Wilno i Wileńszczyzna

Gabriela Wojniłło: A wariat – to lepszy gość!

Prezentujemy naszym czytelnikiem pracę Gabrieli Wojniłło, uczestniczki tegorocznego Konkursu Krasomówczego, zorganizowanego przez Centrum Języka Polskiego, Kultury i Dydaktyki Litewskiego Uniwersytetu Edukologicznego. Na co dzień Gabriela jest uczennicą 10 klasy oraz miłośniczką Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Opowiem dziś o osobie niezwykłej. Bardziej niezwykłej niż się spodziewacie. Poeta – mag, słodki szarlatan, oszust, manipulator. Czasami – po prostu wariat! Słynny ojciec zielonej gęsi i geniusz absurdu, który lubował się w lewitacji ponad rzeczywistością – i jej deformowaniu. Wykreował swój własny, dziwny i fantastyczny świat, do którego was wszystkich chcę dziś zaprosić.

Wszyscy poeci w różny sposób sięgają poza granice widzialnego świata. Mój poeta nie jest taki, jak wszyscy. On zamiast niezgrabnie przełazić przez wysokie płoty widzialnego świata jakimiś grafomańskimi tekstami, zgrabnie balansuje na tej granicy. Po jednej stronie ma rzeczywistość, a po drugiej – limbo swojej wyobraźni. Czasem bardziej się przychyla na pierwszą, a czasem na drugą stronę, ale w każdym jego wierszu mamy taki mix obydwóch, miksturę doprawioną dozą absurdu, ironii, parodii.

Mówię tu oczywiście o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. Chociaż urodził się w Warszawie i tam spędził większość swojego życia, Wilnu oddał najpiękniejsze lata swojej młodości i poświęcił piękną kartę swojej twórczości. Miasto dla niego tak inne i bogate, jeszcze bardziej pobudzało jego i tak bujną wyobraźnię. Po dwóch latach spędzonych w Wilnie pozostawił po sobie stosy genialnych tekstów. Ale zacznijmy od początku. Od zimy prawie takiej, jak właśnie mamy za oknem…

Styczeń 1934 roku. Za dwa lata ma się urodzić mój dziadek, a Gałczyńskiemu akurat „wymajaczyło się takie Wilno z deszczem”. Bez większej zwłoki spakował walizki i spontanicznie wskoczył do pociągu byle jakiego, ale – do Wilna. A ono czekało na niego i już zastawiło po zaułkach i błotnistych uliczkach swoje sidła. Nie miał wyboru – wpadł w nie. Został naszym miastem tak zauroczony, że postanowił iż pozostanie tu z rodziną już na zawsze.

Miłośnik absurdu wpadł na samą jego głębię – tu nie musiał szukać, tu kontrasty i nieporozumienia, bzdury i głupoty siedziały sobie przy carskich jeszcze samowarach, nieśpiesznie popijając mgiełkę historii. Nasz wierszokleta najpierw przyjechał zupełnie sam i wynajął sobie mieszkanko, a raczej jak to ujął: „jeden skromny pokój i z jednym stołem, i z jednym łóżkiem”, ponoć tak wąskim jak wstążka. I tak miał luksus, bo pod Wilnem sypiano jeszcze na ławach.

Nie w głowie mu jednak było wtedy spanie, wszystkie jego myśli żarłocznie pochłonęło zaśnieżone i – jak przystało na zimę – „tajemnicze, pomarańczowo-zielone Wilno”, w którym siedział „jakby w butelce od piwa”. Chodził taki Zielony Konstanty po mieście swoimi drogami – chłonął je całym sobą, by potem przekształcać w poezję zarówno jego piękno, jak i całą fascynującą brzydotę. Pojęcia te w przypadku Gałczyńskiego są jednak względne i wymienne, bo swoją ironią potrafił łatać jak żydowski krawiec tę przepaść znaczeniową między nimi.

Dziwaczny warszawiak widział w naszym „dalekim i cudacznym” prowincjonalnym miasteczku to, czego nie zauważał na wileńskim bruku miejscowy przechodzień. Ponad kościoły i cerkwie, pyszne i przereklamowane, bardziej cenił sobie brudne i smutne ulice czy mosty na Wilii i Wilence, „gdzie samobójstwo to tylko romantyczność”; uwielbiał te „dzwonnice krzywe” i „dorożki dziwne” oraz to, że wszystko „jest takie niepewne” i inne od miast Rzeczypospolitej.

Do szczęścia brakowało mu tylko jednego – jego Srebrnej Natalii, w której był po uszy zakochany. Wielki Konstanty robił wszystko co mógł, aby jak najszybciej ściągnąć tu swoją małżonkę z oddalającej się stolicy. Zamiast listów i telegramów napisał całą masę wierszy. Któż nie przyjmie takiego zaproszenia? Gdy w końcu przyjechała i ulokowała się w jego skromnym pokoju, w oknie pękła szyba. Dla tej niezwykłej miłości był to znak. Jak wspomina Gałczyński, zakleił to pęknięcie księżycem narysowanym na kółku papierowym. Nie był to jednak koniec problemów. Pamiętacie, że łóżko miał wąskie jak wstążka, więc jakże się mieli zmieścić na nim we dwoje. Jednak i na to Mistrz Ildefons znalazł rozwiązanie – postanowił, że do północy będzie spał on, a o od północy – Natalia.

Wtedy młode małżeństwo przeprowadziło się do większego, czteropokojowego mieszkania na Zarzeczu. Zamieszkali przy ulicy Młynowej 2, nieopodal tak modnego teraz pomnika Anioła. I Konstatny codzień idąc do pracy przechodził przez most na Wilence, „rzeczce małej i swarliwej”, która szczególnie często przewija się w jego wileńskich wierszach. A pracę dostał na owe czasy jakże nowoczesną – w radiu. Miał tam swój cotygodniowy felieton „Kwadrans dla ponurych”, poza tym w ramach programu artystycznego klubu „Smorgonia” współtworzył audycję satyryczną „Kukułka wileńska”, która stała się areną popisów literacko-humorystyczno-intelektualnych dla niezwykłego duetu, jednego z najciekawszych w literaturze polskiej: Bujnicki – Gałczyński.

Na początku nikt w Wilnie nie znał rozrzuconej po warszawskich gazetach twórczości Konstantego – mało to swoich wierszokletów miało miasto Mickiewicza? – ale dzięki jego występom w eterze zdobywał coraz większą popularność, także wśród miejscowych poetów, coraz więcej wileńskich redakcji zaczęło ubiegać o jego wiersze. Poczuł się ważny i sławny, a głównie – doceniony. Wilno poznało się na jego talencie – a on był mu wdzięczny za to, co mu dało, a czego tak szukał – poczucie przynależności do ELITY. Gdzież by w jakiej Warszawie przebiłby się przez różne skamandry – a tu znalazł punkt zaczepienia i zdolność utrzymania rodziny tylko ze swego pióra i maszyny do pisania. W ówczesnej Polsce, a szczególnie na prowincji, wydawało się to pomysłem wręcz szalonym.

Autor „Zielonej Gęsi” wywarł bardzo dobre wrażenie na wileńskich „intelektualistach”. Po raz pierwszy spotkał się z TYM Wilnem na wieczorku mickiewiczowskim z okazji setnej rocznicy wydania „Pana Tadeusza”. Głównym punktem programu była recytacja wierszy wieszcza oraz dyskusja na temat stosunku młodej poezji do twórczości Mickiewicza. Większość obecnych tam młodych poetów spodziewała się, że dziwny przybysz z wielkiego, odległego miasta będzie nastawiony sceptycznie wobec kultu Mickiewicza. Ten jednak jak zwykle wszystkich zaskoczył. Wszedł na podwyższenie i swoją wypowiedź rozpoczął od wyrecytowania „Stepów Akermańskich”, po czym zamyślił się i powiedział jakby do siebie – „Jakie to piękne!”. Jego mowa, w której wieszcza porównał do swojej świątyni, rzuciła na kolana i przekonała do siebie wszystkich obecnych na sali.

Gałczyński łażąc po Wilnie chłonął i podziwiał nie tylko jego walory estetyczne. Fascynowało go życie, bulgoczące jak stary sagan ulice, przepełnione chaotyczną kresową gwarą oraz niewymierna szczerość i otwartość, wsiowa prostolinijność, ale też gadatliwość Wilniuków. Sługa słowa był zauroczony składnią mowy wileńskiej, która stała się inspiracją wielu jego utworów. Z ironią buszował między tutejszymi, podglądał ich czasem prostacki i niby czarno-biały świat, z którego jak dymy z kominów snuły odcienie szarości. Pławił się w tej rozkosznej prostocie i lubił grać z nią nutką sarkazmu, tak jak np. w „Piosenkach naczelnika wydziału grobownictwa”. Czy coś się od tamtych czasów u nas zmieniło?

Napisał kiedyś: „Ludność mówi po polsku z rosyjska, po rosyjsku z polska, a na dobrą sprawę sam czort nie wie, o co tym ludziom chodzi. Bełkocą. Serdeczność za to niesłychana. Oczywiście za serdeczność trzeba płacić serdecznością. Gorzej tylko gdy np. ma się mieszkanie z wanną.” Ha, wanna.. Królewska fanaberia w kraju łaźni, dumna krewniaczka poczciwej balejki… Ta jego wanna okazała się bardziej przekleństwem niż luksusem. Stał się z jej powodu popularny w całym mieście. Z wileńską bezpośrednością co i rusz ktoś przychodził do niego z prośbą o skorzystanie z tego, rzadkiego jeszcze w Wilnie „spa”. Irytowało to Konstantego do głęb i zostało w jego pamięci na bardzo długo. No cóż – warszawiak..

Już po wojnie, gdy zamieszkał na prestiżowej warszawskiej Alei Róż, w sąsiedztwie premiera Józefa Cyrankiewicza, naszło go na ekscesy. Zmęczony biesiadowaniem zapukał kiedyś do drzwi apartamentu Cyrankiewiczów. Przedstawił się i zapytał, czy może skorzystać z łazienki. Gdy zdziwiona żona polityka wskazała mu drogę, rozebrał się i wszedł do wanny. A wychodząc oznajmił przerażonej aktorce, że zawsze chciał się wykąpać w wannie premiera. Gdyby nie była to inna wilnianka – Nina Andrycz – kto wie, jakie by były konsekwencje…

Życie Gałczyńskiego w Wilnie nie było jednak taką sielanką, na jaką wygląda. Nie omijały go codzienne troski i kłopoty, w większości finansowe. Lecz nawet kryzys, a pewnie nawet rodzinną sprzeczkę, zachcianki i wyrzuty potrafił przemienić w poezję. Pisał wtedy: „Prawda: na auto nie stać nas, miła moja. / Lecz spójrz: tylko durnie się spieszą – / ileż dostojniej chodzić pieszo, / miła moja.”

Uparty poeta postanowił, że utrzyma swoją rodzinę z samego tylko pióra i nie zamierzał robić wyjątków. Było to zadanie bardzo trudne, ale nie poddawał się i nie załamywał. Chociaż w wojsku i na studiach zasłynął jako symulant i obibok, to w poezji był bardzo pracowity. Traktował ją bardzo poważnie, po prostu uczciwie pracował. Ciągle pisał – do radia, do prasy, a nawet dla wielkiej gwiazdy – piosenkarki Hanny Ordonównej. Miał z nią kontrakt na teksty piosenek i programy estradowe. W okresie wileńskim powstało od groma jego najprzeróżniejszych utworów, szczególnie w prozie felietonowej. Nie zabrakło też oczywiście liryki – jego ówczesne wiersze mają wdzięk, świeżość i lekceważący stosunek do rzeczywistości, jak sam je określił – „nadmiar kolorów, brak idei”.

„A Gałczyński przyjechał, spędził przeszło dwa lata pod wileńskim niebem i… odjechał.” – tak rozpoczął kiedyś swoją rozmowę z poetą wileński dziennikarz Jerzy Surwiłło. Pomimo szczerych chęci pozostać tu na zawsze, musiał on zakończyć okres wileński powrotem do Warszawy. Czy to dlatego, że nie udało mu się jednak ustabilizować i normalnie żyć z poezji? Okazał się za daleko od rynku literackiego? Można nim gardzić, ale notowanym trzeba być. Czy też najzwyczajniej nie „wżył” się w tutejsze społeczeństwo? A może po prostu uznał, że zaściankowe i prowincjonalne Wilno, dalekie od wszelkich ośrodków kultury nie jest odpowiednim miejscem do wychowania jego córeczki, Kiry?

W każdym razie tutaj, w lipcu 1936 roku kończy się moje opowiadanie. Mój dziadek miał już prawie pół roku.. Sądzę, że każdy z was mógłby przyznać, iż Gałczyński to poeta bardzo nietypowy i specyficzny. Po prostu – kawał wariata. Nie daje się przypisać do żadnego nurtu, nie ma żadnego odpowiednika. Jego wyobraźnia i osobowość, poczucie humoru i język przesiąknięty ironią, wszystko tak bardzo unikalne, że nie da się podrobić, nie uda się tego naśladować. A Wilno, jakże bogate w różne kultury, języki i kultury nie mogło nie dać wiele wspaniałego natchnienia. Zielony Konstanty zamieniał w poezję wszystko czego dotknie, był istnym szarlatanem, który zwykłe miejsca zaczarowywał w coś niepojętego i wyjątkowego, a nasze malutkie, skromne Wilno wyszło spod jego pióra jako piękna kraina, stworzona dla zakochanych i artystów…

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!