• Świat
  • 13 sierpnia, 2020 12:55

Prokremlowska dezinformacja a wybory na Białorusi

Podczas gdy tysiące białoruskich obywateli wychodzą na ulice w proteście przeciwko fałszowaniu wyborów przez Aleksandra Łukaszenkę, prokremlowskie media nie zaprzestają wysiłków w rozprzestrzenianiu fałszywych informacji o zaangażowaniu Polski, Ukrainy, Unii Europejskiej czy też szeroko pojętego Zachodu w prowokowanie zamieszek i demonstracji.

EU vs. Disinfo
Prokremlowska dezinformacja a wybory na Białorusi

Fot. Connor Danylenko/Pexels

W ostatnich dniach tysiące ludzi wyszły na ulice Białorusi, aby zaprotestować przeciwko wynikom wyborów prezydenckich, które pomimo zarzutów o powszechne fałszowanie głosów przyniosły prezydentowi Aleksandrowi Łukaszence miażdżące zwycięstwo. Władze zareagowały brutalnymi atakami na protestujących, przerwami w dostępie do Internetu, a także masowymi zatrzymaniami dziennikarzy i demonstrantów.

W międzyczasie białoruskie państwowe kanały telewizyjne donosiły o zwyczajnych „zamieszkach” (беспорядки) na ulicach miast sprowokowanych przez „zagranicznych organizatorów”, a także o… rozpoczęciu sezonu na grzyby.

Bezprecedensowe niepokoje na Białorusi są obecnie potęgowane przez lawinę kampanii dezinformacyjnych, mających miejsce zarówno w okresie poprzedzającym wybory, jak i tuż po głosowaniu. W działania dezinformacyjne zaangażowane są źródła krajowe oraz zewnętrzne.

Białoruskie media znane są z tego, że są silnie kontrolowane przez państwo, a mniej więcej połowa treści nadawanych w czasie największej oglądalności produkowana jest w Rosji. Prokremlowska dezinformacja działa w kraju wyjątkowo sprawnie, opierając się dodatkowo na rozległej sieci regionalnych stron internetowych, które wykorzystują zaufanie ludzi do lokalnych wiadomości.

Białoruska siatka dezinformacyjna ciężko pracowała przed wyborami prezydenckimi. W ramach swoich działań zaatakowała m.in. trzy kobiety, które odważyły ​​się rzucić wyzwanie Łukaszence – Swiatłanę Cichanouską, Marię Kolesnikową i Weranikę Cepkałę, twierdząc, że są one narzędziem europejskich feministek, które dążą do zniszczenia białoruskich wartości. Media sugerowały jednocześnie, że aresztowanie zwolenników głównej kandydatki opozycji oznacza obronę Białorusi.

Maria Kolesnikowa, Swiatłana Cichanouska, Weranika Cepkała. Fot. Sztab wyborczy

Sieć oskarżyła także różne kraje europejskie o próby zniszczenia białoruskiej państwowości oraz twierdziła, że ​​to polscy katolicy dążą do wzniecania zamieszek u wschodniego sąsiada.

Jednak nawet przy tej lojalnej sieci witryn internetowych i łatwym dostępie do odbiorców, prokremlowscy dezinformatorzy natknęli się na zawiłości białoruskiej rzeczywistości. Na kilka tygodni przed wyborami białoruskie media państwowe podały, że 33 rosyjskich obywateli, rzekomo członków grupy Wagnera, zostało zatrzymanych pod zarzutem wyjazdu na Białoruś w celu „zdestabilizowania sytuacji podczas kampanii wyborczej”.

Posunięcie to było niemałą zagadką dla prokremlowskich mediów, które od lat wspierają reżim na Białorusi. Komentatorzy rosyjskiej telewizji kontrolowanej przez państwo ostrożnie wspominali o „nieporozumieniu”, a także mówili o „białoruskich radykałach” rzekomo szkolonych w tajnych obozach. Jak na ironię, nieco później te same media narzekały na cenzurę dezinformacji na białoruskich falach radiowych.

Wkrótce jednak prokremlowskie media znalazły sposób na obejście drażliwej kwestii, skupiając się na wygodniejszym winowajcy: Ukrainie.

„Zatrzymanie Rosjan na Białorusi było ukraińską prowokacją” – stwierdził szereg prokremlowskich źródeł po wątpliwych doniesieniach rosyjskiego tabloidu Komsomolskaja Prawda (który został szybko zdemaskowany przez niezależne rosyjskie media). Nie odstraszyło to jednak mediów prokremlowskich, które nadal obwiniają Ukraińców i twierdzą, że ukraińskie służby były kontrolowane przez Zachód i/lub CIA oraz planowały zamachy terrorystyczne na Białorusi.

Gdy przyjazde Rosji media uporały się wreszcie z delikatną sprawą najemników Wagnera, otworzyły wrota do szeroko zakrojonej dezinformacji pod tytułem „protesty na Białorusi były kolorową rewolucją, a za nią stał zły Zachód”. W dyskurs wtrąciła się rosyjska państwowa agencja informacyjna RIA Novosti, mówiąc, że wrogowie Łukaszenki (czyli Polska) pragną zgotować w Mińsku krwawy Majdan – artykuł zyskał od czasu publikacji prawie 100 tys. odwiedzin.

Unia Europejska, która jasno określiła, że ​​wybory na Białorusi nie były ani wolne, ani uczciwe oraz wielokrotnie wzywała władze Białorusi do zaprzestania przemocy wobec demonstrantów, oskarżona została o podwójne standardy.

Prokremlowscy komentatorzy szybko „uspokajali” Białorusinów mówiąc, że razem z Ukraińcami i Rosjanami stanowią jeden naród, niepokojony jedynie przez „oszukaną” młodzież, która wyrosła na liberalnej ideologii rusofobii oraz twierdząc, że jedynie 10% Białorusinów sprzeciwia się idei państwa związkowego Białorusi i Rosji.

Jeśli większość z tego brzmi znajomo, to nic dziwnego. Prokremlowskie media od lat rozpowszechniają dezinformacyjne historie o „kolorowych rewolucjach” i „zachodnim wtrącaniu się” do każdego protestu czy ruchu obywatelskiego: na Ukrainie, w Gruzji, Armenii, a nawet w USA i Hongkongu. Ruchy demokratyczne, wolne i uczciwe wybory w sąsiedztwie Rosji i poza nią pozostają największym zmartwieniem Kremla. Ale tym razem zdaje się, że Białorusini się nie boją.

PODCASTY I GALERIE