniu wróciłam do domu i zaczęłam się zastanawiać, że przecież my, „Słowianie”, również stale przywołujemy w pamięci gazetę, redakcję, byłych „Słowian”, ale poza tym nic z tym nie robimy. Pomyślałam: a dlaczego mielibyśmy nie zebrać naszych „mówionych” wspomnień, nie przelać ich na papier i wydać w formie książkowej? W pierwszej kolejności podzieliłam się swoim pomysłem z byłymi uczestnikami spotkania towarzyskiego: wszyscy byli „za”. Ale co mnie później bardzo zaskoczyło: również pozostali byli pracownicy i współpracownicy „Słowa”, zarówno po stronie litewskiej, jak też polskiej, pomysł spisania wspomnień przyjęli tak, jakby na ten moment publicznego wypowiedzenia się o kochanym „Słowie” czekali od zawsze!”” – dodała była dziennikarka „Słowa Wileńskiego”.

Wszyscy pracują, są bardzo zajęci

Praca nad książką, która składa się z 26 wspomnień pracowników i współpracowników „Słowa Wileńskiego”, trwała rok. „Udało się odnaleźć prawie wszystkich byłych „Słowian” poza kilkoma osobami i tylko kilka osób nie napisało tekstów, przede wszystkim z powodu braku czasu. Wszyscy pracują, są bardzo zajęci, niektórzy wydają własne książki, dlatego też szybciej zorganizować zebrania tekstów najzwyczajniej by się nie dało” – wyjaśniła Zajączkowska.

Tygodnik „Słowo Wileńskie” ukazywał się na Litwie w latach 1994-96. Redaktorem naczelnym był Stanisław Widtmann. Pismo powołane zostało na jesieni 1994 roku z inicjatywy ówczesnego redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” Dariusza Fikusa, która wzięła na siebie ciężar prowadzenia i utrzymywania gazety. Pierwszy numer „Słowa Wileńskiego”, które ukazywało się prawie dwa lata, ujrzał światło dzienne 28 października 1994 roku, ostatni 31 maja 1996 roku.

„To były niepełne dwa lata, ale dla byłych „Słowian”, to były lata wyjątkowe. Dla mnie, wtedy jeszcze studentki, „Słowo” było nie tylko moją pierwszą pracą, ale – najważniejsze – pracą w wymarzonym zawodzie! I to, że gazeta zapraszała osoby bez doświadczenia i dawała możliwość kształcenia się u najlepszych źródeł, było czymś niesamowitym. Moim nauczycielem był Jerzy Haszczyński, obecnie szef działu zagranicznego „Rzeczpospolitej”” – podzieliła się wspomnieniami Wanda Zajączkowska.

Od Mikulewicz do Komara

Nawet po latach wiele osób sądzi, że podstawową zaletą tygodnika była całkowita niezależność i obiektywność. Po 20 latach poglądy byłych redaktorów często są bardzo zróżnicowane. Irena Mikulewicz jest redaktorką naczelną Tygodnika Wileńszczyzny wspierającego AWPL. Tam pracuje również Zygmunt Żdanowicz. Aleksander Radczenko prowadzi własnego bloga rojsty.blox.pl, gdzie często podaje krytyce działania polskich polityków na Litwie. Krytyczną postawę wobec AWPL zajmuje również Jacek Jan Komar, który często gości na łamach litewskich i polskich mediów. Obaj działają w Polskim Klubie Dyskusyjnym. Aleksander Borowik jest zastępcą redaktora naczelnego „Kuriera Wileńskiego”. Część pracowników „Słowa” zrezygnowała z pracy dziennikarskiej i udziela się w biznesie lub zajmuje stanowiska nie związane z dziennikarstwem.

„Bardzo szkoda, że wszystko raptem się urwało, ale mamy nadzieję, że oddolna inicjatywa pracowników i współpracowników wydania książki o „Słowie” wywoła dyskusję na temat mediów polskojęzycznych na Litwie, a i mediów w ogóle. Może jeszcze coś dobrego z tego wyrośnie?” – pół żartem pół serio powiedziała na zakończenie rozmowy z zw.lt Wanda Zajączkowska.

Prezentacja książki „Na początku było Słowo” odbędzie się 22 lipca o godz. 16 w Instytucie Polskim w Wilnie.

Wstęp wolny.

Cytaty z książki:

„Ale gdy opowiedzieliśmy nasze zdarzenie, przestało być śmiesznie. Wspólnie ustaliliśmy fakty: prawdopodobnie sfotografowałem mafijny przeładunek kradzionych w tamtym czasie na Litwie na dużą skalę metali kolorowych”.

„Po roku kierownictwo gazety przesunęło mnie na renomowaną pozycję sprawozdawcy parlamentarnego. Parlamentarzyści długo nie mogli się przekonać do sprawozdawcy w koszulce The Sex Pistols…”.

„Zespół się spiął i posłaliśmy tygodnik do druku wcześniej niż zwykle. A potem zrobiliśmy w redakcji nocne tańce. Wszystko w tajemnicy. Red. Borowik hasał tak, że zgubił spinkę od krawata. Potem cała redakcja chodziła na czworakach po parkiecie, żeby ją odnaleźć”.

„Celnik wpatrywał się we mnie niekoniecznie przyjaźnie. Drugi mnie obszukał, ale nie bardzo dokładnie. Potem znalazłem toaletę i zawiniątko przepakowałem do plecaka.”

„„Słowo” przychodziło do Warszawy. Wyrywaliśmy je red. Paciorkowskiemu z rąk. Żaden tekst nie był już anonimowy, każdy miał twarz kogoś znajomego, bliskiego. Z numeru na numer grupka osób zmieniała się w zespół. Mających swoje zdanie, odważnych, solidarnych – którzy za chwilę mieli zmienić całą społeczność. Stać się jej elitą”.

„Kiedy otwierał swoją, pamiętającą chyba jeszcze późnego Breżniewa i wskutek tego bardzo już sfatygowaną teczkę, na stół redakcyjny wraz z kartkami z jego twórczością wypadł pokaźny kawałek surowego boczku wieprzowego.”

„Zanim jednak zasiadł do pisania, za każdym razem odbywał się ten sam rytuał polegający na wypiciu kieliszka czystej. Dlatego zawsze miałem w biurku butelkę wódki. Pewnego dnia, jak zwykle, poprosił o kieliszek. Tym razem po wypiciu skrzywił się i spojrzał na mnie pytająco. Okazało się, że w butelce zamiast wódki była woda. Domyśliłem się że nasi dziennikarze opróżnili butelczynę (mam nadzieję, że życząc mi przy tym zdrowia), a żeby nie wyglądała tak smutno, nalali do niej wody. Nieźle się wtedy uśmieliśmy”.

„Dostaliśmy nauczkę. Od drukarzy, których obyczajów nie znaliśmy. Oczekiwali skrzynki wódki, a gdy jej nie dostali, wydrukowali gazetę najgorzej jak umieli, piękne zdjęcia stały się czarne, a teksty – ledwo czytelne.”
„Zdarzyło się, że przed Wielkanocą do redakcji przyszedł wzruszający list z łukiskiego więzienia z prośbą o pomoc (…) Każdy z domu przyniósł coś smacznego. Pudełko pękało od łakoci. Nasi delegaci redakcyjni spędzili kilka długich godzin w kolejce pod więzieniem, przeszli kontrolę więzienną i nareszcie udało się paczkę przekazać do adresata. Mniej więcej po dwóch tygodniach dowiedzieliśmy się, że wszystkie biura z alei Giedymina dostały kopie tego samego listu z Łukiszek. „Biedny“ facet miał prawdziwą ucztę”.

Książkę będzie można nabyć w księgarni internetowej ewka.lt.

PODCASTY I GALERIE