Islandia 2015: Aurora Borealis hunting

Czy wiecie, że istnieje kraj, w którym głową Kościoła może być ateista? W którym lodowce zajmują blisko 12 proc. powierzchni, zaś ziemie uprawne — tylko około 1 proc.? W którym do 1989 roku obowiązywał oficjalny zakaz sprzedaży i konsumpcji piwa? W którym pali zaledwie 12 proc. mieszkańców, zaś przeciętna długość życia sięga 80 lat? Mowa, oczywiście, o Islandii.

Aleksander Radczenko
Islandia 2015: Aurora Borealis hunting

Na Islandie wybierałem się od 15 lat. Kilkakrotnie już wydawało mi się, że wszystko mam zapięte na ostatni guzik i w ostatniej chwili plany podróży się zmieniały na jakiś inny kierunek. W tym roku zresztą również planowałem najpierw wyjazd do Kenii, potem do Egiptu, Ameryki Południowej, ale ostatecznie trafiłem na w miarę tani lot do Reykjaviku i… poleciałem. Znajomi pukali się w czoło: Zimą? Na Islandię? Oszalałeś? Odpowiadałem, że chcę zobaczyć zorzę polarną. Bo może się tak zdarzyć, że na tamtym świecie wszyscy tylko siedzą i gadają o zorzy polarnej, a ja o czym z nimi będę rozmawiał? O stosunkach tabliczkach, nazwiskach i stosunkach polsko-litewskich??? No a zorzę polarną, jak wiadomo, można zobaczyć tylko w okolicach koła podbiegunowego i tylko zimą. Po raz kolejny jechać do Norwegii, Szwecji lub Finlandii mi się nie chciało, do Rosji – w obliczu obecnej sytuacji geopolitycznej – pewnie kiedyś i tak mnie zawiozą, więc poleciałem na Islandię.

Księżycowe krajobrazy przyprószone śniegiem

Jeśli australijski czy namibijski interior przypomina Mars — ogromne połacie czerwonych gór, kamieni i wydm, to Islandia niewątpliwie przypomina Księżyc. Już w drodze z międzynarodowego lotniska w Keflaviku do Reykjaviku po obu stronach drogi rozciągają się niekończące się, nieco przyprószone śniegiem pola ławy po których rosną kępy mchu i smaga porywisty wiatr.

Reykjavik — to stolica i zarazem największe miasto na wyspie. Mieszka w nim lub jego okolicach (tzw. wielki Reykjavik) 2/3 spośród 330 tysięcy mieszkańców Islandii. Wystarczy wspomnieć, że drugie pod względem wielkości islandzkie miasto — Akureyri — liczy zaledwie 18 tys. mieszkańców, a zazwyczaj, żeby nosić dumne miano miasta wystarcza kilkaset. Po powrocie z islandzkiej głuszy Reykjavik jawi się jako prawdziwa metropolia, chociaż nie ma ani starówki, ani wieżowców, a wszędzie można dotrzeć na swoich dwóch za punkt orientacyjny mając wieżę, przypominającą nieco startującą w kosmos rakietę, kościoła Hallgrimskirkja, którego budowę zaplanowano w latach 30. Ubieglego wieku, rozpoczęto tuz po wojnie, a ukończono dopiero w roku 1986. W lutym Słońce na Islandii wstaje około 9.30, zachodzi przed 18tą, zaś życie w islandzkiej stolicy trwa pomiędzy 11.00 a 17.00, ale nawet w tych godzinach ulice są w zasadzie puste i tylko z rzadka spotka się na nich pojedyncze grupy chińskich turystów.

Złoty Krąg i inne atrakcje

Islandczycy żartują, że jeśli chcesz, aby pogoda się zmieniła — musisz po prostu zaczekać pięć minut. Dokładnie tak jest! Gdy przyleciałem było cicho, spokojnie, padał nieduży śnieg. W dwie godziny później rozszalał się huragan, który szalał przez całą noc i na jego skutek biuro, w którym rezerwowałem wycieczkę po tzw. Złotym Kręgu, rano odwołało wyprawę. Na szczęście inne biura były bardziej pazerne i znalazłem takie, które zgodziło się i w taka pogodę wyjechać w trasę…

Złoty Krąg – to trzy najchętniej i najczęściej przez turystów odwiedzane miejsca na Islandii: po pierwsze, Thingvellir – leżąca w dolinie, między bazaltowymi ścianami skał, równina na której zbierał w czasach średniowiecza islandzki parlament Althing (jego przewodniczący był jedynym opłacanym przez mieszkańców urzędnikiem na wyspie, a do roku 1262 na Islandii nie istniało… państwo). Równinę pokrywają kępy typowych dla wyspy karłowatych drzewek — islandzki kawał głosi: Co trzeba zrobić jeśli się zabłądzi w islandzkim lesie? Wstać.
Poza tym, oczywiście, Geysir – czyli obszar gorących źródeł wyrzucających słupy wody. Akurat najsłynniejszy gejzer – Geysir – uaktywnia się tylko podczas trzęsień ziemi, ale obok znajduje się Strokkur, który wybucha co pięć-siedem minut. No i at last but not at least Gullfoss – najpiękniejszy islandzki wodospad.

Obok Reykjaviku znajduje sie również piękny swoim surowym pięknem półwysep Reykjanes, na którym mieści sie międzynarodowe lotnisko Keflavik, ale także najsłynniejsze islandzkie SPA czyli “Blue Lagoon”. Najbardziej rozreklamowane kąpielisko na wyspie, woda morska w nim pochodzi z głębokości 2 kilometrów. Dociera najpierw do pobliskiej elektrowni geotermalnej, gdzie oddaje większość ciepła a do laguny dociera już o temperaturze ok. 40 stopni Celsjusza. Kąpiel w błękitnej wodzie „laguny”, w otoczeniu szarych pól lawy i pod podmuchami lodowatego wiatru z deszczem i śniegiem robi wrażenie, ale jeszcze większe — choć niekoniecznie pozytywne — wrażenie robi tłum turystów, który w tym kąpielisku przebywa. Jest to jedyne miejsce na Islandii, gdzie ludzi jest naprawdę dużo, więc wytrzymałem tam zaledwie godzinę…

Południowym wybrzeżem w stronę Hofn

Najpiękniejsze widoki jednak spotkałem na południowym wybrzeżu, jadąc do Hofn. Zaledwie kilkanaście kilometrów za Reykjavikiem krajobraz staje się coraz dzikszy, droga (tzw. Ringroad) biegnie wzdłuż wybrzeża oceanu i można podziwiać rysujące się w oddali klify wysp Vestmannaeyjar, a od strony interioru – masywy górskie Hekli, Eyafljol i Ketla. Wreszcie droga dociera do małego, najbardziej na południe wysuniętego miasteczka Vik, otoczonego czarnymi, wulkanicznymi plażami, w morzu można podziwiać skalne słupy Reynisdrangar (legenda mówi, że to skamieniałe trolle; a propos Islandczycy traktują trolli całkiem serio, być może dlatego, że jest to jedyny kraj w którym pogaństwo zostało uznane oficjalną religią przez państwo, gdzieniegdzie można spotkać nawet znaki drogowe przestrzegające przed spotkaniem z nimi) oraz nabrzeżne skały Dyrholaey, a następnie kieruje się w stronę największego parku narodowego Europy Skaftafell i lodowca Vatnajokull oraz lodowej laguny Jokulsarion. Po drodze mija się szereg rzeczek i wodospadów, między innymi majestatyczny Skogafoss…

Islandia — to kraj cholernie drogi. Podobno najdroższy w Europie. Niewątpliwie da się go zaliczyć za stosunkowo nieduże pieniądze, szczególnie latem, gdy można pomieszkiwać w namiotach na kempingach, jedzenie przywieźć ze sobą z kontynentu i zrezygnować z wszelkich płatnych atrakcji. Jednak czy warto rezygnować np. ze spaceru po lodowcu Vatnajokull? Albo wyprawy do jaskini Leidarendi stworzonej prze potoki lawy? Albo jak można będąc na Islandii nie spróbować „przysmaków” lokalnej kuchni — hakarlu (gnijącego mięsa rekina, które przed spożyciem zakopuje się na pół roku w ziemi) albo steku z wieloryba? I nie popić tego lokalnym ziemniaczanym samogonem kminkowym Brennivin i doskonałym lagerem produkowanym przez browary Egils, Thule bądź Viking?…

Widziałem już sporo krajów. Widziałem i większe gejzery i większe góry lodowe, ale nie powiem tym razem nawet żartem, jak to mają w zwyczaju „doświadczeni” podróżnicy, że Islandia jest przereklamowana. Nie jest. Jest dokładnie taka jak ją opisują: droga, zmienna i księżycowa. Islandia jest jak jej mieszkańcy — surowi, zamknięci w sobie i jednocześnie niezwykle pomocni, uczciwi i sympatyczni… Podobno każda podróż to jakieś osobiste katharsis, zmusza do zastanowienia się, przemyślenia, mnie osiem dni na Islandii jakoś do żadnych wniosków nie doprowadziły. Być może dlatego że każdego wieczoru byłem zajęty wypatrywaniem zorzy polarnej. Niestety Aurora Borealis mnie olała tym razem — albo pogoda była zbyt paskudna, żeby zobaczyć cokolwiek, albo aktywność elektromagnetyczna za słaba. Czyżby w niebie będę z jego mieszkańcami jednak musiał mówić o tabliczkach i nazwiskach???…

PODCASTY I GALERIE