Świat
Aneta Kurowska

Protest w Barcelonie z pierwszych ust

Pięć dni w słonecznej Barcelonie zapowiadały się niesamowcie: ciepłe morze, rozgrzane powietrze, cuda architektury Gaudiego oraz pyszne hiszpańskie potrawy. Ostatniego dnia Barca potrafiła zaskoczyć. W poniedziałek, w związku ze skazaniem dziewięciu katalońskich przywódców niepodległościowych na kary od 9 do 13 lat więzienia, na ulice miasta wyszły tysiące protestujących.

Poniedziałkowy poranek nie zapowiadał nic nadzwyczajnego: tłumy turystów na głównej ulicy La Rambla, kolejki na rynku La Boqueria i ludzie, zmierzający w kierunku miejskiej plaży. Wakacje to czas, gdy nie sięgasz po telefon w celu przeczytania najnowszych wiadomości ze świata. Po telefon sięga się tylko po to, aby pstryknąć sobie kolejną fotkę przy Sagrada Familia, sprawdzić, dokąd pójść na obiad i drogę do hotelu. Jednak tego dnia wszystko było inaczej.

Staliśmy w kolejce do Katedry św. Eulalii. Wyciągnęłam telefon, aby sprawdzić dojazd do kolejnego punktu naszej wycieczki i zobaczyłam, że wszystkie możliwe aplikacje portali informacyjnych wysyłają powiadomienia, dotyczące wyroku sądowego na katalońskich przywódcach niepodległościowych. To była pierwsza nuta niepokoju. Już po wyjściu z katedry, zobaczyliśmy pierwsze osoby, niosące na plecach katalońskie flagi.

Zmierzaliśmy w kierunku sklepów, bo wiadomo – ostatni dzień to czas na upominki. Minęła równo godzina od ukazania się informacji o skazaniu. Dotarliśmy na Plac Kataloński, a tam – tłumy protestujących. Druga nuta niepokoju pojawiła się wtedy, gdy zobaczyłam osoby, trzymające w rękach tabliczki z napisem ,,chodźmy na lotnisko”.

Ruszyliśmy dalej. Już o godzinie 13. wszystkie drogi w centrum miasta zostały zablokowane, a tłumy protestujących udawali się w kierunku lotniska. Wszędzie na drogach widniały napisy ,,w tym kierunku lotnisko” albo charakterystyczne żółte wstążki. Rysunki takich wstążek później znajdowaliśmy na ławkach i ścianach w różnych częściach miasta. Co więcej, mieszkańcy rozwiesili na balkonach albo flagi Katalonii, albo z napisem ,,wolność więźniom politycznym”.

W okolicach godziny 17. wspinaliśmy się do Parku Guella. Wtedy też usłyszeliśmy dobiegający z miasta krzyk protestujących, szum syren policji oraz kilka strzałów. Dotarła do nas informacja o tym, że większość dróg na lotnisko zostało zablokowanych, a pociąg metro, jadący na aeroport – zawieszony na kilka godzin. Tego dnia z Barcelony nie odleciało blisko sto samolotów.

Wieczorny spacer po mieście skończył się tym, że zdecydowaliśmy wcześniej wrócić do hotelu, ponieważ na każdym kroku spotykaliśmy protestantów. Nocą huki nie ustawały, a wszystkie większe place zostały wypełnione mieszkańcami Katalonii. Protestujących nie wystraszył nawet deszcz. Ulice mieniły się od flag Katalonii. Już o godzinie 19., gdy tylko zapadł zmrok – na ulicach stało się niebezpiecznie. Tej nocy w starciach z policją zostało rannych ponad 90. osób.

We wtorek przed południem mieliśmy wylecieć do Wilna. Baliśmy się, że tego dnia już nie uda nam się odlecieć z Barcelony. Nasz strach wzmocnił widok ludzi, którzy tę noc spędzili na lotnisku. Na szczęście czas odlotu nie uległ zmianom, spóźniliśmy się tylko na 15 min. Jednak tego dnia byliśmy świadkami ,,samolotowego korku” – osiem samolotów czekało przy pasie startowym aż odleci ten, stojący przed nimi. I tak bez przerwy – jeden samolot odlatuje, kolejne wstają w kolejkę.

Już gdy byłam we wtorek wieczorem w domu, dotarła do mnie informacja o ogromnych starciach manifestantów z policją i płonących barykadach. Protesty trwają do dziś. Sytuacja w Katalonii nie polepsza się, a wręcz odwrotnie – z każdym dniem staje się coraz gorsza. W mieście są odwoływane wycieczki, turyści starają się im szybciej wydobyć z miasta. Cóż, mieliśmy szczęście nie tylko odlecieć z Barcelony zgodnie z rozkładem lotów, ale również zobaczyć ten protest na własne oczy.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!