• Świat
  • 18 lutego, 2020 16:09

Morawiecki w dzienniku „Die Welt” o stworzeniu wspólnego budżetu UE

W dzienniku "Die Welt" ukazał się artykuł, w którym premier Polski Mateusz Morawiecki apeluje o stworzenie wspólnego budżetu, który pomoże Unii stać się światowym liderem w dziedzinie nowych technologii.

zw.lt
Morawiecki w dzienniku „Die Welt” o stworzeniu wspólnego budżetu UE

Fot. Joanna Bożerodska

Publikujemy tekst artykułu w całości.

Unia Europejska znalazła się na zakręcie historii. Brexit, a także negocjacje Wieloletnich Ram Finansowych to okazja, aby nie zjeżdżać na pobocze historii, lecz aby budować Unię, która nie tylko weźmie udział w wyścigu o lepszą i bardziej sprawiedliwą przyszłość, ale również będzie miała szansę ten wyścig wygrać. Chcemy Europy jako globalnego gracza.

Zaczyna się od budżetu UE. Nie jest on tylko zbiorem kwot. Doskonale, acz boleśnie udowadnia to Brexit. Ponieważ drugi co do wielkości płatnik netto opuścił Unię, musimy – czy nam się to podoba, czy nie – najpierw odpowiedzieć sobie na pytanie, jakiej Europy potrzebujemy – a to z kolei wiąże się ze wspólnym budżetem.

Jeśli teraz powstrzymamy się od szczerych dyskusji i zamienimy naszą europejską otwartość na zbyt dużą ostrożność, to sami zastawimy na siebie pułapkę. Dlatego też chciałbym powiedzieć, z pełnym przekonaniem, że nie ma nic, co mogłoby być lepszą podstawą dla odważnego projektu Europy niż dobry budżet.

Czy negocjacje budżetowe nie odbywały się dotąd wedle dobrze znanego scenariusza? Role w tym scenariuszu były rozpisane na fiskalnie odpowiedzialną Północ, potrzebujący inwestycji Wschód i pogrążone w kryzysie Południe. Cóż, w takich warunkach łatwo sprowadzić budżet do worka z prezentami, na który zrzucają się starsi członkowie europejskiej rodziny, a prezenty wyjmują z niego młodsi. Ale to z gruntu nie tylko błędna, ale przede wszystkim nieprawdziwa interpretacja.

Ponieważ budżet dotyczy nas wszystkich w równym stopniu – nie tylko dlatego, że wyraża europejskie marzenia, ale również dlatego, że wyraża istniejącą wolę budowania europejskiego domu – lub jej brak. Polska życzyłaby sobie Unii, której dom budują wszyscy, Unii, z której wszyscy korzystają, Unii, która ma ambicje na miarę XXI wieku.

Nikogo nie dziwi, że część krajów podnosi coraz bardziej popularny na Zachodzie argument, że Unia Europejska nie może stać się Unią Transferową. Oprócz osłabienia projektu europejskiego, z pewnością pogłębiłoby to istniejące nierówności w UE. Ważne jest jednak, aby zrozumieć zasady gry ekonomicznej. Dla krajów bogatszych, głównie starszych członków UE, wspólny rynek wewnętrzny przynosi ogromne korzyści.

Polscy ekonomiści w 2017 roku obliczyli, że wkład UE poprzez politykę spójności w gospodarki Polski, Węgier, Czech i Słowacji (V4) zwrócił się Wspólnocie w latach 2007-2015 aż w 80%. Można pomyśleć, że to niezrozumiały paradoks. Ale to logika europejskiego rozwoju.

To nie Północ dotuje Wschód i Południe, tylko na tym zarabia, a mówiąc precyzyjnie, zarabiają na tym wszyscy. Rzecz nie w tym, abyśmy tworzyli Unię mniej lub bardziej jawnych transferów, ale byśmy wzmacniali Unię efektywnej transformacji. Musimy stworzyć nasz budżet w taki sposób, aby powstała Unia, która jest światowym liderem w dziedzinie nowych technologii i w której wzmocnione są cztery podstawowe swobody, zwłaszcza swoboda świadczenia usług. Nie wolno nam kłócić się o transfery czy rzekome świadczenia, ponieważ, jak już wspomniano, Ci którzy dają, sami z tego korzystają.

2,74 euro – tyle dodatkowego PKB generowało każde zainwestowane 1 euro pochodzące z polityki spójności w latach 2007-2013. Z każdego euro na politykę spójności w krajach V4 Austria miała zwrot 3,31 euro, Niemcy 1,50 euro a Holandia 1,45%.

W jaki sposób do tego doszło? Polska, na przykład, jest dla Niemiec dwukrotnie bardziej istotna z punktu widzenia niemieckiego eksportu niż Rosja. Polska i Czechy razem wzięte – mają większe znaczenie od Chin. Z kolei Polska, Czechy i Węgry razem – niosą dla Niemiec większą wagę wymiany gospodarczej od Stanów Zjednoczonych.

„Małe czyny, które krok po kroku wciela się w życie, są lepsze od wielkich, które się wyłącznie planuje”. George Marshall, od nazwiska którego pochodzi nazwa planu gospodarczego dla Europy Zachodniej z 1947 roku, nie miał wprawdzie na myśli polityki spójności, ale doskonale to do niej pasuje. Z chwilą, kiedy mówi się tak wiele, że spójność należy powiązać z wartościami, nie wolno zapomnieć, że polityka spójności sama w sobie jest nadrzędną wartością.

W 2018 roku PKB Polski wynosił 71% średniej unijnej. Oznacza to, że parametr ten poprawił się w Polsce o prawie połowę od 2003 roku. Zawdzięczamy to przede wszystkim przedsiębiorczości Polek i Polaków, potrafiącym korzystać z możliwości stwarzanych przez wspólny rynek.

Tyle że jednolity rynek zniósł bariery handlowe i dał dużym firmom z zachodu Unii dostęp do konsumentów z Europy Środkowo-Wschodniej. Przedsiębiorstwa te wygrywają przetargi publiczne, a miliardy euro transferują pod postacią dywidend do macierzystych krajów. To średnio 3-4% PKB krajów centralnej Europy transferowane do bogatych krajów Zachodu. Rośnie także łączna wartość kontraktów, które otrzymują w projektach wykorzystujących środki UE. Ot, Unia Transferowa.

Strefa euro, podatki i migracja to filary, na których stoi Unia Transferowa. Euro stało się walutą zbyt silną dla Południa i jednocześnie zbyt słabą dla Północy. Nadwyżka na rachunku bieżącym Niemiec i deficyt krajów Południa to dwie strony tej samej monety. Wspólna waluta to ogromny wehikuł transferu konkurencyjności i dobrobytu, za którymi niczym cień podążają niechciane zmiany społeczne.

Po akcesji do Unii Europejskiej z Polski wyjechało ponad 2 mln Polaków. To tyle, ile liczy populacja państw członkowskich UE, Łotwy lub Słowenii, tyle, ile pukającej do naszych drzwi Macedonii Północnej. To dla Polski wielka strata. Z punktu widzenia polskiej gospodarki oznacza to 2 mln pracowników, którzy nie generują polskiego PKB, nie rozwijają polskich firm, nie płacą polskich podatków i polskich składek na ubezpieczenie społeczne. Pracownicy, którzy wyemigrowali za pracą z innych krajów UE, w tym z Polski, Grecji, Rumunii czy Irlandii, wygenerowali 170 mld euro wartości dodanej w niemieckiej gospodarce. To zatem wielokrotnie więcej niż wynosi niemiecka składka do wspólnego budżetu.

Rolą budżetu w dłuższej perspektywie będzie określenie priorytetów dla państw członkowskich oraz dla instytucji, bez których powodzenie projektu ambitnej i zrównoważonej UE nigdy się nie ziści. Czy znajdzie się tam miejsce na dyskusję o konsekwencjach, jakie niosą ukryte koszty ekonomiczne i społeczne? Czy znajdzie się tam miejsce na dyskusję o rajach podatkowych? Dlatego zamiast pytać, któremu z krajów należy w wyniku Brexitu odebrać fundusze, postawmy pytanie, gdzie te fundusze z korzyścią dla Unii zainwestować.

Podatki coraz bardziej kojarzą się w Europie z biernością. Przymykanie oka na raje podatkowe, a także optymalizacja podatkowa korporacji uszczuplającą wpływy z CIT. W ciągu roku, poza szkodami wyrządzonymi przez mafię VAT, państwa Unii tracą 60 mld euro z tytułu sztucznej optymalizacji podatkowej i 46 mld euro z powodu przesuwania bogactwa obywateli.

Rok 2020 jest rokiem wyjątkowym dla Polski, ale też dla Europy. Obchodzimy bowiem 40. rocznicę powstania ruchu „Solidarność”, który pomógł pokonać komunizm i jednoczył ludzi w Europie niezależnie od wyznawanych poglądów. Unia potrzebuje budżetu w duchu „Solidarności”.

PODCASTY I GALERIE