Dwa lata w raju: Waldemar Wołodko o Nowej Zelandii

Waldemar Wołodko najbardziej na świecie kocha podróże. Zwiedził już większość krajów europejskich. Nie był tylko w krajach Skandynawii i państwach Półwyspu Bałkańskiego. „Zwiedziłem około 20 krajów europejskich, kilka - Afryki i Azji. Sądzę, że ogółem byłem w 25 krajach“ - tłumaczy rozmówca. Ostatnie dwa lata spędził w Nowej Zelandii, która była krajem najbardziej oddalonym od wszystkich, jakie Waldemar zwiedził.

Ewelina Knutowicz
Dwa lata w raju: Waldemar Wołodko o Nowej Zelandii

Fot. Waldemar Wołodko

Dlaczego jednak Nowa Zelandia? Po pierwsze, Wołodko już od dawna marzył o tym, aby zwiedzić jakiś naprawdę odległy kraj, w którym można by było pozostać na dłużej. Postanowił więc skorzystać z programu „Working Holiday“, w ramach którego istnieje możliwość nie tylko przyjechać do dalekiego kraju, ale również w nim pracować. Litwa na dany moment proponuje chętnym trzy opcje: Kanadę, Nową Zelandię oraz Japonię.

Na początku Waldemar aplikował się z kolegą na wyjazd do Kanady. Nie otrzymał jednak wizy. „Nowa Zelandia to był dla mnie taki „paradise“ (raj) – błękitne niebo i idealne miejsce dla osób kochających góry“ – wyznaje rozmówca. Góry Waldemar akurat kocha i to nawet bardzo – od czasu, gdy zwiedził Tatry. W Nowej Zelandii góry się znajdują praktycznie w całym kraju – nawet najbardziej płaskie powierzchnie w ten czy inny sposób są pagórkami.

Wizę do Nowej Zelandii Waldek zdobył. Nie było to jednak łatwe. Każdego roku Nowa Zelandia zapewnia Litwie 100 wolnych miejsc dla wszystkich chętnych. Pewnego dnia o godzinie jedenastej wieczorem, jak to ujął rozmówca, „otwierają się wrota“ dla aplikantów. W ubiegłym roku takich osób było 900. Szczęściarzami okazali się ci, którzy pierwsi wypełnili 6 stron informacji osobistych. „Gdy się aplikowałem, wypełniłem te karty w ciągu trzech minut, dlatego otrzymałem wizę. Teraz takie pozwolenia się rozchodzą w ciągu 2 minut“ – oznajmił szczęściarz. „Mam małą poradę – przed ostateczną aplikacją „praktykować się“ na Luksemburgu. Ten kraj na liście aplikacyjnej znajduje się obok Litwy, oferuje podobne opcje. Można więc próbować odpowiadać na te same pytania. Ważne jest, aby w decydującym momencie mieć na swoim koncie bankowym 30 euro, bo taki jest koszt wizy. Jeżeli ta kwota zostaje pobrana, zdobyłeś wizę“ – radzi podróżnik.

Po aplikacji należy w ciągu 14 dni otrzymać wyniki testów medycznych, dokładnie zbadać płuca, ponieważ Nowa Zelandia nie wpuszcza do kraju osoby chore na gruźlicę. Po przesłaniu wyników turysta ma rok na przybycie do państwa. Jeżeli pobyt się spodoba, można go kontynuować jeszcze przez kilka miesięcy. Jest też możliwość otrzymania wizy turystycznej i stypendium pracodawcy.

Fot. Waldemar Wołodko

Do wyjazdu podróżnik o Nowej Zelandii wiedział nie tak wiele. Słyszał o kulturze przedstawicieli narodu Maori, posiadających tatuaże na dłoniach i twarzy. „Nie wyobrażałem jednak sobie, że są tak bardzo wysocy” – uśmiecha się. Język narodu Maori jest nadal używany w przestrzeni publicznej. Można go usłyszeć w radiu, telewizji, jego nauka w szkole jest obowiązkowa. Tradycje tego narodu nadal są aktualne dla mieszkańców. We współczesnym świecie jest to zjawisko bardzo rzadkie. „W Stanach Zjednoczonych lub Kanadzie Indianie mieszkają w rezerwatach. Amerykanin w Nowym Jorku nie ma pojęcia o życiu tych ludzi. W Nowej Zelandii jest zupełnie inaczej. Tutaj każdy coś wie o sytuacji Maori” – dodaje Wołodko.

Waldemar wiedział też, że nowozelandczycy posługują się językiem angielskim z trudnym do zrozumienia dialektem, jeżdżą prawą stroną jezdni, a krajobrazy państwa stały się dekoracją filmu „Władca pierścieni”. Wołodko nie mógł jednak dokładnie powiedzieć, czym będzie się tam zajmował. Z przyjaciółmi zatem szukali prac krótkoterminowych, aby po kilku miesiącach pojechać do zupełnie innego miejsca. „Znaleźć zajęcie w tym kraju jest bardzo łatwo, ludzie chętnie się dzielą ofertami pracy. Pracowaliśmy w fabrykach, plantacjach, jak również w hostelu, porcie czy na stokach narciarskich. Ostatnia oferta była najlepszą pracą, jaką robiłem w życiu, ponieważ atmosfera była po prostu cudowna, a ludzie byli dla nas bardzo życzliwi. W trakcie pracy na stokach narciarskich chciałem się dzielić dobrymi emocjami z innymi osobami, które również nimi się dzieliły” – cieszy się chłopak.

Pierwsze, na co Waldemar zwrócił uwagę po przyjeździe – ogromna liczba turystów. Turystyka w tym kraju stanowi 17 proc. rocznego PKB. W Nowej Zelandii mieszka ponad milion młodych Niemców, którzy po maturze lecą na rok do Nowej Zelandii, a później wracają do rodzimego kraju na studia. „Zabawne, że dopiero, gdy minęło pół roku po naszym przyjeździe, spotkaliśmy tu Litwina. To było trochę dziwne, bo w swojej paczce rozmawialiśmy po litewsku i raptem słyszymy znany nam język“ – śmieje się rozmówca.

Fot. Waldemar Wołodko

Nowa Zelandia jest krajem znanym z wysokich płac. Nowozelandzki dolar (NZD) równa się kwocie 60 eurocentów. Minimalna wypłata za godzinę pracy stanowi 18 NZD, czyli około 11 euro. „Podróżowaliśmy we czwórkę samochodem, co było dla nas bardzo wygodne“ – tłumaczy Wołodko. Największymi wydatkami okazały się samochód oraz paliwo. Waldemar z przyjaciółmi kupił samochód za 3800 NZD, tymczasem, gdy litr paliwa kosztował ok. 1,20 euro. „Odżywianie się jest strasznie drogie, ponieważ kilogram ziemniaków kosztuje 5-6 euro” – oznajmił rozmówca. Tak jest dlatego, ponieważ 90 proc. krajowych warzyw i owoców są eksportowane. W związku z tym, w Nowej Zelandii aktywnie się rozwija kultura fastfoodowa. „Sądzę, że szybko nie tylko Stany Zjednoczone będą się kojarzyły z pożeraczami burgerów” – twierdzi Wołodko. Ciekawą rzeczą jest to, że w tym kraju opłaty są wpłacane nie co miesiąc, ale każdego tygodnia. W związku z tym człowiek ma iluzję, że ciągle ma coś na koncie, co może sprawić, że pieniądze są wydawane szybciej. Za najdroższe miejsce pobytu przyjaciele płacili ok. 120 euro tygodniowo. „Wystarczy kilka tygodni pracy, aby się poczuć stabilnie pod względem finansowym, dlatego do Nowej Zelandii mogą jechać ludzie, którzy nie mają dużo kasy” – uważa Waldemar.

Medycyna w Nowej Zelandii jest na bardzo dobrym poziomie. Co więcej, jest dostępna. Pewnego razu kolega Waldemara złamał łokieć. Kontuzja była o tyle poważna, że musiał przejść skomplikowaną operację, podczas gdy lekarze stwierdzili, że dawno nie widzieli takiego typu złamań. Przyjaciel po zabiegu miał dwa miesiące na rehabilitację. Ponieważ posiadał wizę programu „Working Holiday”, otrzymywał zasiłek, który wynosił 80 proc. jego płacy zarobkowej. „Gdyby takie coś się stało w USA, to sytuacja byłaby po prostu bardzo smutna. Pewnie musiałby sprzedać całą nieruchomość na Litwie, aby spłacić koszt operacji. Więc, jeżeli chcecie coś złamać, róbcie to w Nowej Zelandii” – żartuje Wołodko.

Inną rzeczą, której nie można nie zauważyć w Nowej Zelandii, są ogromne stada owiec. „Owiec w kraju jest 8 razy więcej niż mieszkańców. Szlaki górskie wyglądają tak, jakby zostały utworzone przez człowieka. W rzeczywistości są wydeptane przez owce” – opowiada podróżnik.

Fot. Waldemar Wołodko

Według niego, najbardziej urzekającą rzeczą w Nowej Zelandii jest uprzejmość ludzi. „W każdym miejscu i w dowolnym momencie ludzie są do ciebie bardzo otwarci. Na początku było nawet trudno się do tego przyzwyczaić, bo instynktownie rozpoczynasz wyszukiwanie „kamieni podwodnych“. Wydaje się, że osoba nie może być miła, „bo tak“ i pewnie chce cię oszukać. W tym kraju popularne jest powiedzonko „go with the flow“, czyli „idź z prądem“. Oznacza to, że nie warto nic planować i mieć zwartwień. Niech wszystko się dzieje tak jak musi“ – opowiada Wołodko.

Dlaczego mieszkańcy tego kraju tak się różnią od nas? Być może dlatego, że mieszkają na łonie przyrody, sądzi Waldemar. Paradoksalnie, ale pomaga im w tym… wolna sieć internetowa. „Mieszkańcy nie są jeszcze tak zepsuci nowymi mediami. Kraj przoduje pod względem współczesności, ale nie jest tak bardzo „mainstreamowy“. Tu nie ma się odczucia, że tryb życia płynie bardzo szybko. W mniejszych osiedlach – czyli takich, które zamieszkuje mniej, niż 10 tys. mieszkańców – o godz. 21 ludzie już śpią. Miałem takie odczucie, że żyją według rytmu słonecznego. Dlatego Nowa Zelandia jest krajem, gdzie można się oderwać od codzienności“ – tłumaczy Wołodko.

Fot. Waldemar Wołodko

Nowa Zelandia – to kraj wyjątkowo bezpieczny. Nie ma tam groźnych drapieżników, owadów czy nawet kleszczy. „Najbardziej niebezpiecznym zwierzęciem jest skunks. Pożera on ptaki, które czują się tu tak bezpiecznie, że nie latają, a poruszają się wyłącznie „pieszo” po ziemi” – tłumaczy podróżnik.

Dużym wyzwaniem okazało się jednak przyzwyczajenie do zmian klimatu i stref czasowych – w końcu, gdy na Litwie była jesień, w Nowej Zelandii nastąpiła wiosna. „Do wiosny jednak łatwiej jest się przyzwyczaić, niż do zimy. Wróciłem tu na zimę, gdy dnie są krótkie, ciemne i jest mi smutno” – wyznaje Waldemar.

Mimo ciepłych wspomnień, Waldemar nie chce mieszkać w Nowej Zelandii na stałe. „Po prostu czujesz się oddzielony od domu – trudno jest się komunikować z rodziną czy przyjaciółmi. Dzieli nas 11 godzin. Jeżeli mam wieczorową imprezę, to w Wilnie jest dopiero poranek. Wieczorem dzwonisz do rodziny, a oni się dopiero szykują do pracy” – wyjaśnia rozmówca.

Fot. Waldemar Wołodko

Waldemar już planuje następną podróż. Zaaplikował się na wyjazd do Kanady w ramach programu „Working Holiday”. Teraz czeka na odpowiedź, czy otrzymał wizę.

Pierwszą swoją podróż Wołodko odbył będąc uczniem 11 klasy. Pojechał wtedy z kolegą autobusem do Pragi. Przez tydzień miał okazję komunikować z różnymi ludźmi. Było to swojego rodzaju wyjściem z zony komfortu – chłopaki nie znali języka czy lokalizacji. Sprostanie takim sytuacjom sprawiło, że pod koniec dnia przyjaciele czuli się z siebie dumni i chcieli postawić swoją poprzeczkę jeszcze wyżej. Takie poprzeczki Waldemar stawia przed sobą już 10 lat.

„Zrozumiałem, że nie mogę żyć bez tych podróży, kiedy do mnie dotarło, że jest to świetna opcja na poznanie innych ludzi, sięgania nowych doświadczeń, dzielenia się własnymi umiejętnościami, wysłuchiwania spostrzeżeń od innych osób. Być może nie jest to do końca uzależnienie. W dowolnym wypadku, w trakcie tych podróży się kształcisz. Tak, można czytać książki i, wyobrażając sobie ten kraj, „podróżować“ po nim w swojej głowie. Jednak nie każdy autor potrafi opisać rozmowę o codzienności z osobą, pochodzącą z wymienionego regionu. Z tym doświadczeniem człowiek po prostu dorasta – jak umysłowo, tak i duchownie“ – wyjaśnia Waldek.

Fot. Waldemar Wołodko

„Należy zrozumieć, że w 99 i więcej proc. przypadków ludzie są przyjaźni i nie chcą cię skrzywdzić“ – twierdzi podróżnik. Do takiego wniosku Waldemar doszedł w czasie podróży po Maroku. Pewnego dnia tam się zepsuł jego samochód. Mechanik serwisu samochodowego znał pięć języków: arabski, hiszpański, portugalski, włoski oraz jedną z odmian marokańskiego. Waldemar również zna pięć języków, ale nie tych, którymi się posługiwał mechanik. Porozumiewali się więc gestami. Bariera językowa nie przeszkodziła Marokańczykowi zaprosić turystów do własnego domu i poczęstować ich daniami swojego kraju. „Choć porozumiewaliśmy się gestami, mimiką i nieznanymi jeden dla drugiego językami, było to jednak takie ciepłe, miłe i naturalne. Język ciała nie może oszukać człowieka, dlatego w takich sytuacjach osoba jest po prostu z tobą prawdziwa“ – opowiada Waldemar.

„Podróżowanie jest jak drzewo. W wieku 17 lat zasiałem w sobie swojego rodzaju ziarno. W czasie kolejnych wypraw z tego wyrastało coraz wyższe drzewko, które chcesz pielęgnować. W końcu chcesz, aby było duże jak świat. Dążę do tego, aby w każdym miejscu odczuć, jak żyją mieszkańcy zwiedzanych krajów. Nie nazwałbym podróżą wypady do Turcji z tygodniem pobytu w drogich hotelach i pływaniem w basenie. Podróż – to sytuacja, gdy się ma bilet i nic więcej. Czasami człowiek musi wyjść ze strefy komfortu z wygodnym łóżkiem i miękką poduszką, aby nocować w namiocie pod deszczem, a potem o czwartej nad ranem pójść zobaczyć wschód słońca. Dla przykładu, wyprawa w góry pomogła mi zrozumieć, jak małą istotą jestem w tym świecie” – wyjaśnia Wołodko.

PODCASTY I GALERIE