• Sport
  • 17 stycznia, 2017 21:20

MŚ piłkarzy ręcznych. Polska ratuje honor

Jedną na luzie. Polska wygrywa na mistrzostwach świata we Francji jak za starych dobrych czasów jednym golem 26-25 (9-11). Tyle że z Japonią, a mecz nie miał większego znaczenia bo "Biało-czerwoni" już wcześniej stracili szanse na wyjście do fazy głównej turnieju.

PAP
MŚ piłkarzy ręcznych. Polska ratuje honor

Fot PAP/Adam Warżawa

Pesymiści, którzy przed mistrzostwami zapowiadali zacięty mecz z Japonią, okazali się realistami. Przynajmniej w pierwszej połowie. Dla większości kibiców piłki ręcznej nad Wisłą, którzy przez ostatnie dziesięć lat przyzwyczaili się do medali, walki, pasjonujących meczów, kłopoty w pojedynku z Japonią to rzecz niewyobrażalna. A jednak i z taką sytuacją przyszło nam się mierzyć.

Ale wiadomo, w jakiej sytuacji reprezentacja Polski jest. Dlatego pretensje o wynik można odłożyć, ale wymagać należy przynajmniej porządnego rozgrywania akcji. A z tym było różnie. Właściwie słabo. Ponieważ Japończycy do wysokich nie należą – tylko jeden zawodnik ma więcej niż 190 cm wzrostu – to naturalnym rozwiązaniem byłoby wykorzystywanie rzutów z drugiej linii.

„Biało-czerwoni”, z których aż 11 przekracza 190 cm, na pewno o tym wiedzieli, ale nie potrafili zrobić użytku. Jak w każdym z poprzednich trzech meczów na mundialu zdarzały im się banalne straty piłki, niedokładności i – to także już rutyna – marnowanie bardzo dobrej postawy bramkarza. Mecz z Japonią zaczął między słupkami Adam Morawski i odbił 10 rzutów ale po prawdzie, to tak z połowa ledwo do niego doleciała. Co nie zmienia nic z oceny, że był to bardzo dobry występ „Loczka”.

Polacy od początku grali anemicznie i niemrawo, trochę jak w starym kinie. Nie wykorzystywali swoich umiejętności, które mają prawdopodobnie większe niż Japończycy. Ani rzutu z drugiej linii nie udawało się porządnie wykonać Tomaszowi Gębali czy Piotrowi Chrapkowskiemu, o Rafale Przybylskim nie wspominając. Nie było współpracy z kołem, sporadycznie ze skrzydłem. Dlatego nie ma się co dziwić, że w pierwszej połowie prowadziliśmy tylko przez 10 minut – od 5-4 do 8-7. A tuż przed przerwą przegrywaliśmy nawet 8-11.

W drugiej połowie długo jeszcze Polacy się docierali, a Japończycy opadali z sił. Na szczęście starta nie była duża, jeden-dwa gole i wystarczyło choć odrobinę przyspieszyć, poprawić obronę, Morawski dołożył swoje i ze stanu 14-16 wyszliśmy na prowadzenie 18-14. Pomogły indywidualne wejścia – takie jakie robi najlepiej – Pawła Paczkowskiego, interwencje Morawskiego i dwie pewnie wykorzystane kontry przez Michała Daszka i Patryka Walczaka. Na środek rozegrania wyszedł Mateusz Jachlewski i radził sobie dobrze. Teraz biało-czerwoni mieli dwa trzy gole na swoją korzyść i wydawało się , że wreszcie kontrolują sytuację. I tak było aż do 52. minuty kiedy Japończycy odrobili straty i zdobyli kontaktowego gola. I znowu – jak za dawnych lat – mieliśmy horror w końcówce.

80 sekund przed końcem źle do koła podał piłkę Jachlewski i Japończycy do stali szansę na remis, której nie wykorzystali, bo rzut z drugiej linii obronił bohater polskiego zespołu Adam Morawski.

Wygrana z Japonią oznacza, że zespół zagra o miejsca 17-20 z piątą ekipą grupy B, czyli nie wiadomo na razie z kim. „Szansę” na zajęcie tej lokaty mają Islandia, Tunezja i Macedonia.

PODCASTY I GALERIE