• Sport
  • 15 lipca, 2016 8:12

Tour de France: dramat Chrisa Froome’a, zwycięstwo De Gendta na królewskim etapie

Thomas De Gendt (Lotto Soudal) wygrał liczący 178 km 12. etap Tour de France z Montpellier do Mont Ventoux. Dramat na decydujących metrach przeżył lider Chris Froome, który po kraksie zostawił swój rower i ostatni podjazd pokonywał… biegiem.

Eurosport
Tour de France: dramat Chrisa Froome’a, zwycięstwo De Gendta na królewskim etapie

Fot. PAP/EPA / KIM LUDBROOK

14 lipca to wyjątkowy dzień dla Francuzów, gdyż wtedy wypada ich narodowe święto, czyli rocznica wybuchu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Tak się złożyło, że w tegorocznym Tour de France ta data przypadła na królewski etap kończący się na Mont Ventoux. Każdy, kto przetnie tu linię mety jako pierwszy, przechodzi do historii. Do jej napisania przed startem chętnych było wielu.

Dzień przed zawodami organizatorzy skrócili trasę o 6 km ze względu na mocne podmuchy wiatru dochodzące do 100 km/h. Szczyt nazywany jest przez niektórych „wietrzną górą” i nie ma w tym cienia przesady. Mimo tego na zawodników i tak czekał spektakularny, dziesięciokilometrowy podjazd, wieńczący zmagania na Chalet Reynard.

Przed wspomnianą ostatnią wspinaczką stawka przez większość czasu jechała po płaszczyźnie. Przystawką przed daniem głównym były dwie premie górskie, odpowiednio 4. i 3. kategorii, które wygrał Thomas De Gendt (Lotto Soudal). Belg nadrobił trochę punktów do prowadzącego Thibauta Pinota (FDJ), ale i tak do czołowej trójki klasyfikacji górskiej miał zbyt dużą stratę, aby tam wskoczyć.

W zagłębieniu przed Mont Ventoux na czele jechała ucieczka z trzynastoma uczestnikami. Niedługo przed decydującą „dychą” na oderwanie się od przewodzącej grupy zdecydował się Andre Greipel (Lotto Soudal). Mistrz Niemiec jednak nie wytrzymał po doścignięciu został zgubiony. Za moment jego los podzielił Ilio Kesse.

Im dłużej trwała finałowa wspinaczka, tym bardziej wykruszała się liderująca grupa. Powoli stawało się jasne, że zwycięstwo etapowe przypadnie komuś z pięciu ocalałych uciekinierów. Interesująco zaczęło robić się za ich plecami na ok. 6 km przed finiszem, gdy na atak zdecydował się Alejandro Valverde (Movistar). Został on jednak dogoniony przez peleton, podobnie jak jego kolega klubowy Nairo Quintana. Kolumbijczyk próbował szczęścia nawet dwukrotnie, ale bezskutecznie.

W samej końcówce na etapową wygraną skok zrobił De Gendt, który przy pomyślnych wiatrach mógł nawet przejąć koszulkę dla najlepszego górala. Tymczasem z tyłu, od peletonu oderwał się lider Chris Froome (Sky), a z nim Richie Porte (BMC). Wkrótce dołączył do nich Bauke Mollema (Trek). O zwycięstwo na ostatnich metrach powalczył De Gendt z Serge Pauwelsem (Dimension Data). Ostatecznie ręce do góry wzniósł ten pierwszy. Belg objął także przewodnictwo w klasyfikacji górskiej.

Niesamowite rzeczy działy się kilka minut później, kiedy kolizję z motocyklem telewizyjnym zanotował Richie Porte. Najbardziej poszkodowany był w tej kraksie Froome, który… biegł bez roweru pod górę, gdyż nie było w okolicy wozu technicznego. Brytyjczyk wkrótce wziął rower od jednego z kolegów z ekipy, ale za moment wymienił pojazd jeszcze raz, tym razem od mechaników z zespołu. Najlepiej wyszedł na tym zamieszaniu Mollema, który finiszował na dziesiątej pozycji. W końcu udało się dotrzeć także Froome’owi, ale o jego być albo nie być zdecyduje specjalna komisja. Na jej posiedzeniu podjęta zostanie decyzja o ewentualnej weryfikacji rezultatów. Na razie żółtą koszulkę przejął Adam Yates (Orica BikeExchange). Drugi jest Mollema, a trzeci Quintana z minimalną stratą.

PODCASTY I GALERIE