Goszczą uchodźców, organizują im transport i pracę

Rosja i Białoruś są dziś złymi postaciami na politycznej mapie świata. Państwo-agresor i jego filia, ostateczny ustrój demokratycznej Europy. Jednocześnie w Polsce mieszka duża liczba obywateli tych krajów. Według danych z jesieni 2021 r. ponad 67,7 tys. osób jest ubezpieczonych w ZUS obywateli Białorusi. Zarówno Białorusini, jak i Rosjanie przyjeżdżają nad Wisłę do pracy, duża część z nich to także emigranci polityczni. Nietrudno sobie dziś wyobrazić, jak obciążone są paszportami narodowymi. Niektórzy z nich odczuwają na własnej skórze sankcje nakładane przez Zachód, próbując jednocześnie udowodnić, że obywatele Rosji i Białorusi w niczym nie przypominają własnych władz.

businessinsider.com.pl
Goszczą uchodźców, organizują im transport i pracę

Fot. bns foto/Paulius Peleckis

Masza Glinska-Kozel

„Zdecydowaliśmy z mężem już pierwszego dnia wojny. On twierdzi, że to była jego decyzja, ja — że moja. Uznajmy, że wspólna. Jestem Białorusinką, Piotr, mój mąż, Polakiem. Mieszkamy w Gliwicach. Przyjechałam do Polski 15 lat temu. Najpierw byłam na rocznym kursie językowym w Łodzi. Potem studiowałam we Wrocławiu, a pokój w akademiku dzieliłam z Ukrainkami. Ja do nich mówiłam po białorusku, one do mnie po ukraińsku. W razie problemów przechodziłyśmy na rosyjski. Znajomość języka była jednym z głównych powodów, dla których zdecydowałam się gościć uchodźców. Dobrze pamiętam, jak to jest przyjechać do obcego kraju, nie znając ani słowa w lokalnym języku. Zdecydowaliśmy z mężem, że nasze mieszkanie będzie dobrym miejscem na start w Polsce”.

Mają 3,5-letnią córeczkę i ten fakt także miał wpływ na ich decyzję. „Gdybym musiała uciekać z kraju, nie chciałabym się z nią znaleźć w schronisku dla kilkuset osób”.

Piotr z Maszą przyjeli do swojego domu wielu osób. Pierwsze były 48-letnia kobieta z 21-letnią córką i jej 2,5-letnim dzieckiem. Gdy przyjechały przez trzy dni nie pokazywali żadnych emocji, mieli jeden wyraz twarzy, lecz po kilku dniach, gdy wybrali się na miasto, na karuzelę – zobaczyła ich uśmiech.

Oni zapewnili nie tylko dach nad głową, ale również pomagali w załatwianiu wielu ważnych spraw jak: znalezienie własnego mieszkania, załatwianie dokumentów, osób świadczących pomoc prawną, lekarzy oraz pracę i kursy językowe.

Masza mówi, że w momencie, gdy otwierasz drzwi dla uchodźców wojennych to także otwierasz drzwi dla wojny. Mąż młodej dziewczyny i syn starszej poszli do wojska i to akurat było przyczyną, że nie mogli się kontaktować, a nawet, gdy mężczyźni dzwonili to nie mieli możliwości rozmawiać na wszystkie tematy na które chcą. Najcześciej patrzyli na siebie i milczeli.

„Kiedy kobiety się wyprowadziły, postanowiliśmy zrobić sobie przerwę, uspokoić głowy, wyciszyć emocje. Zawieźliśmy Sarę na lekcje tańca, usiedliśmy w kawiarni i wtedy zadzwonił telefon. Dwie kobiety z Charkowa pytały, czy je przyjmiemy. Pomyślałam, że jadą do nas przez całą Ukrainę, tyle już przeszły, że nie mogę im odmówić” – opowiada Masza.

Tym razem to również były matka i córka, 48 i 18 lat. Do Polski jechały przez cztery dni. Jak się okazało starsza była wykładowczynią akademicką, uczyła wyższej matematyki na Uniwersytecie w Charkowie, pełniła też funkcję wicedziekana. „Poszukałam więc kontaktów na Politechnice Śląskiej i kolejnego dnia miała już rozmowę kwalifikacyjną”.

Lecz nie zostały w Polsce;. Córka wyjechała do Pragi, postanowiła podróżować, zacząć życie od nowa jak jej matka, która kupiła bilet do Włoch w jedną stronę.

Gdy zostawiły one dom Maszy i Piotra przyjęli oni kobietę z 2,5-letnią córką i teściową. Przyjechały one z Irpinia pod Kijowem. „To była jej druga ucieczka przed wojną, w 2014 r. wyjechała z Mariupola. Kiedy w lutym wybuchła wojna, jej rodzice nadal tam mieszkali. Odcięci od informacji, pozbawieni żywności i bieżącej wody, byli przekonani, że atakują ich Ukraińcy i wkrótce armia rosyjska ich wyzwoli”. Pewnego wieczoru Masza usłyszała płacz i przyszła na ten dźwięk na kuchnię, gdzie zobaczyła dziewczynę, która znalazła zdjęcie martwej kobiety bardzo podobną do jej matki.

Jak się okazało jej rodzice żyją, ale ich dom został zbombardowany. „Ojciec jest ranny, ewakuowali się do miejscowości pod Mariupolem. Nie sądzę, żeby zmienili zdanie na temat Rosjan”.

Masza z Piotrem przyjęli już pięć rodzin. „Gdy wyjeżdżała druga, w Polsce było już milion osób i wiedziałam, że kolejne trzeba kierować za granicę. Kończą się możliwości lokowania ich w kraju, a ja chcę, by mój dom był tylko przystankiem, miejscem wytchnienia przed dalszą drogą”. „Z każdą z dziewczyn, które się u mnie zatrzymały, utrzymuję kontakt. Wstaję rano, zaczynam pracę i za chwilę dzwoni jedna, druga, trzecia. Myślę, że to będą relacje na całe życie”.

Masza przyznaje, że jest skupiona tylko na niesieniu pomocy i informacji i owszem jest wściekła, że jej kraj jest wciągnięty w wojnę. „Moi rodzice zostali na Białorusi, mam tam przyjaciół i się o nich boję. Moje serce zostało na Białorusi i nie wyrzeknę się nigdy swojej ojczyzny”.

„Białoruś nie jest tożsama z białoruską władzą. Ostatnie wybory zostały sfałszowane, w kraju panuje dyktatura. Chcę jednak wierzyć, że to sytuacja przejściowa. Teraz, rękoma Ukraińców, walczymy o wolność całej Europy. Jeśli Ukraina wygra wojnę, następna będzie Białoruś. Obali swojego dyktatora” – powiedziała.

Volha Mazharouskaya

Każdy pomaga w różny sposób. Ktoś gości uchodźców, a ktoś pomaga z pomocą swojej wiedzy.


Volga urodziła się na Białorusi, ale jej rodzice są Ukraińcami i jeste z tym krajem mocno związana. „Wszyscy moi krewni pochodzą z Ukrainy, a mieszkają i w Ukrainie, i w Rosji, i na Białorusi. Pół roku temu przeprowadziłam się do Polski. Nie wiedziałam, czego oczekiwać, to była moja pierwsza próba mieszkania za granicą. Miałam ze sobą tylko małą walizkę i wydawało mi się, że jestem zbyt związana z Białorusią, by zostać w Polsce na stałe. Szybko jednak poczułam się tutaj jak w domu”.

Kiedy wybuchła wojna, z grupą znajomych zaczęła tworzyć czaty na Telegramie, które mają pomóc Ukraińcom przekraczającym polską granicę. Założyli osobną grupę dla każdego z sześciu największych przejść granicznych i zaczęli dystrybuować linki do nich w social mediach. Obecnie gromadzą już około 13 tys. ludzi.

„Każdy słyszał o 30-km kolejkach na przejściu Medyka-Szeginie. Na początku brakowało wszystkiego — wody, jedzenia, ludzie spali pod gołym niebem w oczekiwaniu na swoją kolej. Chcieliśmy im dać możliwość komunikowania się ze sobą nawzajem, dzielenia się informacjami i przysługami”.

Teraz czatami zarządza już zespół około 30 osób, które dbają o to, by żadne pytanie nie pozostało bez odpowiedzi.

„Znajomi białoruscy programiści stworzyli icanhelp.host — platformę dla wolontariuszy, za której pośrednictwem można zaoferować schronienie uciekającym przed wojną ludziom. Dzięki tej stronie uchodźcy mogą szybko sprawdzić, czy w pobliżu nie ma osób, które oferują darmowe noclegi. Ich dziełem jest też witryna pomocua.com, która koordynuje pomoc od osób prywatnych z różnych państw Europy” – opowiada.

Obok doraźnych problemów uciekających z Ukrainy ludzi, w pierwszych dniach wojny nierozwiązana pozostawała też kwestia transportu pomocy humanitarnej z Polski na stronę ukraińską. Odezwała się więc do wszystkich jej kontaktów w poszukiwaniu kogoś, kto pomógłby przewieźć żywność, ubrania, leki do potrzebujących po drugiej stronie granicy. Napisała m.in. do Jewgienija Burego, szefa Stowarzyszenia Białoruskiego Biznesu za Granicą. Połączył ją z ludźmi, którzy mogli pomóc w utworzeniu korytarza humanitarnego przez granicę. Rozmawiali wieczorem, następnego dnia rano jechała już na przejście graniczne Korczowa-Krakowiec.

„Na miejscu nie znałam nikogo. Co więcej, nie mówię jeszcze po polsku, a musiałam jak najszybciej zorganizować kierowców, którzy pomogliby mi przetransportować dary z przygranicznych magazynów. Pożyczyłam więc megafon i ogłosiłam, że szukam transportu. W ciągu trzech godzin miałam dużego busa pasażerskiego, pięć vanów dostawczych i dwa auta osobowe wypakowane po dach. Ustawiliśmy się już w kolumnie pojazdów czekających na przekroczenie granicy, kiedy okazało się, że nikt nam tego dnia nie pomoże i musimy spędzić noc po polskiej stronie. Zaufało mi 28 osób. Czułam się jak oszustka”.

Postanowiła więc szczerze porozmawiać z ludźmi, których zmobilizowała. Wszyscy zdecydowali się zostać i poczekać. Szukali miejsca na nocleg, kiedy zadzwonił jej telefon. Udało się uzyskać zgodę strony ukraińskiej na przekazanie pomocy humanitarnej, musieliś tylko przekonać polskie służby celne. Przewieźli przez granicę 11 ton ciepłych ubrań, butów, wody, leków i zostawili je w strefie neutralnej.

„Spędziłam w Korczowej jeszcze trzy dni i dwie noce, organizując kierowców i transport. Po tym czasie musiałam wracać do pracy, ale nadal jestem w kontakcie z osobami, które działają wolontariacko na granicy. Obecnie szukam dla nas finansowania, bo wszystko, co robimy, opłacamy z własnych środków, a te się szybko kończą” – oświadczyła Volha.

Varvara Magomedova
Wyjechała z Rosji w 2014 r., a w Polsce mieszka od czterech lat. Przeprowadziła się do Warszawy ze względu na pracę męża. Sama pracuję dla organizacji zajmującej się wspieraniem demokratycznych inicjatyw w Rosji. Fundacja opiekuje się też Rosjanami uciekającymi z kraju.

„Poza pracą zaangażowałam się w kilka inicjatyw wspierający Ukrainę. Jestem związana ze środowiskiem osób z niepełnosprawnościami i działam teraz w ruchu wywodzącym się z Niemiec, który wspiera osoby z niepełnosprawnościami, które uciekają przed wojną. Większość wyjeżdża do Niemiec, ale część zostaje w Polsce i potrzebuje pomocy”.

Wraz z innymi Rosjanami tworzą grupę informacyjną na Telegramie, pomagającą uchodźcom z Ukrainy.

„Pomagamy też na miejscu. Była na przykład rodzina, która pilnie potrzebowała insuliny. Niestety nie mieli ze sobą dokumentów. Mimo że lekarz, do którego ich zabraliśmy, wystawił receptę, nie mogli jej zrealizować. Szukaliśmy więc kogoś, kto mógłby podzielić się swoimi zapasami”.

Ich największym projektem jest teraz zorganizowanie zakwaterowania i pracy dla tych uchodźców, którzy chcą zostać w Polsce. W dużych miastach jest już bardzo ciężko o nocleg, dlatego kontaktują się z gospodarstwami rolnymi, w których Ukraińcy mogliby mieszkać i pracować. „Skontaktowaliśmy się też z dużym zespołem sanatoriów dofinansowywanych przez PFRON, by uzyskać pomoc dla osób z niepełnosprawnościami, które przyjechały do Polski. Szukamy wsparcia w fundacjach dla konkretnych rodzin”.

Najtrudniej mają dorośli z niepełnosprawnościami. Dziećmi opiekują się rodzice, dorośli nie pójdą do pracy, nie mają tu też swojej grupy wsparcia. Chciałaby zorganizować im przynajmniej czasowo rehabilitację i możliwość odpoczynku.

Po pracy angażuję się w pomaganie Ukraińcom, a w ramach pracy organizuje mieszkania i pracę dla obywateli Rosji. Stara się też nagłaśniać ich problemy w mediach. Rosjanie, by wjechać do Polski, potrzebują wizy. Dostać ją i wyjechać z kraju jest bardzo trudno. Ci, którym się uda, spotykają się z dyskryminacją. Jest ich mniej niż na przykład Białorusinów, pochodzą z kraju-agresora, a przecież są w Polsce, bo walczą z polityką Władimira Putina od lat. „Zarówno ja jak i moi koledzy nie możemy już wrócić do Rosji, bo czeka nas aresztowanie”.

„Sankcje nakładane na Rosję uderzają także w opozycję. Przez lata współpracowaliśmy z Centrum Polsko-Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia, które organizowało konkurs otwarty, przyznając stypendia dla rosyjskich studentów. To była dla nich jedna z ostatnich możliwości wyjazdu z kraju i właśnie została im odebrana. Moi przyjaciele z Rosji przelewali mi pieniądze na pomoc dla uchodźców z Ukrainy. Teraz nie mogę ich wybrać, bo mam kartę Mastercard, wydaną w Rosji, która poza Rosją już nie działa”.

„Gościłam u siebie uchodźców z Ukrainy. Nie patrzyli na mój paszport, liczyło się tylko, że mogą się u mnie schronić. I to jest właściwa postawa — jesteśmy ludźmi, nie swoimi paszportami”.

PODCASTY I GALERIE