Radczenko w Południowej Ameryce: Podróż warta swojej ceny

Santiago de Chile-Atacama-boliwijskie Altiplato-salar de Uyuni-La Paz-Cusko-Machu Picchu-Lima – to była chyba najtrudniejsza podróż, a odbyłem ich już w swoim życiu kilka. Przez blisko dwa tygodnie na wysokości 4 kilometrów, a często sięgającej pięciu, przy notorycznym wahaniu się temperatur od +22 w dzień do minusowych w nocy, w kurzu, brudzie i chaosie organizacyjnym.

Aleksander Radczenko
Radczenko w Południowej Ameryce: Podróż warta swojej ceny

Nie wiem co mam powiedzieć o Santiago de Chile, w którym wylądowałem po blisko 24 godzinach od wyjazdu z Wilna. Nie zrobiła chilijska stolica na mnie większego wrażenia. Starówka oszczędna, wypełniona mnóstwem przechodniów i sprzedawców, trochę przypomina Buenos Aires, ale Buenos jest bardziej zorganizowane i europejskie, a w Santiago czuć latynoskiego ducha chaosu, chociaż tak bardzo stara się być czymś spoza Ameryki Łacińskiej, strzelając w niebo szklanymi wieżowcami banków i firm ubezpieczeniowych.

Wszyscy mi mówili, że to brzydkie miasto na które nie warto poświęcać uwagi. Nie wierzyłem im. Teraz wierzę.

Atacama – deszcz spadł ponad 100 lat temu

Nie wiem dlaczego od dzieciństwa chciałem trafić do Atacamy. Fascynowało mnie to miejsce. Najbardziej suche miejsce na świecie, w niektórych jej miejscach ostatni raz deszcz spadł ponad 100 lat temu. Pustynia, o którą w XIX wieku toczyły między sobą krwawe wojny Chile, Peru i Boliwia.

Ostatecznie wraz ze swoimi niezliczonymi bogactwami naturalnymi (miedzią, złotem, srebrem, kobaltem, uranem i żelazem) przypadła Chile, a Boliwia straciła po przez utratę Atacamy dojście do morza. Ostatnio papież Franciszek obiecał prezydentowi Boliwii Evo Moralesowi, że będzie się starał u Chilijczyków wyprosić przynajmniej nieduże pasemko wybrzeża dla Boliwii, na co Chilijczycy odpowiedzieli to samo, co polscy polityczni katolicy na nauczanie Francisko w sprawie uchodźców: „Papież jest nieomylny tylko w kwestiach wiary.”

Z Santiago de Chile do Calamy

Przelot z Santiago de Chile do Calamy trwa około godziny i trafiamy z centrum może trochę chaotycznego, ale europejskiego miasta, w ktorym krzyżują sie wpływy indiańskie, hiszpańskie i… niemieckie, w samo centrum pustyni. Piasek, skały, piasek. Olbrzymie wąwozy i wydmy.

Porosty czerpiące wodę z mgły. Księżycowe pejzaże Doliny Śmierci i Doliny… Księżycowej, gejzery El Tatio, wysogórskie laguny Miniques i Miscanti powoli przyywczajają nas do wysokości i przyszłego piękna Boliwii.

Granica chilijsko-boliwijska – to cudo samo w sobie. Chilijski posterunek graniczny znajduje się na wyjeździe z małego, zaspanego i drogiego jak cholera San Pedro de Atacamy, boliwijski – dwa kilometry… wyżej, na wysokości 4 kilometrów na poziomem morza, już na boliwijskim Altiplato.

Tybet Ameryki Południowej

Altiplano – to taki Tybet Ameryki Południowej, surowa, położona wysoko w górach, płaska część zachodniej Boliwii, znana z niesamowitych pejzaży, zwłaszcza z największego na świecie solniska Salar de Uyuni. Prujemy landroverami przez bezdroża Altiplato, od jednej wysokogórskiej laguny ku drugiej. Każda jest inna, jedne są białe, drugie – niebieskie, trzecie – zielone lub czerwone. Z uwagi na glony je porastające, ze względu na skład wody. Brak tlenu i niskie ciśnienie atmosferyczne rozsadza mózg, wzrok zawęża się do jakiegoś tunelu, każdy krok wymaga nadzwyczajnego wysiłku. Może skorzystać z butli z tlenem? Nie jeszcze nie teraz. Pijemy wywar z liści koki, łykamy środki przeciwbólowe i idziemy, jedziemy, idziemy. Jeszcze jedno zdjęcie. Jeszcze jeden krok. Flamingi, lamy, viscache – podobne do królika, ale z długim ogonem, i wikunie.

Sol de Mañana – chyba najpiękniejszy obszar geotermiczny jaki widziałem. Wysokość – prawie 5 km. Potocznie mówi się o nim „gejzery”, ale oprócz jednego sykającego parą wodną, mamy tu całą masę gotującego się błota i oparów siarki wydobywających się z fumaroli. Istne piekło. Turyści bez problemów mogą poruszać się po całym terenie, opływać w kłęby pary i skakać między gotującym się błotem. Boliwijscy przewodnicy straszą opowieściami o Japonce, co też skakała, wpadła w jeden z gejzerów i ugotowała się za życia.


Większa niż Wileńszczyzna

Po obejrzeniu Arbol de Piedra – fantastycznych formacji skalnych, wyrzeźbionych przez wiatr, po drodze łapiemy „gumę” i przez godzinę napawamy się widokami zachodzącego Słońca, więc kończymy podróż już głęboko w nocy w miasteczku Uyuni.

Po południu ruszamy na Salar de Uyuni – słone wyschnięte jezioro o powierzchni ok. 12 tys. km2 czyli dużo większej niż cała Wileńszczyzna. Magiczne miejsce. Jego biel i jasność jest tak silna, że nie sposób patrzeć na nie bez przeciwsłonecznych okularów. Zdaje się być innym światem, jakby wokół nie było nic. Z jednej strony na horyzoncie jest pustka, z drugiej widnieją wulkaniczne szczyty. Albo miraże szczytów, gdyż często brakuje im podstaw. Biel solniska Uyuni odbija światło słoneczne w ciągu dnia, lecz nie pochłania jego ciepła, tuż po zmroku zamienia się w nieprzyjemnie zimne otoczenie. W przypadkach ekstremalnych wahania dobowych temperatur wynosi 70 stopni Celsjusza – od plus 40 do minus 30. Nie muszę chyba dodawać, ze tuż po zapadnięciu zmroku, pędząc przez solnisko, nasz landrover łapie… kolejną gumę. Zrezygnowany kierowca-Indianin śmieje się tylko: „Ok, ok, róbcie mi zdjęcia! Jestem pechowcem tysiąclecia!” Wymiana dwóch opon w jeepie będzie go kosztowała dużo więcej niż na nas zarobił za te dwa dni.

Na mnie jednak największe wrażenie w Uyuni robi nie solnisko, nie hotele zbudowane z wyciosanych bloków soli, nie trasa rajdu Paryż-Dakar, który teraz odbywa się właśnie w Boliwii (chociaż trzeba przyznać, że przyjemnie jest zrobić sobie fotkę w morzu flag uczestników rajdu, gdy masz świadomość, że to właśnie litewska wznosi się najwyżej) i nawet nie znajdująca się po środku solniska „wyspa” Incahuasi, pokryta lasem olbrzymich, nawet 9-metrowych kaktusów, tylko cmentarzysko… pociągów.

Na przełomie XIX/XX wieków Uyuni, które dziś jest zasypanym słonym kurzem i śmieciami sennym miasteczkiem, było prężnym ośrodkiem logistycznym, przez który transportowano na wybrzeże boliwijskie bogactwa naturalne. Linie kolejowe ścigały się ze sobą, sprowadzając na ten koniec świata najnowocześniejsze lokomotywy i wagony. Prosperity się skończyło wraz z Wielką Depresją i dziś porzucone lokomotywy i składy pociągowe piętrzą się na zarzuconym dworcu kolejowym na skraju solniska, na torach, które nie prowadzą już donikąd.

Sezon deszczowy bez deszczu

Prognozy pogody przed podróżą były niepocieszające – sezon deszczowy, a więc miało lać przez cały czas, a w czasie deszczu do Cementerio de Trenes podobno dotrzeć się nie da. W rzeczywistości lało może ze dwa razy. W Peru.

La Paz często nazywane jest najwyżej położoną stolicą na świecie – co, w rzeczywistości, jest błędem. Co prawda ta ponad dwumilionowa aglomeracja jest siedzibą rządu i prezydenta (a może dyktatora, biorąc pod uwagę, że Evo Morales przedłuża sobie co kilka lat kadencje z „wdziękiem” Aleksandra Łukaszenki?) Boliwii to zgodnie z konstytucją stolicą jest Sucre, które akurat Evo nie lubi bardzo. La Paz, położone w Andach Środkowych, rozciągające się na wysokości od 3600 do 4100 metrów, nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Z jednej strony piękne, klimatyczne miasto, z drugiej – totalna, typowa dla Boliwii rozpierducha, w której każdy się kręci jak może. Jedni – kradną, drudzy – oszukują, trzeci – handlują czymś się da. Olbrzymie, dwumilionowe Gariunai.

Podobnie nie zrobiło na mnie większego wrażenia i najwyżej położone, żeglowne jezioro na świecie – Titicaca. Być może akurat dlatego, że podczas przebywania nad nim dopadło mnie tzw. przekleństwo Inki i się rozchorowałem. Od niepamiętnych czasów nad brzegami Titicaci mieszkało plemię Indian Uros. Tacy trochę Cyganie Ameryki Południowej. Nawet Inkom nie udało się zmusić ich do pracy.

Cusko – najpiękniejsze miasto na świecie

Dopiero Hiszpanie, którzy podbili te tereny w XVI wieku wysłali wszystkich Uros, którzy z braku pracy nie mieli kasy na zapłacenie podatków, do pracy w kopalniach srebra w boliwijskim Potosi. Skończyło się to prawie wymarciem całego ludu. Z pracy pod ziemią wrócił zaledwie co dziesiąty Uros. Ci, którzy przetrwali, zdecydowali… osiedlić się na jeziorze. Pobudowali z obficie porastającej jTiticacę trzciny totora pływające wyspy i uciekli przed płaceniem podatków białym ludziom i śmiercionośną pracą w kopalni. Dziś wyspy Uros – to już tylko atrakcja turystyczna. Większość Indian Uros na co dzień mieszka w pobliskim peruwiańskim mieście Puno, zaś na wyspy przybywa każdego ranka, aby bawić turystów barwnymi strojami, opowiadaniami, piosenkami i sprzedawać im pamiątki.

Peruwiańskie Cusko – to według mnie jedno z najpiękniejszych miast na świecie. Była stolica Państwa Inków położona w dolinie Andów, otoczona malowniczymi szczytami. W centralnej części miasta znajduje się plac przez znawców architektury pokolonialnej Ameryki Południowej uznawany za najpiękniejszy plac Ameryki Południowej. Wąskie uliczki, wybudowane na ruinach inkaskich świątyń i pałaców liczne kościoły i klasztory, a wśród nich La Compañia de Jesús, uważany za najpiękniejszy z latynoamerykańskich kościołów. Można po tym mieście błądzić bez końca. Poza tym Cusko bądź Cuzco jest także bazą wypadową dla wszystkich udających się na słynne ruiny zaginionego miasta Machu Picchu.

Machu Picchu – coś nowego

No właśnie – Machu Picchu. Zawsze wiedziałem, że kiedyś tam się wybiorę. Jedynie nie wiedziałem, czego się po nim spodziewać. Wydawało mi się, że będzie podobne do zaginionych miast Azteków i Majów, które widziałem w Meksyku. Nic bardziej mylnego! Już wsiadając do pociągu w Ollantaytambo i widząc dookoła zaśnieżone szczyty andyjskich sześciotysięczników, wiedziałem, że to będzie coś nowego i niezwykłego. I tak też było. Olbrzymie, zajmujące blisko 32 tysiące hektarów (sic!) kamienne miasto z prawie 170 budynków zbudowanych z idealnie ociosanych kamieni, których waga dochodzi nawet do 50 ton. Do dzisiaj nie bardzo wiadomo, czemu miało służyć. Prace Inków nad Machu Picchu trwały od połowy XV wieku i zostały przerwane… na krótko przed przybyciem Francisca Pizarra i jego konkwistadorów. Z jakiegoś nieznanego powodu, obiekt ten został opuszczony. Być może zresztą właśnie dlatego tak doskonale się zachował, aż do roku 1911, gdy odkrył go pierwowzór spielbergowskiego Indiany Jonesa amerykański archeolog i poszukiwacz przygód Hiram Bingham III.

Podróż warta swojej ceny

Ta moja podróż zdarzyła się trochę nieoczekiwanie, planowałem początkowo wypad do Ameryki Środkowej i w ostatniej chwili musiałem go odwołać i udać się nieco dalej na południe. Do ostatniej chwili nie byłem pewien, czy to dobra decyzja. Gdy jednak leciałem z Paryża do Santiago de Chile obok mnie siedziała stara Chinka z książką „Ciotka Julia i skryba” Mario Vargasa Llosy i wtedy poczułem, że to będzie podróż warta swojej ceny.

Bo moja podróż przez zachodnie wybrzeże Ameryki Południowej kończyła się w Limie. Mieście mojego ulubionego pisarza. Wędrując ulicami Limy czułem się jak u siebie w domu, pamiętając je z kartek „Miasta i psów” czy właśnie
„Ciotki Julii i skryby”… Moim zdaniem Lima – to jedna z najpiękniejszych stolic na świecie. I najniebezpieczniejszych. Domki w bogatej dzielnicy Miraflores, w której znajdował się nasz hotel, wszystkie otoczone wysokimi płotami, czasami nawet z drutem kolczastym. Ale z drugiej strony – piękna starówka, kościoły, pałace, zabytkowe dworce, Plaza de Armas.

„No to dokąd się teraz wybierasz?” – pytali moi towarzysze podróży na lotnisku w Limie. Nie wiedziałem co im odpowiedzieć. Nigdzie się nie wybieram. Wszystkie miejsca, które tak bardzo, bardzo chciałem zobaczyć – zobaczyłem, wypróbowałem siebie w różnych sytuacjach i czuje się – przynajmniej w sensie podróżniczym – całkowicie spełniony. Może już wkrótce to mi przejdzie. Pewnie przejdzie…

PODCASTY I GALERIE