Fotograf prezydenta RP Wojciech Grzędziński: Na Wileńszczyźnie jest bliżej i cieplej

"Nie jest moją intencją, by komuś "przyłożyć" tymi zdjęciami. Ja chcę zrobić coś, co za 10-15 lat będzie dokumentem dzisiejszej rzeczywistości" - mówi w rozmowie z zw.lt Wojciech Grzędziński - fotograf wojenny, laureat nagrody World Press Photo, szef zespołu fotografów Kancelarii Prezydenta RP. We wtorek do drukarni trafia jego książka o wojnie w Afganistanie "Pustka". W kolejce czeka kolejny projekt - tym razem poświęcony Wileńszczyźnie.

Małgorzata Kozicz

Małgorzata Kozicz, zw.lt: Dla wielu było zaskoczeniem, że przyjeżdżasz na Litwę od lat, a nawet realizujesz projekt fotograficzny związany z rejonem solecznickim.

Wojciech Grzędziński: Formę projektu przyjęło to w tym roku, natomiast pierwsze zetknięcie z Litwą odbyło się 12-13 lat temu, kiedy byłem na studiach i na wsiach robiłem badania terenowe. Wówczas też zacząłem tu fotografować. Stąd została we mnie słabość do Litwy, do ludzi, do kultury, do tego wszystkiego, co tutaj jest. Ten projekt cały czas był w głowie.

Co zatem takiego jest w tych ludziach?

Szczerość. Jest to na pewno inny poziom otwartości na drugiego człowieka, inny poziom życia w grupie, w małej społeczności – czy to miasteczkowej, czy wiejskiej. I to jest bardzo fajne, unikalne, dlatego też na tym się skupiam. Na tradycjach, które wokół tej społeczności cały czas funkcjonują, na kulturze, na tym wszystkim, co się dzieje dookoła.

Mówiąc o lokalnych społecznościach masz na myśli miejscowych Polaków?

Fotografuję w rejonie solecznickim, a więc skupiam się głównie na Polakach, czy raczej na ludziach pochodzenia polskiego. Cały czas szukam definicji, nie chcę zamykać się w ramach narodowości. Nie chcę mówić o Polakach, bo wiele osób, z którymi rozmawiam mówi, że są Litwinami polskiego pochodzenia – takie głosy też są. Część osób mówi: Jacy my Polacy, my nie z Polski, nie urodzeni w Polsce. Są to ludzie mający polskie pochodzenie, którzy byli – bo bardzej mówimy o ludziach, którzy odchodzą – wychowywani w polskich domach, gdzie pielęgnowano polskie tradycje. Niektórzy z nich pamiętają jeszcze drugą Rzeczpospolitą. Ci bardzo starzy ludzie odbierali kilka klas edukacji w polskich szkołach i tak naprawdę to są ostatnie momenty, by o nich opowiedzieć.

Pod jednym z Twoich zdjęć z litewskiego cyklu widziałam na Facebooku rozważania komentujących, czy po opublikowaniu wielu miejscowych Polaków się obrazi. Są to zdjęcia, o które można się obrazić?

Mam nadzieję, że mało osób się obrazi. Biorę jednak pod uwagę, że to może się nie do końca podobać. Ja fotografuję rzeczywistość, taką, jaka jest. Ta rzeczywistość się bardzo zmienia i też dlatego ją dokumentuję, bo za kilka lat jej po prostu nie będzie, będzie coś zupełnie innego. Zawsze się spotykam z podobnymi głosami – a dlaczego tu jest ten obdrapany dom. Nie przyjeżdżam tu jednak po to, żeby kogoś ośmieszyć, obrazić. Nie jest to moją intencją, by komuś „przyłożyć” tymi zdjęciami. Ja chcę zrobić coś, co za 10-15 lat będzie dokumentem dzisiejszej rzeczywistości. Paradoksalnie zapomina się, że to tak wyglądało. Wydaje nam się, że nic się nie zmienia dookoła nas, a zmienia się strasznie dużo.

Bohaterowie zdjęć otwierają się przed Tobą?

Tak, dlatego też nie chcę ich krzywdzić. To są fantastyczne osoby, niesamowite historie mają za sobą. Świetni ludzie, szczerzy, bardzo pomocni.

Czyżby ta wyjątkowość wynikała właśnie z tego, że żyją na Wileńszczyźnie?

To jest kombinacja – wiadomo, że na każdej wsi jest inaczej niż w każdym mieście. Na pewno tu jest jednak inaczej, bo jest to inny kraj i zupełnie inaczej układalo się życie 50-60 lat po wojnie niż w Polsce. Społeczność pochodzenia polskiego żyła bardzo blisko siebie, w ten sposób kultywując obyczaje i tradycje. Na tym polega ta wyjątkowość, inność, inne podejście do wielu kwestii codziennych, życiowych. Nie próbowałem tego analizować w sposób naukowy, ale sądzę, że z tego to wynika. Dlatego jest bliżej, cieplej.

Fotograf z Polski przyjeżdża, by fotografować odchodzących ludzi i tradycje w Solecznikach. Może my sami tu robimy niewystarczająco, by zachować nasze dziedzictwo?

Czasami łatwiej fotografować coś z daleka od domu, zauważa się rzeczy, które umykają, kiedy się na nie patrzy codziennie. Może dlatego jest mi łatwiej fotografować tutaj, a nie gdzieś na Mazurach, gdzie się wychowywałem przez jakiś czas.

Z Wileńszczyzny wracasz do Pałacu Prezydenckiego – jesteś osobistym fotografem Bronisława Komorowskiego. Czy łatwo było przestawić się na pracę „urzędową” po latach reporterki wojennej?

Robiłem dużo różnych rzeczy w fotografii i częściej byłem wtłaczany w ramy jakiegoś fotografa niż sam się chciałem w te ramy wtłoczyć. Mam przypiętą łatkę fotografa wojennego i pewnie będę miał jeszcze przez jakiś czas. Tymczasem przez wiele lat robiłem też portrety, fotografię studyjną, starałem się czerpać z różnych dziedzin fotografii. To przestawienie się na inny tryb fotografowania było czymś naturalnym. Zawsze w swoich zdjęciach skupiałem się na cżłowieku, niezależnie, czy fotografowałem na wojnie, czy drogę krzyżową w małej miejscowości – zawsze starałem się podchodzić do tematu od strony człowieka. W kancelarii jest to o tyle łatwiejsze, że mam tylko jednego człowieka, od którego strony podchodzę do zdjęć.

Przypuszczam, że to także łatwiejsze niż podchodzenia do zdjęć od strony ofiar wojny…

Fotograf na wojnie jest sk…synem, który w obliczu śmierci, płaczu, cierpienia wyciąga aparat i robi to świadomie. Tylko on tam jest po to, by dać świadectwo, dać przekaz. Znam nazwiska wszystkich osób, które są na moich zdjęciach. Rozmawiałem z nimi, znam ich historie. Jestem tam po to, żeby przekazać, dostarczyć,  żeby te zdjęcia jak najszybciej znalazły się w serwisie informacyjnym. Po to się to robi. Żeby za parę lat nie można było powiedzieć, że tam nie było wojny, czy że w sumie to nikt nie zginął.

Myślisz o powrocie na wojnę, w miejsca konfliktów?

Na pewno do tego wrócę, jestem o tym absolutnie przekonany, nie wiem co prawda, co na to moja dziewczyna. Jeżeli będzie historia, którą będę czuł, że chcę ją opowiedzieć, pojadę Na razie jakiś okres fotografii wojennej zamknąłem w książce, którą we wtorek będę drukował. W opowieści o Afganistanie, trochę o pustce, ktora zostaje po takich wojnach. W takiej opowieści o tym, jak dziwna jest wojna. Na razie będę miał przerwę w fotografowaniu konfliktów i robię to świadomie. Wojny strasznie wyniszczają. Jest taki cytat z Platona – „Tylko martwi widzieli koniec wojny”. I to jest prawda. Niezależnie od tego, czy się przeżyje wojnę, czy nie, to ta wojna zawsze zostaje i zawsze jest w człowieku. Jej koniec przychodzi dopiero ze śmiercią.

Wojciech Grzędziński (ur. 1980 w Warszawie) – polski fotoreporter, laureat nagrody World Press Photo, od lutego 2011 szef fotografów Kancelarii Prezydenta RP i zarazem osobisty fotograf prezydenta Bronisława Komorowskiego. Jako fotoreporter wojenny pracował m.in. w Libanie, Gruzji, Sudanie Południowym i Afganistanie.

Zobacz Więcej
Zobacz Więcej