Wilno i Wileńszczyzna
Antoni Radczenko

Artur Armacki: Na drugiej randce powiedziałem, że jest jeszcze teatr

Prywatnie bardzo lubię Mrożka, bo jego sztuki są ponadczasowe, są na granicy absurdu, ale jednocześnie bardzo trafnie opisują naszą aktualną rzeczywistość – powiedział w rozmowie z zw.lt Artur Armacki, reżyser dźwięku, inżynier i konsultant techniczny Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie. Armacki pracuje również jako realizator dźwięku w Domu Kultury Polskiej. Przed kilkoma laty został odznaczony medalem Meritus Patriae - Zasłużony Ojczyźnie.

Artur Armacki: Teatrowi poświęcam sporo czasu wolnego. Bo gdy się patrzy na ludzi dorosłych, którzy po pracy przychodzą na próby i poświęcają swój czas, to zobowiązuje. Nawet czasami mam wrażenie, że moje poświęcenie jest zbyt skromne.

Antoni Radczenko, zw.lt: Od 10 lat jesteś członkiem ekipy Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie. Jak trafiłeś do teatru?

Artur Armacki: Zacząłem pracować w Domu Kultury Polskiej, dokąd trafiłem za pośrednictwem Adama Jurewicza. Przez kilka lat wyjeżdżałem na szkolenia do Polski i czytałem mnóstwo specjalistycznej literatury. Pierwsza praca w sali, która mnie spotkała na nowym stanowisku to był spektakl „Zabawa” wg Sławomira Mrożka w reżyserii Lilii Kiejzik. To była ciekawa, niecodzienna i imponująca praca. Więc krok po kroku dołączyłem do Polskiego Studia Teatralnego, gdzie spotkałem ludzi z którymi praca jest bardzo ciekawa. Poza tym samo środowisko polskie było dla mnie czymś nowym i interesującym. To znaczy nikt nas w szkole nie izolował, ale wówczas byłem bardziej związany z kościołem. Tam był absolutnie inny klimat.

Antoni Radczenko, zw.lt: Co imponującego było i jest w Polskim Studiu Teatralnym?

Artur Armacki: Prywatnie bardzo lubię Mrożka, a w repertuarze Studia jest go dużo. Jego sztuki są ponadczasowe, są na granicy absurdu, ale jednocześnie bardzo trafnie opisują naszą aktualną rzeczywistość. Nie mają jednego punktu interpretacyjnego. To jest bardzo ważne, ponieważ wszystko zależy od reżysera, czy potrafi uzasadnić swoją interpretację. Co ciekawe z Mrożkiem tak na dobrą sprawę zetknąłem się tylko w teatrze. Nie pamiętam, być może coś przerabialiśmy w szkole, ale jakoś tego nie zapamiętałem. Poza tym odpowiada mi styl pracy reżyserki i kierowniczki zespołu Lilii Kiejzik, ponieważ nie owija w bawełnę. Nigdy nie chwali bez potrzeby. Zawsze jednak chętnie wysłuchuje nowych pomysłów, jeśli są trafne to akceptuje, jeśli niekoniecznie to odrzuca. Odrzucając jednak zawsze argumentuje. Jest stawiany cel, który chce się osiągnąć i jeśli to się udaje, to jest dobrze, a jeśli nie, to analizujemy wynik ostateczny i wyznaczamy kierunki w która stronę musimy podążać. Jest pole do rozwoju. Podobnie jest ze Sławkiem Gaudynem, który od lat współpracuje z naszym teatrem, ponieważ wie czego chce i wie jak to osiągnąć. Jego wskazówki są zawsze trafne. Nie lubię kiedy ktoś mówi: zagraj ładnie lub puść ładną muzyczkę. Miałem taką głupią wpadkę. Była scena uroczystej kolacji i reżyser potrzebował czegos spokojnego z Chopina. No i dałem marsz pogrzebowy.

Antoni Radczenko, zw.lt: Na czym polega twoja praca w teatrze?

Artur Armacki: Na początku to było tylko „odpalanie” muzyki w momentach, które przewidział reżyser. Z czasem jednak sam rozpocząłem szukać muzyki, utworów, dźwięków do spektakli. Zacząłem również zastanawiać się nad pewnymi rozwiązaniami technicznymi na scenie. Szukać nowych pomysłów. Teraz technicznie na wiele możemy sobie pozwolić, ale bardzo często sprawa opiera się o budżet i dlatego musisz zastosować całą wyobraźnię do szukania niedrogich rozwiązań. Chodzimy po mieście i szukamy odpowiednich rekwizytów. Szukamy wszędzie – od sklepów meblarskich po rynek Kalwaryjski lub wśród znajomych. Im więcej wysiłku wkładasz do spektaklu, tym smutniej jest po premierze. Powstaje pewna pustka, która mija po dniu lub kilku i wówczas ruszasz dalej.

Antoni Radczenko, zw.lt: A czy jest jakiś spektakl, który ci się udał najlepiej?

Artur Armacki: Trudno wymienić ten jeden. Bardzo dobrze wspominam „Kreację” Iredyńskiego, kiedy sami nagrywaliśmy dźwięki na nienastrojonym fortepianie. Świetnie się przy tym bawiliśmy się, ale wynik też był bardzo dobry. Ostatnio często wznawianym spektaklem jest „Lalki moje ciche siostry” z Agnieszką Rawdo, z którą spotykamy się i ona opowiada o swoich wrażeniach i pomysłach, a ja próbuję realizować. Najlepiej mi się pracuje nad kameralnymi sztukami, nad monodramatami, ponieważ możesz mieć bezpośredni kontakt z aktorem.

Antoni Radczenko, zw.lt: Jak długo zajmuje ci szukanie odpowiednich dźwięków?

Artur Armacki: Często to jest bardzo długi okres. Jeśli chodzi o dźwięki, to bardzo ułatwia pracę internet. Ostatnio biblioteka BBC otworzyła sporą część swoich archiwów, z których można korzystać nieodpłatnie. Dlatego w wolnych chwilach od podstawowej pracy siedzi się w archiwum i szuka się odpowiedniej muzyki. To trwa, ale nie mogę powiedzieć, że to w jakiś sposób przeszkadza mi w mojej podstawowej pracy. Bo w DKP również mam sporo obowiązków.

Antoni Radczenko, zw.lt: Jak żona reaguje na to, że swój wolny czas poświęcasz teatrowi?

Artur Armacki: Na razie toleruje. Małżeństwem jesteśmy od 2016 roku, a chodzimy ze sobą pięć lat. Na drugiej randce powiedziałem jej, że jest jeszcze teatr i przez najbliższy czas nie chcę tego zmieniać. Ona to zaakceptowała. Bardzo ją kocham, ani razu nie usłyszałem żadnych zarzutów. Oczywiście nie mamy na razie dzieci, jak będziemy mieli, to być może coś mi się w głowie poprzestawia i pójdę pracować do biura.

Antoni Radczenko, zw.lt: Rozumiem, że żona jest spoza branży?

Artur Armacki: Jedyny jej związek jest taki, że gra na saksofonie. Na co dzień jednak pracuje w firmie IT i jest to typowa praca od 8 do 17. Mamy jednak czas na wspólne rozmowy. Często to się dzieje przed snem albo z rana, kiedy wychodzi do pracy, a ja jeszcze leżę w łóżku.

Antoni Radczenko, zw.lt: Czy w ogóle lubisz chodzić do teatru?

Artur Armacki: Tak. Czasami nawet sam inicjuję jakiś wypad na litewskie sztuki. Tam również mamy przyjaciół, jak chociażby Rawdo czy Jovita Jankelaitytė. Muszę przyznać, że zważając na specyfikę swojej pracy, bardzo często muszę dwukrotnie zobaczyć tą samą sztukę. Pierwszy raz patrzę ze strony technicznej, a drugi dla własnej przyjemności. Dodam tylko, że warsztat litewskich aktorów jest naprawdę na wysokim poziomie. Czasami aktor niby nic nie robi, tylko siedzi, ale przykuwa całą uwagę widowni.

Antoni Radczenko, zw.lt: Polskie Studio Teatralne prezentuje raczej teatr tradycyjny, a litewscy reżyserzy bardzo często stawiają na takie współczesne, niekonwencjonalne, kontrowersyjne rozwiązania…

Artur Armacki: Czy to mnie razi? Nie. Sądzę, że można pokazać na scenie bardzo kontrowersyjne rzeczy. Pierwszy lepszy przykład to nagie ciało. I to jest ok, jeśli jest uzasadnione. Na tym polega praca reżysera, aby to uzasadnił i odpowiednie rozwiązania miały swój czas i miejsce.

Antoni Radczenko: Mówisz, że sztukę musisz zobaczyć dwa razy. A jak jest z koncertami?

Artur Armacki: Podobnie. Bardzo często będąc zwykłym widzem na jakimś koncercie zauważam pewien mankament, który dla zwykłych odbiorców jest po prostu niewidoczny. Ty natomiast przez połowę koncertu jesteś skupiony na tym szczególe. Sądzę, że tak jest w każdym zawodzie. Podejrzewam, że kiedy dziennikarz czyta jakiś artykuł, to też może wkurzyć się, że coś napisano w kilku akapitach, chociaż można było zmieścić w jednym. Takie usterki często spotykam na koncertach. Chyba tylko raz byłem na występie, gdzie wszystko było zapięte na ostatni guzik. To był koncert Scorpions w Gruzji. Bo czymś bardzo ważnym jest nieprzekombinowanie. Po prostu trzeba znać umiar i pokazać widzowi tylko tyle, ile trzeba. Należy pamiętać, że dobry koncert nie zależy tylko od dźwiękowca. Bardzo ważny jest sprzęt i sam wykonawca. Jeśli piosenkarz nie trafia w nuty, to trudno czegoś wymagać od nas.

Antoni Radczenko, zw.lt: A jak trafiłeś na koncert Scorpions w Gruzji?

Artur Armacki: Nasze litewskie spółki zbudowały scenę w Gruzji, a ja byłem w ekipie technicznej, która musiała wszystko pokazać technikom ze Scorpions. Po prostu litewska ekipa była wtajemniczona we wszystkie szczegóły.

Antoni Radczenko, zw.lt: Czy w twojej branży jest duża konkurencja?

Artur Armacki: Jest kilka naprawdę utalentowanych osób. Jednak muszę podkreślić, że jest też duża solidarność. Zawsze możesz zapytać starszych kolegów i zawsze ci poradzą.

Antoni Radczenko, zw.lt: Twój najlepszy koncert?

Artur Armacki: Wielką satysfakcję miałem z realizacji dźwięku na koncercie zespołu „Lyapis Trubetskoy”, który był nagrywany dla telewizji. Był duży, jak z podręcznika. Zespół zagrał na bardzo wysokim poziomie, więc również musiałem się wykazać.

Artykuł powstał w ramach projektu „Ludzie Znad Wilii”, który jest finansowany przez Departament Mniejszości Narodowych przy rządzie Litwy.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!