Rozmaitości
Aleksander Radczenko

Radczenko w Etiopii: Nędza, tysiąc lat historii, piękna przyroda

W górach Siemen rozbiłem fotoaparat, mój bagaż zagubił się w Addis Abebie, w dwie godziny po powrocie do Wilna wylądowałem na stole operacyjnym z powodu małego zadraśnięcia, którego nabawiłem się w Jince. Nie była więc to najbardziej udana z moich podróży i nie wiem, czy bardziej Etiopię nienawidzę czy jednak kocham. Etiopia bowiem to z jednej strony nędza i brud, a z drugiej – kilka tysięcy lat historii, piękna przyroda i najpiękniejsze kobiety w Afryce.

Podróżowanie po Etiopii jest jak jazda etiopskimi drogami. Nieważne czy droga jest szutrowa, czy asfaltowana, gładka czy pełna kolein i dziur – prędkość nigdy nie przekracza 50 km/h, gdyż non stop się spotyka na drodze kozy, owce, krowy, tłumy mieszkańców przemieszczające się środkiem jezdni tam i z powrotem. Po zachodzie słońca na etiopską drogę wyjeżdżają tylko najodważniejsi kierowcy, odurzeni khatem, gdyż o wypadek jest dużo łatwiej niż w dzień (tłumy ludzi i bydła nie znikają z szosy nawet w nocy), a w przypadku potrącenia według etiopskiego prawa zawsze odpowiada kierowca.

Wilniuk na sześciu kontynentach

Addis Abebe – gigantyczny targ

A więc z podróżowaniem jest podobnie. Gdziekolwiek jesteś – w mieście, wiosce czy bezludnym buszu – towarzyszy ci tłum ciekawskich okolicznych mieszkańców. Nawet w środku buszu nie da się odlać bez towarzystwa. Towarzyszy ci notoryczne „hello, hello” i „You, you, you”. Gdy jedziesz jeepem – wioski wylegują, żeby ci się przyjrzeć i przywitać. Dorośli ci się tylko przyglądają, dzieciaki próbują wyprosić pieniądze lub słodycze. Gdy ktoś zaczyna rozdawać cukierki – dochodzi między nimi do bójek w ramach których pobić mogą i rozdającego…

Jak absolutna większość niezbyt licznych turystów odwiedzających Abisynię, wylądowałem – w samym środku afrykańskiej nocy – w jej stolicy Addis Abebie. Addis robi wrażenie olbrzymiej… wsi. Zresztą jak prawie wszystkie etiopskie miasta. Poza centrum, które ma trochę wieżowców w dubajskim stylu, reszta miasta to dzielnice albo domów wielomieszkaniowych, albo slumsów, szutrowe ulice bez nazw i numerów zasypane śmieciami i sprzedawcami ulicznymi. Miasto liczy (władze nie są pewne) od 4 do 9 milionów mieszkańców! Kilka kościołów, żałosne Muzeum Narodowe, w którym znajduje się plastykowa replika szkieletu słynnej Lucy, proto-matki ludzkości (jej szacowany wiek to 3,5 miliona lat) oraz, oczywiście, Mercato – największy w Afryce targ pod gołym niebem. Zresztą całe Addis – to jeden gigantyczny targ. Jak większość etiopskich miast…

Ósmy cud świata

Godzinowy lot z Addis Ethiopian Airlines, jednymi z najlepszych linii lotniczych w Afryce, i jesteśmy w Lalibeli. To chyba najsłynniejsze etiopskie miasto, nazywane ósmym cudem świata ze względu na wykutych w jego skałach 11 kościołów. Podobno król rządzący Etiopią w XII w. we śnie otrzymał rozkaz, aby wykuć w ścianach skalnych miejsce podobne do Jerozolimy, żeby miejscowa ludność nie musiała już pielgrzymować. Największe wrażenie wywarł na mnie kościół Św. Jerzego, reszta jakoś zbyt przypomina prymitywniejszą wersję Petry, ale przejście kilkudziesięciometrowym tunelem z jednego kościoła do drugiego, w absolutnej ciemności — to rzeczywiście niezwykłe doświadczenie.

Kolejny krótki lot i jesteśmy w Gondarze. Obok Lalibeli to chyba najczęściej odwiedzane miejsce w Etiopii, ze względu na XVI-wieczny murowany zamek z zębatymi murami, wieżami i wielkimi dziedzińcami. Takiej budowli nie znajdziemy nigdzie w Afryce na południe od Sahary, bo jest wybudowana w… portugalskim stylu. Poza tym Gondar – to doskonały punkt wypadowy w góry Semien, które są nazywane są Tybetem Afryki. Wygasłe wulkany, kaniony oraz ostre szczyty. A przede wszystkim trawożerne małpy gelady, których nie spotkacie nigdzie indziej na świecie. Zwane też małpami z „krwawiącym sercem“.

Piękni i dumni

Błękitny Nil wypływa z etiopskiego jeziora Tana, tuż obok miasta Bahir Dar. Nie robi większego wrażenia, ale z pięknego, palmowego Bahir Daru ruszamy do koptyjskich monastyrów rozsianych po wysepkach na gigantycznym jeziorze. Po Lalibeli monastyry nie wywierają większego wrażenia. Są dość podobne, więc wystarczy zwiedzenie kilku (ja byłem w trzech z 27), aby wyrobić sobie o nich zdanie.

Ale przede wszystkim Etiopia – to przyroda, przyroda, przyroda… Akacjowce, zachodzące słońce, kamienisty, górzysty teren, biegające małpy, pelikany, marabuty, gdzieś w oddali – zebry i antylopy. W jeziorach – hipopotamy (w jeziorze Cham udało mi się „upolować“ ich piątkę, z tego jeden wynurzył się w dwóch-trzech metrach od naszej łodzi (dawka adrenaliny była spora – z „rąk“ hipopotamów ginie w Afryce więcej ludzi niż od kłów lwów czy nóg słoni)).

A poza tym ludzie. Największe plemię to Amharowie. Dumni, piękni, nawet, gdy domagają się od Ciebie pieniędzy czy próbują sprzedać Ci jakieś nędzne rękodzieło – robią to w tak dystyngowany sposób, iż czujesz, że to nie oni żebrzą o jałmużnę, tylko ty jesteś im tę kasę dłużny. I afrykańskie plemiona zamieszkujące okolice rzeki Omo.

Skanseny dla turystów

Dolina Omo – wyżłobiony przez rzekę skrawek lądu na południu Etiopii, nad granicą z Kenią. Spalona afrykańskim słońcem górzysta półpustynia zamieszkana przez dwadzieścia kilka plemion. Miejsce to szybko zanika i niedługo straci swój dziki charakter. Większość plemion (jak np. Ari czy Konso) jest już dziś ucywilizowana, obok swoich wiosek budują skanseny dla turystów, w których pokazują jak się mieszkało przed kilkudziesięcioma lat, wypiekało chleb na węglach czy pędziło się bimber z podręcznych materiałów. Ale wciąż jeszcze są tu plemiona, które mieszkają tak jak i przodkowie przed 100, 200, 500 czy 1000 laty — w krytych słomą szałasach.

Najpierw dotarliśmy do małej wioseczki plemienia Dassanech, niedaleko Omorate. Pomimo bliskości rzeki, tereny na których żyją mają charakter niemal pustynny, uprawa roli jest bardzo trudna i pracochłonna. Więc Dassanech żyją w brudzie i nędzy, tocząc niekończące się wojny z sąsiadami, którym podkradają bydło. Brud i nędza — to zresztą cecha charakterystyczna całej Etiopii, próbującej mimo to odgrywać rolę regionalnego mocarstwa…

Nad rzeką Omo miejscowi przeprawiają chętnych do wioski Dassanech na drugą stronę charakterystycznymi „dłubankami”, bardzo chybotliwymi, w których siedzi się nisko, niemal na poziomie wody. Ja skorzystałem, ale o wiele prościej dostać się do wioski jeepem przez leżący w pobliżu nowy most.

Weszliśmy przez wąską bramę na teren wioski i natychmiast zostaliśmy otoczeni przez coraz większą grupę dzieci i kobiet. Za każde zdjęcie trzeba zapłacić 5 birrów czyli mniej więcej równowartość 15 eurocentów. Robimy zdjęcia, rozdajemy birry. Kobiety z naszej grupy rozdają słodycze, bo przecież „te dzieci są takie miłe”. Dzieci połykają czekoladki i karamelki i już za chwilę… wymiotują. I znów proszą o następne…

Do wsi plemienia Hamer, które wyróżnia się charakterystycznymi fryzurami swoich kobiet, szliśmy pieszo. Z powodu niespodziewanych w porze suchej deszczów rzeka Omo się rozlała nieco i nasi kierowcy odmówili jej sforsowania w bród, mimo iż wody było po kostkę. Musieliśmy więc najpierw samodzielnie przeprawić się przez rzekę, a potem w ślad za lokalnym przewodnikiem odbyć trzykilometrowy marsz w palącym słońcu. Było warto, bo trafiliśmy na ceremonię skakania przez byki. Gdy mężczyzna z plemienia Hamer chce znaleźć sobie żonę, musi najpierw przejść po grzbietach ustawionych w rzędzie byków – trzy razy z rzędu.

Skakanie poprzedza inna ceremonia. Otóż wszystkie kobiety z rodziny wchodzącego w dorosłość chłopaka muszą zostać… wychłostane. Przed rytuałem przywiązują do nóg metalowe dzwonki i tańcząc oraz chodząc w kółko śpiewają pieśni dla swojego brata. Gdy pojawiają się mężczyźni, kobiety z rózgami biegną do nich prosząc o to, aby to właśnie je wybatożyli. Każda blizna zwiększa prestiż. Kobiety z czasem wpadają w amok, szał, zaczynają walczyć między sobą o to, która z nich ma zostać wychłostana, a gdy chłostane są za słabo – natarczywie proszą o więcej.
Po zakończeniu tej części ceremonii przechodzi się w głąb buszu, gdzie chłopak błogosławiony jest przez mężczyzn swojego plemienia, a byki gromadzone są w jednym rzędzie. Kobiety głośno zawodzą, byki biją się między sobą. Panuje totalny chaos, a nagi chłopiec przebiega po grzbietach zwierząt w tę i z powrotem kilka razy, wkraczając w ten sposób w dorosłość.

Smaczne, ale mętne

Najbardziej nieprzyjaznym oraz najpopularniejszym wśród turystów plemieniem Doliny Omo są Mursi, którzy słyną z glinianych dysków, które ich kobiety wkładają sobie w wargi. Muszę przyznać, że wydaje mi się, że dziś już coraz częściej wkładają wyłącznie na potrzeby rozrywki turystów i zarobienia standardowych 5 birrów za zdjęcie niż autentycznej tradycji czy potrzeby. Mursi są nachalni i nieprzyjemni, a wieczorami – gdy się upiją – mogą robić się wręcz agresywni. Nie da się z nimi nawiązać żadnego kontaktu, poza tym, że karzą płacić sobie za zdjęcia. Poza tym pełno w ich wioskach nie tylko dzid, ale i AK-47. Bo u Mursich młodzi chłopcy, aby się ożenić muszą zapłacić rodzinie panny młodej posag – kilkadziesiąt krów oraz… kałasznikowa.

W lodge na granicy etiopsko-kenijskiej znalazłem fotoksiążkę zatytułowaną „Boutique Ethiopia”. Początkowo się roześmiałem. Ale po namyśle stwierdziłem, że jest w tej metaforze jakiś sens. Etiopia rzeczywiście jest jak boutique. Tylko nie jest to boutique paryski, tylko tradycyjny afrykański sklepik w którym pod warstwą śmieci, kurzu i złomu można odkryć i mydło, i powidło. Albo jest jak etiopski chleb – injera. Miękki, duży i kwaśny. Początkowo zaskakuje, potem wywołuje retorsje, ale z czasem się do niego przyzwyczajasz i z lokalnymi sosami jest wręcz niezamienialny. Albo jak tej – popularne w Etiopii miodowe piwo domowej roboty: smaczne, ale mętne…

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!