Rozmaitości
Aleksander Radczenko

Radczenko na Palau: Tam, gdzie diabeł mówi dzień dobry

„Jaki jest ostateczny punkt Pańskiej podróży?” – zapytano mnie na lotnisku w Kopenhadze. „Koror” – odparłem. „Koror?” „Koror na Palau”. Po kilku minutach szperania w komputerze dziewczyna z uśmiechem potwierdziła, że rzeczywiście i Koror, i Palau istnieją. „Ale po co Pan tam leci???”.

Tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, oznacza miejsce, które znajduje się bardzo, ale to bardzo daleko. W przypadku wysp na Dalekim Wschodzie (gdzie słońce wstaje i dzień rozpoczyna się najwcześniej) powiedzonko to powinno jednak ulec pewnej modyfikacji i brzmieć: tam, gdzie diabeł mówi dzień dobry.

Dlaczego Palau?

Przynajmniej tak uważali amerykańscy żołnierze, którzy musieli szturmować we wrześniu 1944 roku wyspę Peleliu w archipelagu Palau. Inwazja miała potrwać 4 dni. Trwała 2,5 miesiąca, kosztowała tysiące zabitych Amerykanów i Japończyków. Od dawna chciałem miejsce tej nieco zapomnianej krwawej bitwy zobaczyć. Poza tym na należących do Palau Wyspach Skalistych (Rock Islands) znajduje się jedyne na świecie jezioro-laguna, w którym mieszkają meduzy, które nie parzą. Kusiła mnie kąpiel w otoczeniu tych stworzonek. I tak ogólnie od czasów szkolnych, gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę „Belau” (jak nazywaja swój kraj Palauanie), w której slychać szum palmowych liści na wietrze i morskich fal uderzających o koralową rafę, marzyłem o odwiedzeniu tego miejsca. „Opowieści Mórz Południowych” Jacka Londona zawsze były jedną z moich ulubionych lektur. I oto przed paroma miesiącami przypadkowo trafiłem na bilety lotnicze na Palau za jedyne 300 euro. Decyzję należało podjąć natychmiast. I tylko jedna decyzja była możliwa: lecę!

Tani lot oznaczał, że lecieć będę długo. Przez Kopenhagę, Dohę i Seul. Trzy dni w jedną strone, trzy dni z powrotem. Ostatecznie wyszło mi to na dobre. Bo przy okazji odwiedziłem miejsca, w których jeszcze nie byłem: Danię, południową Szwecję, Katar oraz Południową Koreę. Gdy w środku nocy nareszcie wylądowałem na niedużym lotnisku na wyspie Babeldaob, buchnęło we mnie tropikalnym żarem i wilgotnym, nasyconym zapachem dżungli powietrzem…

Koror – jedyne miasto Palau

Następnego dnia postanowiłem ruszyć na zwiedzanie największego (i w zasadzie jedynego) miasta Palau, czyli wspomnianego już nieco wyżej Kororu. Ogółem Palau liczy z 21 tysięcy mieszkańców. „Tylko że prawdziwych Palauan – to co najwyżej z 12 tysięcy będzie. Reszta to Filipińczycy i Chińczycy, którzy przyjechali tu, żeby zabierać nam pracę” – opowiadał mi Max, który niezbyt udanie próbował służyć za przewodnika. Nie zgodził się z nim pochodzący z Filipin Arturo, który mnie podwiózł z lotniska do hotelu. „Palauanie są po prostu zbyt leniwi i roszczeniowi. Chcą pracować tylko na stanowiskach rządowych, w policji. We wszystkich fizycznych pracach wyręczamy ich my, a w handlu – Chińczycy” – twierdził Arturo. Prawdopodobnie prawda tkwi gdzieś pośrodku. Bo obok Palauan, Filipińczyków i Chińczyków jest na wyspach jeszcze i spora gromadka wychodźców z Bangladeszu.

Palau jest krajem zamożnym, ceny są tu sporo wyższe niż na Litwie, ale na szczęście o wiele niższe niż np. w pobliskiej Australii. Zamożność jednak nie rzuca się w oczy. Ludzie są przyjaźni i skromni, a wypasiona bryka to jedyny luksus (nie licząc prywatnych plaż w spektakularnych miejscach), na który lokalni bogacze sobie pozwalają, żeby się wyróżnić z tłumu. Koror mieści się na kilku wysepkach połączonych między sobą mostami lub nasypami. Nie jest miastem ładnym, większość budynków ma charakter stricte użytkowy. Kilka starszych budynkow, pamiętających japońskie czasy kolonialne, również szczególną urodą nie grzeszy. Koror – to pajęczyna bezimiennych ulic i uliczek, tylko jedna z nich, biegnąca środkiem miasta, przy której mieszczą się wszystkie banki, większe hotele i supermarkety, ma nazwę. Nazwę zgodną z pragmatycznym podejściem Palauan do życia: Main Road. Główna droga. Przy Main Road mieszczą się i praktycznie wszystkie liczące się restauracje Palau, serwujące dania kuchni chińskiej, japońskiej oraz burgery. Aby skosztować lokalnych potraw z ryby, taro i tapioki warto wybrać się na specjalną wycieczkę do pobliskiego stanu Airai.

Palau bowiem składa się z 16 stanów, każdy z nich ma nie tylko własne samochodowe tablice rejestracyjne, ale i gubernatora oraz parlament, każdy ze stanów wybiera też przedstawicieli do narodowego, dwuizbowego parlamentu, a raz na 4 lata wszyscy obywatele wybierają sobie prezydenta. Niektóre stany Palau liczą zaledwie 200 mieszkańców, gdyż blisko 80 proc. mieszkańców tego państewka mieszka w stanie i mieście Koror, które posiada nie tylko budynek lokalnych władz (Kapitol), centrum kultury, ale nawet akwarium i dwa muzea, w tym narodowe. W tym ostatnim dowiedziałem się kilku interesujących faktów o Palau.

Brak armii, partii i złodziei

W 1543 wyprawa, którą dowodził Ruy López de Villalobos, odkryła wyspy i nadała im nazwę Los Palaos. Przy okazji Hiszpanie zaanektowali wystające z wody zielone „pałace” dla Madrytu, jednak na wyspach nie wylądowali. Biały człowiek pojawil się na Palau dopiero w 1783 roku, gdy brytyjski kapitan Henry Wilson rozbił swój statek na okolicznej rafie. W 1899 roku Hiszpanie odsprzedali wyspy Niemcom. Po I wojnie światowej Palau przeszło w ręce Japończyków, zaś w wyniku II wojny światowej w 1944 wyspy zostały zajęte przez Stany Zjednoczone. I to Amerykanie rozpoczęli proces przygotowywania mieszkańców wysp do ogłoszenia pełnej niezależności, które to nastąpiła 1 października 1994 roku. Nadal jednak USA są odpowiedzialne za obronę Palau i w dużym stopniu za politykę zagraniczną. W zamian za tę częściową rezygnację z suwerenności Amerykanie wypłacają Palauanom co roku hojną dotację, która stanowi 60 proc. narodowego budżetu Palau.

Palau nie posiada długu zagranicznego, armii, nie ma tu złodziei oraz partii politycznych (możliwe, że jedno jest w jakiś sposób powiązane z drugim), walutą jest dolar USA. Co roku przybywa tu około 100 tysięcy turystów (w księdze pamiątkowej Muzeum Narodowego widziałem obk japońskich, chińskich i amerykańskich wpisy Polaków, Rosjan, Hindusów, a nawet jednego Łotysza, ale „litewski“ pojawił się dopiero za moją sprawą), bo Palau od lat z lekkiej ręki Jacquesa-Yvesa Cousteau uchodzi za raj dla miłośników nurkowania.

Pływając z meduzami

Kilkadziesiąt skalistych wysepek należących do archipelagu Rock Islands są największą atrakcją Palau. Wyglądają jak garść szmaragdów rozrzuconych po oceanie lub jak zielone grzyby wystające kapeluszami ponad wodę. Można je zwiedzić tylko wykupując jedną z wycieczek kutrami. Ceny zaczynają się od stu dolarów. Do tego jeszcze trzeba doliczyć kosztujące sto dolarów zezwolenie na wejście na teren parku narodowego, jakim są Rock Islands. Tak na marginesie na Palau płaci się często. Chcesz popłynąć na tę lub inną wyspę – płać, zobaczyć wodospad lub ruiny latarni morskiej – oddaj haracz lokalnemu budżetowi.

Zwiedzałem te zielone oceaniczne grzyby z pokładu łodzi, w towarzystwie trzech Filipinek. Pierwszym odwiedzonym przez nas miejscem była baśniowo piękna laguna Milky Way z białym mułem na dnie. Muł podobno ma właściwości lecznicze, więc czym szybciej się nim wysmarowaliśmy i zaczęliśmy przypominać … zombie. Skok do cieplutkiego oceanu, pierwsza w moim życiu (niezbyt udana) lekcja snorkelingu, i płyniemy dalej, co chwilę pstrykając… fotkę kolejnego „grzyba”.

Na tle innych atolów wyspa Eil Malk (Mecherchar) pozornie nie wyróżnia się niczym nadzwyczajnym – piękna laguna z turkusową wodą w otoczeniu tropikalnego lasu. Kryje jednak prawdziwy klejnot – jezioro Ongeim’l Tketau. Po zejściu na ląd obowiązkowa, choć niezbyt staranna procedura omycia ciała z toksycznych kremów przeciwsłonecznych (a propos Palau jest pierwszym krajem na świecie, który zakazał używania kremów o sztucznym skladzie), potem kilkuminutowy spacer stromą kamienistą dróżką przez las, na którego końcu słone jezioro.

Wkładam płetwy, maskę i rurkę do nurkowania. Źle dopasowana maska przecieka, więc notorycznie muszę ją zdejmować, żeby wypluć wodę i przepłukać, ale wszystkie te niedogodności równoważą… meduzy. Im dalej od brzegu odpływamy, tym więcej tych różowych i żółtawych stworzeń zaczyna się pojawiać. I wkrótce pływam już w ich gąszczu, zawieszony w przejrzystej tafli jeziora czuję się jak kosmonauta w otoczeniu kolorowych galaktyk. Wstrzymuję oddech i ruchy. Meduzy zaczynają zbliżać się, delikatnie dotykając mnie. Tak, tak, miliony meduz w jeziorze wskutek braku naturalnych wrogów straciły swoje parzące zdolności, tak że można z nimi pływać i je dotykać bez żadnego uszczerbku na zdrowiu.

Na drodze powrotnej do Koror zahaczamy jeszcze o Long Beach – piękną długą plażę oraz wskakujemy jeszcze raz do wody obserwować rafę i jej mieszkańców. Rafy są tutaj wielokolorowe i różnorakie, i w porównaniu do innych miejsc, raczej z większymi rybami… no i rekinami. Co prawda tych ostatnich zauważyłem dopiero po wyjściu z wody. Podobnie jak i kilku krokodylów w jeziorze z meduzami.

Stolica z plastiku

Babeldaob – to największa i najbardziej górzysta wyspa Palau. Zwiedzałem ją w towarzystwie milczącego kierowcy i niewiele więcej gadającego przewodnika Maxa. Główna droga była niemal pusta. Od czasu do czasu wyprzedzaliśmy pojedyncze samochody, jadące z przepisową na Palau prędkością 25 mil na godzinę. Tu nikomu się nigdzie nie spieszy, więc jest czas na widoki. Obie strony jezdni porasta majestatyczna dżungla, wysmukle palmy i bujne tropikalne kwiaty.

Najpierw trafiam do stanu Airai, w którym znajduje się jeden z najstarszych baiów. Bai – to pięknie udekorowany dom, kryty palmowymi liśćmi, służący wodzom wsi (do dnia dzisiejszego odgrywają ważną rolę w zarządzaniu państwem) jako miejsce narad. Podobno niegdyś baiów było na Babeldaob nawet 100, do dzisiaj zachowały się jednak tylko dwa. A ten z Airai jest najstarszy, najokazalszy i nadal jest zarezerwowany tylko dla mężczyzn. Kobiety mogą wstąpić do baiu tylko za zgodą wodza. Jak dotychczas w historii Palau takie pozwolenie uzyskała tylko jedna pani – prezydent zaprzyjaźnionego Tajwanu.

O wiele większe wrażenie jednak na mnie robi Ngerulmud. Nowa stolica Palau. Wybudowano ją w 2006 roku w dżungli nad brzegiem oceanu i przeniesiono tu wszystkie najważniejsze urzędy z Koror w celu dania impulsu do rozwoju interioru Babeldaob. Plan chyba nie wypalił, bo poza budynkami rządowymi innych zabudowań w Ngerulmud nie zauważyłem. Ale budynki robią piorunujące wrażenie. Oto z tropikalnego lasu wynurza się kopia waszyngtońskiego Białego Domu! A za nim budynek Sądu Najwyższego, rządu. I wszystko to zrobione… z plastiku.

Dojeżdżamy do północnego krańca wyspy, do prastarych kamiennych monolitów, których budowniczowie dotychczas nie zostali wiarygodnie ustaleni. Niektóre mają ludzkie twarze, prawdopodobnie to prastarzy bogowie. „Bóg bez połowy mózgu” – śmieje się Max wskazując na jeden z posągów z odłamanym kawałkiem górnej części. No i na koniec wycieczki — 37-metrowy, największy w Mikronezji, wodospad Ngardmau. Znajduje się w głębi kanionu, do którego można się dostać tylko pieszo, pokonując najpierw stromą ścieżkę przez dżunglę, a następnie skaliste i cholernie śliskie koryto rzeki. „Od dawna nie było deszczu, więc wodospad jest mniej spektakularny niż zazwyczaj” – narzeka Max. Ciekawie, gdyby deszcze lały, jakim cudem dotarlibyśmy do niego korytem wzburzonej rzeki? Max uśmiecha się: „Coś byśmy wymyślili!” To główna zasada Palau: Nie przejmuj się problemem, który jeszcze nie nastąpił.

Rdzawe echa wojny na wyspie Peleliu

Załatwienie wycieczki na Rock Islands czy objazdówki po Babeldaob było najłatwiejszą częścią mojej podróży po Palau. Wszyscy w Koror takie wycieczki bowiem oferują. Chciałem jednak obowiązkowo dotrzeć także na wyspę Peleliu. Jeszcze w Wilnie napisałem do wszystkich lokalnych operatorów turystycznych w tej sprawie, odezwała się tylko firma Impac. Organizuje co prawda wycieczki dla turystów z Japonii, ale zaproponowała, że wynajmie specjalnie dla mnie angielskojęzycznego przewodnika, jeśli dopłacę dodatkowych 37 dolarów. Ostatecznie zapłaciłem nieco mniej, bo podzieliśmy się tymi kosztami z parą turystów z Niemiec. I tak zwiedzaliśmy Peleliu we trójkę z osobistym przewodnikiem Marchą.

Peleliu słynie z licznych resztek sprzętu wojskowego, pokrywających się rdzą w dżungli. Tu wrak podbitego czołgu Sherman, tam – amerykańskiej amfibii, po środku drogi – rdzewieje japoński czołg, a na poboczu – resztki lekkiego japońskiego myśliwca Zero, zaś w jaskini – działko artyleryjskie. Była japońska elektrownia porośnięta dżunglą, rozsypujący się ośrodek japońskiego dowództwa, którego bunkier do dzisiaj służy lokalsom osłoną przed tajfunami. Wybudowany przez Japończyków pas startowy nawet dziś przyjmuje czasami nieduże awionetki z Koror. Marcha sprawną ręką prowadzi nas zawiłymi ścieżkami wśród tropikalnej roślinności pokrywającej niemal całą wyspę i równie zawiłymi dróżkami historii bitwy o Peleliu.

Do dziś historycy wojskowości toczą zażarte spory, czy desant Amerykanów na Peleliu 15 września 1944 roku był niezbędny. Na pewno był cholernie trudny. Na okolicznych rafach uszkodzeniu uległa znaczna część sprzętu bojowego, a przypływ sprawił, iż marines znaleźli się na wąskim pasie plaży, stając się łatwym celem dla japońskiej artylerii. Poza tym Japończycy wykorzystali do obrony wielokilometrową sieć korytarzy wydrążonych w skałach oraz naturalnych jaskiń. Opanowanie Peleliu zaplanowane na 4 dni od rozpoczęcia kampanii nastąpiło dopiero 25 listopada 1944 roku, gdy japońscy dowódcy popełnili samobójstwo.

Zginęło 10 tysięcy Japończyków, nieco ponad tysiąc aliantów, kilka tysięcy robotników z Korei i Chin, zatrudnionych przez armię japońską do budowania fortyfikacji. „Turyści z różnych krajów, którzy będą odwiedzali tę wyspę powinni usłyszeć opowieść o odważnych i patriotycznych żołnierzach japońskich, którzy wszyscy zginęli jej broniąc” – powiedział amerykański admirał Chester Nimitz. Nie wszyscy. Obok mieszczącego się w byłym japońskim bunkrze muzeum znajduje się miejsce, w zasadzie kilka jam w ziemi, w których 34 Japończyków po przegranej bitwie ukrywało się jeszcze przez 2,5 roku i prowadziło walkę partyzancką. Dopiero w 1947 roku zostali osaczeni i pojmani.

Paradoksalnie podczas btwy nie zginął żaden z miejscowych mieszkańców, gdyż Japończycy na kilka tygodni przed walkami ewakuowali ich wszystkich na wyspę Babeldaob. Po wojnie tylko część z nich powróciła na Peleliu. „Wiadomo, że Japończycy byli okrutnymi kolonizatorami. Było, minęło. Teraz przyjeżdżają, dają kasę i przez cały czas nas przepraszają, więc traktujemy ich jak przyjaciół” – mówi Marcha. Urzekający pragmatyzm, myślę sobie, przyglądając się jak krab palmowy pośpiesznie ucieka piaszczystą plażą przed nacierajacą na ląd kolejną morską falą.

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!