Reportaż o uchodźcach na granicy litewsko-białoruskiej

Od początku 2021 roku na granicy litewsko-białoruskiej zatrzymano 1 577 cudzoziemców. Są to obywatele m.in. Iraku, Konga, Kamerunu, Gwinei i Iranu, których przywieziono na pas neutralny bezpośrednio z polecenia Alaksandra Łukaszenki. Jak twierdzą litewskie władze, w ostatnich miesiącach napływ uchodźców zwiększył się 20-krotnie. W kraju ogłoszono stan nadzwyczajny. Korespondent portalu „Wot Tak” udał się do punktu kontrolnego w Druskiennikach, aby na własne oczy zobaczyć, jak dziesiątki migrantów próbują nielegalnie przedostać się z Białorusi do UE.

belsat.eu
Reportaż o uchodźcach na granicy litewsko-białoruskiej

Fot. scanpix.lt/ Arnas Strumila

Przyjeżdżamy do Druskiennik, małego litewskiego miasteczka na południu Litwy, niedaleko granicy z Polską i Białorusią. Tutaj na pierwszy rzut oka nie widać, że trwa właśnie kryzys migracyjny: ludzie spacerują, odpoczywają, spieszą się do sklepów i do pracy. Wydaje się, że nie słyszeli niczego o problemie, który zamienił dość rutynową pracę lokalnych strażników granicznych w codzienne misje z pościgami i nocnymi patrolami.

– Macie szczęście – mówią po sprawdzeniu naszych dziennikarskich dokumentów w punkcie kontrolnym w Druskiennikach – będziecie pierwszymi dziennikarzami, którzy pojadą z nami na taką nocną przygodę.

Zaczęła się wieczorna zmiana, podczas której służbę pełnią nie tylko litewscy strażnicy, ale też niemieccy policjanci z Frontexu (Europejskiej Agencji Straży Granicznej i Przybrzeżnej). Proszą jednak o nierobienie im zdjęć. Ustawiamy się, pakujemy – wszystko to trwa około godziny. Wreszcie ruszamy. Naszymi przewodnikami są litewscy strażnicy Rokas i Evaldas (prosili, by nie podawać ich nazwisk).

Zadajemy naszym przewodnikom zasadnicze pytanie: jak ciężko jest teraz pracować?

– To, czy jest ciężko czy nie, zależy od sytuacji. Bywa, że po prostu trwa patrol i nie ma problemów. Ale teraz zdarza się, że musimy biegać i zatrzymywać – odpowiada Rokas. – Z psychologicznego punktu widzenia nie jest to trudne. To nasza praca. Ale przecież nie jesteśmy sami – pomagają nam wojska wewnętrzne i policja. Pracujemy razem i to dodaje nam sił.

Pierwszy przystanek robimy na punkcie granicznym. Tutaj wyrywkowo zatrzymywane są samochody, które przekraczają granicę. Jak zapewniają nasi przewodnicy, przemycenie nielegalnego imigranta w ten sposób jest praktycznie niemożliwe: wszystkie ciężarówki są sprawdzane.

– Nie macie ze sobą ciemniejszych ubrań? – strażnicy zadają nam dosyć sensowne pytanie i w tym momencie uświadamiamy sobie, że wraz z operatorem postąpiliśmy głupio ubierając się w biały podkoszulek i koszulę.

– Dobra, coś wymyślimy – uspokajają nas.

Po pół godziny już powoli jedziemy leśnymi ścieżkami, którymi codziennie chodzą migranci, przekraczający granicę z Białorusią. To właśnie tutaj, o różnych porach i z różną częstotliwością, ma miejsce większość zatrzymań. Kilka dni temu w tych miejscach, z żółtymi tablicami ostrzegawczymi na drzewach, zatrzymano ponad sto osób.

– Czasami jest to jedna mała grupa, po której zazwyczaj natychmiast pojawia się kolejna. Godzinę później jeszcze jedna. Wszystko zależy od tego, jak szybko się przemieszczają. Blokujemy konkretny obszar i czekamy na ich przybycie. Agresja ze strony nieproszonych gości zdarza się rzadko – mówi Evaldas. – Najczęściej sami się poddają. Kiedy widzą straż graniczną, przykucają i czekają, aż ktoś do nich podejdzie. Ale czasem trzeba ich gonić, łapać, szukać w lesie. A niektórzy stawiają opór, więc bywa, że trzeba oddać kilka strzałów ostrzegawczych w powietrze, użyć gazu pieprzowego i kajdanek.

– Zazwyczaj ludzie ci są dobrze ubrani – dodaje Rokas, który wyciągnął już noktowizor i przygląda się zaciemnionym miejscom w oddali. – Mają drogie ubrania, wyglądają schludnie, jeśli chodzi o telefony – bywają iPhony, choć nie sądzę, żeby były oryginalne, raczej to podróbki.

Wraz z nastaniem zmroku poziom niepokoju stopniowo wzrasta. Strażnicy dokładnie przeczesują leśne zarośla kamerami termowizyjnymi, w pewnym momencie odnajdują białą kurtkę. Najwyraźniej pozostawiono ją, by nie przyciągać uwagi litewskich funkcjonariuszy. Białoruska straż graniczna przepuszcza uchodźców bez problemów i nie reaguje na prośby o dokładniejsze pilnowanie granicy.

– Jeszcze do niedawna wystarczył jeden telefon, żeby rozwiązać każdy problem – mówi Rokas. – Na granicy w czasie patroli wymienialiśmy kilka słów, poruszaliśmy jakieś kwestie. Teraz strona białoruska zupełnie nas ignoruje. Milczą lub udają, że nas nie słyszą.

Około północy w lesie robi się zupełnie ciemno. Dostajemy ciemne kurtki i jesteśmy proszeni, by nie rozmawiać, nie włączać telefonów ani świateł kamer. Staramy się nawet oddychać cicho i wsłuchiwać się w ledwie wyczuwalne dźwięki, które zdradzają obecność człowieka w leśnej gęstwinie – trzask gałązek, szepty. W pewnym momencie rozlega się sygnał radiowy: zatrzymano uchodźców z Afryki. Jedziemy tam.

Z Afryki do Druskiennik

Z dużą prędkością suniemy przez leśne pagórki. W trakcie pościgu dostajemy wiadomość, że gdzieś zatrzymano jeszcze cztery osoby, a dwóch przeszło przez ogrodzenie i ruszyło w stronę zarośli. Już po dwóch minutach docieramy do miejsca zatrzymania: czterech chłopaków klęczy z rękami w górze.

Oczy jednego z nich, młodego chłopaka z tatuażami, napełniają się łzami. Stres, strach i długo oczekiwana ulga, że to już koniec – to wszystko widać w jego oczach. W odpowiedzi na moje pytanie, skąd pochodzi, mówi, że jest z Iraku, a bilet do Mińska kupił za 600 dolarów. Nie mogłem zadać im więcej pytań – może to zrobić tylko straż graniczna, status zatrzymanego nie pozwala migrantom na kontakt z dziennikarzami.

Chłopak z tatuażami od razu mówi, że ubiega się o azyl polityczny. Pozostała trójka oddaje swoje plecaki do sprawdzenia i łapczywie łyka wodę. Policja i druga grupa zajmują się wypełnianiem dokumentów, a my ruszamy szukać pozostałych.

Szukając lepszego życia

Po drodze pytamy o uchodźców naszych przewodników. Rokas i Evaldas mówią, że historie są różne. Niektórzy z zatrzymanych przyznają, że chcą znaleźć dobrą pracę, bo w ich ojczyźnie jest to prawie niemożliwe. Inni mówią, że studiowali w Grodnie lub Mińsku, ale w pewnym momencie zostali usunięci z uczelni lub znacznie podniesiono im czesne, co skłoniło ich do przyjazdu na Litwę w poszukiwaniu lepszego życia i możliwości kontynuacji studiów.

Przez chwilę patrolujemy drogę. Po nieoświetlonym odcinku drogi od czasu do czasu przejeżdżają samochody, a my znów wsłuchujemy się w ogłuszającą ciszę. Mija godzina, Rokas i Evaldas podbiegają do samochodu. Pada komenda: „Na miejsca!”

Mija jeszcze kilka minut, ostre hamowanie i wbiegamy w gąszcz, z którego dobiegają już głosy ludzi i światło latarek. Kolejnymi schwytanymi są dwaj mężczyźni z Afryki. Jeden z nich trzyma w ręku butelkę wody białoruskiej marki. Policjanci i strażnicy graniczni próbują zadawać pytania po angielsku, ale jeden z nich wciąż milczy, a drugi odpowiada po francusku.

– Jest pan studentem? Ile ma pan lat? Skąd pan jest? Co jest w plecaku?

Chłopak w białej kurtce pokazuje jakąś kartę, na której jest małe zdjęcie. Czynności na miejscu trwają kilka minut, następnie kierujemy się w stronę punktu kontrolnego. Po drodze robimy krótki postój, policjanci i strażnicy palą papierosy, a my widzimy przejeżdżający samochód z zatrzymanymi.

Poranek w punkcie kontrolnym

Jest godzina 7:30, w punkcie kontrolnym następuje rotacja zmian. Komendant punktu kontrolnego w Druskiennikach Andrius Beloručkinas podsumowuje wyniki ostatniej nocy: zatrzymano 10 migrantów, którzy nielegalnie przekroczyli białorusko-litewską granicę.

– W ostatnich dniach napływ migracji nieco się zmniejszył, ale nadal zatrzymujemy średnio około 30 osób każdego dnia – powiedział Andrius Beloručkinas. – Po zatrzymaniu wypełniamy dokumenty, migranci są odwożeni w różne miejsca, gdzie przechodzą dziesięciodniową kwarantannę. Następnie przydziela się ich do obozów migracyjnych, na przykład w mieście Podbrodzie, gdzie otrzymują tymczasowe zakwaterowanie do czasu podjęcia dalszych decyzji. Na granicy przebywają zazwyczaj tylko jeden dzień.

Komendant placówki potwierdza nasze przypuszczenia, że większość migrantów przekracza granicę bez żadnych dokumentów. Na pytanie, jak udało im się bez przeszkód przekroczyć białoruską granicę, udzielają wymijających odpowiedzi. Jeśli w ogóle odpowiadają.

Na początku miesiąca w związku z napływem migrantów Litwa wprowadziła stan wyjątkowy. Zastępca dowódcy Straży Granicznej Litwy Vydas Močaitis wyjaśnia, co to oznacza w praktyce.

– Po ogłoszeniu stanu wyjątkowego mamy możliwość zaangażowania wojsk wewnętrznych, zmotoryzowanych brygad strzeleckich i policji do patrolowania granicy, a także przeprowadzenia zamówień publicznych w ramach uproszczonej procedury.

Jak mówi Vydas Močaitis, w ciągu całego ubiegłego roku zatrzymano 74 osoby, które nielegalnie przekroczyły granicę litewską. W ciągu tego niepełnego roku już ponad półtora tysiąca (do rana 10 lipca liczba ta wynosiła 1577 osób, w tym 680 Irakijczyków, 200 mieszkańców Konga, 118 osób z Kamerunu, 82 z Gwinei i 68 z Iranu).

– Dlatego sytuacja jest wciąż trudna – przyznaje Močaitis. – Zajęto wszystkie miejsca w Podbrodziu, a jest ich 250 [obóz namiotowy w mieście Podbrodzie, gdzie znajduje się centrum migracyjne – belsat.eu.], a także hangary na granicy. Na ten moment jakoś sobie radzimy. Jak pokazuje praktyka, wśród tych, którzy imigrują przez Litwę, zostają u nas tylko Białorusini; obywatele państw trzecich (migranci z Afryki, Iraku, Iranu, Syrii) opuszczają nasz kraj i jadą w głąb Europy. Współpracujemy z ambasadami krajów, z których pochodzą ci obywatele; w przyszłym tygodniu nasza delegacja rządowa uda się do Turcji, Iranu i Grecji, aby omówić kryzys na miejscu.

Na pytanie, kiedy można spodziewać się zakończenia kryzysu migracyjnego, zastępca dowódcy powiedział, że jeśli Litwa miałaby jakiś kontakt ze stroną białoruską – to pytanie być może miałoby sens.

PODCASTY I GALERIE