Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki: żona znanego trenera koszykówki o chorobie męża

"Właśnie w tym trudnym czasie zdałam sobie sprawę, że muszę przyjąć te trudne próby jako dar losu, choć bardzo okrutny" - Laima Budzinauskienė, żona znanego litewskiego koszykarza i trenera, o wstrząsającej tragedii męża

zw.lt
Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki: żona znanego trenera koszykówki o chorobie męża

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

– Mój mąż Mindaugas poczuł dziwny ból w kolanie, gdy pracował jako główny trener klubu koszykarskiego w Szczecinie – wspomina Laima Budzinauskienė, żona znanego litewskiego koszykarza i trenera koszykówki. – Ponieważ w życiu sportowym doznał niejednej kontuzji,
doskonale umiał się wsłuchać w swoje ciało. Tym razem poczuł coś zupełnie odmiennego.

Mindaugas początkowo konsultował się z polskimi lekarzami, potem jednak postanowił dokładniej się zbadać, więc zwrócił się do znajomych lekarzy w Wilnie, którzy wcześniej prowadzili leczenie sportowca przy doznawanych kontuzjach.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

Lekarze natychmiast skierowali trenera koszykówki na rezonans magnetyczny prawego kolana. Właśnie wtedy badania wykazały zmiany w kości.

– Na początku myśleliśmy, że to wynik jakiegoś lekkiego urazu, coś uleczalnego, że dzięki interwencji chirurgicznej da się temu zaradzić – wspomina Laima. – Ale diagnoza medyczna była bezlitosna – kostniakomięsak, jedna z najtrudniejszych postaci raka kości.

Ta wiadomość wstrząsnęła całą rodziną.

– Niezależnie od tego, jak silny jesteś psychicznie, taka wiadomość wstrząsa – przyznaje Laima. – To ogromny cios nie tylko dla osoby dotkniętej chorobą, ale również dla rodziny, dla otoczenia.

Jak mówi kobieta, po usłyszeniu diagnozy jej mąż natychmiast skontaktował się z lekarzami kliniki Santaros.

Tak się rozpoczęła ciężka przeprawa z chorobą.

Pierwszy rok, choć niezwykle trudny, minął jednak stosunkowo szybko.
– Mieliśmy wielką nadzieję, że nam się uda, że mąż wyzdrowieje – wspomina kobieta. – I rzeczywiście rok po skomplikowanych procedurach, sesjach chemioterapii choroba wydawała się cofać.

Po pomyślnym rozpoznaniu Mindaugas Budzinauskas ponownie wyjechał do Polski.

– Szczeciński Klub Koszykarski nigdy nie opuścił Mindaugasa – nie kryje wzruszeń Laima. – Dla męża to było bardzo ważne. Najgorsze, co może dopaść osobę dotkniętą śmiertelną chorobą, jest przekonanie, że nie jest się nikomu potrzebnym.

Sportowiec bardzo cenił to, że nawet podczas choroby polski klub koszykarski z prezesem na czele utrzymywał z nim stały kontakt. Mężczyzna pomagał swemu klubowi pracując zdalnie z Litwy – konsultował trenerów, dobierał zawodników.

Zarówno sam Mindaugas, jak i szczeciński klub oraz jego kibice wierzyli, że trener wróci.

Rok później Mindaugas faktycznie wrócił kontynuując pracę jako główny trener.

Koszykarz i muzyk

– Poznałam męża podczas nauki w ówczesnej Szkole Sztuk Pięknych im. M. K. Čiurlionisa w Wilnie – wspomina kobieta. – Uczestniczyłam w konkursie „Dainų dainelė”, którego zostałam zwycięzcą.

Tak oto moi rodzice postanowili me życie związać z muzyką.

Uczęszczałam do tej szkoły od drugiej do dwunastej klasy. Przyszłego męża Laima poznała na próbach chóru „Aidija”. Ona studiowała teorię muzyki, on uczęszczał na zajęcia sekcji dętej, grał na waltorni. Mindaugas zostawił swój rodzinny Jurbork, aby móc pobierać naukę w Szkole Sztuk Pięknych
im. M. K. Čiurlionisa. Miał wtedy zaledwie 7 lat. Zamieszkał w szkolnym internacie, w którym dotychczas zamieszkują dzieci z całej Litwy,
uzdolnione muzycznie, plastycznie i tanecznie.

Życie w internacie jest nie lada wyzwaniem i nie każdy potrafi mu sprostać. Setki kilometrów od rodziców – prawdziwa szkoła życia.

Jak mówi kobieta, Mindaugas z żalem wspominał pierwsze trudne lata swojego życia z dala od rodziców. Czuł się opuszczony i osamotniony.
Dopiero w starszych klasach miał całe grono przyjaciół, które ułatwiało pobyt w internacie. To właśnie to miejsce umocniło i ukształtowało wielką wewnętrzną siłę przyszłego sportowca, determinację w dążeniu do celów, silne cechy wojownika.

Chór „Aidija”, do którego oboje uczęszczali, stopniowo zyskiwał sławę, stał się bardziej rozpoznawalny, występował na scenach wielu krajów w Europie, uczestniczył w wielu konkursach i festiwalach.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

– Chór wpłynął nie tylko na nasz związek, ale także na ukształtowanie się kręgu wspólnych przyjaciół – opowiada kobieta. – Nasze chóralne relacje z Mindaugasem doprowadziły do ślubnego kobierca i założenia rodziny.

Po ukończeniu szkoły Mindaugas kontynuował studia muzyczne w ówczesnej Litewskiej Akademii Muzycznej, gdzie uzyskał dyplom waltornisty.

– Myślę, że te studia to był bardziej hołd złożony dziadkowi Juozasowi Budzinauskasowi, który był kierownikiem chóru i organistą, spełnienie jego prośby, bo tak naprawdę mąż nie czuł wielkiej pasji do muzyki – uchyla rąbka tajemnicy Laima.

– W szkole jednak Mindaugas odkrył drugie swoje powołanie – koszykówkę.
Mindaugas zaczął aktywnie uprawiać sport jeszcze podczas studiów w akademii, grał w studenckiej drużynie koszykarskiej, na kilka turniejów zgromadził nawet drużynę chóru „Aidija”. Podczas jednego z nich poznał słynnego litewskiego trenera koszykówki Rūtenisa Paulauskasa i jego pasja do koszykówki zwyciężyła.

– W tym czasie Mindaugas miał naprawdę dobrą pracę, grał w Orkiestrze Wojska Litewskiego – opowiada kobieta, – ale zdał sobie sprawę, że nie da rady połączyć tej pracy z pasją do koszykówki. W końcu wybrał koszykówkę. Nigdy nie żałował tego wyboru.

Sport i rodzina w życiu koszykarza

– Praca Mindaugasowi zawsze była ważna – opowiada Laima. – Dużo podróżował, jako sportowiec i trener miał podpisane kontrakty w różnych krajach. Ja też chciałam wykonywać swoją pracę, opiekować się naszymi dorastającymi córkami.

Kobieta w tym czasie również cieszyła się znaczącymi osiągnięciami w swym muzycznym zawodzie. W Litewskiej Akademii Muzyki i Teatru uzyskała stopień doktora z zakresu historii sztuki, została wykładowcą na Wydziale Muzykologii Litewskiej, później – przewodniczącą Rady Wydziału Muzycznego. Opublikowała szereg artykułów naukowych, kończy pracę nad monografią, intensywnie pracowała ze studentami akademii.

– Oczywiście nie wszyscy rozumieli, jak można w ten sposób funkcjonować – mąż pracował przez wiele lat za granicą, a ja wychowywałam córki i pracowałam na Litwie. Ale taki układ zadawalał nas obojga – opowiada Laima. – Naprawdę nie mogłam stawiać warunków mężowi, czy kazać mu zrezygnować z zagranicznych kontraktów i zamieszkać na Litwie. Wiedziałam, że koszykówka zajmuje w jego życiu bardzo ważne miejsce. Chciałam, żeby osiągał cele i był szczęśliwy.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

Powrót do domu

– Po kilku miesiącach pracy w polskim klubie Mindaugas poczuł, że choroba powraca i postanowił wrócić do Wilna – wspomina Laima.
Jak przyznaje kobieta, niektórzy wątpili w to, że na Litwie jej mąż będzie miał zapewnioną odpowiednią opiekę i leczenie.
Zagraniczni koledzy również szukali specjalistów, kraju, w którym Mindaugas miałby dostęp do lepszego leczenia. Zastanawiano się nad leczeniem w Polsce, Niemczech. W końcu jednak przekonano się, że poziom leczenia tego typu nowotworu w Wilnie jest równie wysoki i że Mindaugas dokonał słusznego wyboru.

– Leczenie nawracającej choroby było rzeczywiście trudne – wspomina żona trenera. – Rozpoczęto leczenie napromienianiem, podawano mnóstwo leków. Choroba jednak nie chciała ustąpić i w końcu Mindaugasowi amputowano nogę. Ale i to nie powstrzymało choroby. Po trzech latach intensywnego leczenia stało się jasne, że żadne leczenie nie przyniosło pożądanych skutków.

Ogromny ciężar fizyczny i emocjonalny

– Słowa lekarzy o tym, że zrobili już wszystko, że więcej nie są w stanie w niczym pomóc, są tak samo przerażające jak diagnoza raka – mówi Laima.

– Pamiętam, jak trudno Mindaugasowi było usłyszeć te słowa. Oznaczają one, że się zostaje sam na sam ze swoją chorobą. Mindaugas jednak się nie załamał.

Jak wspomina kobieta, jej mąż zdał sobie sprawę, że musi żyć dalej, mieć nadzieję, a jakość życia w dużej mierze będzie zależało od tego, jak się na nie spojrzy.

W chwilach słabości Mindaugas ubolewał nad tym, że nie będzie mógł dalej pracować jako trener koszykówki, którą przecież tak kochał. Że nie zobaczy, jak dorastają córki. A wszystko przez tę niespodziewaną, a jakże straszną chorobę, która na dodatek dotknęła go właśnie wtedy, gdy życie było tak bogate i piękne!

– To jest niezwykle trudne, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, kiedy twoje życie nagle rozbija się na strzępy – opowiada Laima. – To trudne nie tylko dla pacjenta, ale także dla jego rodziny i bliskich, dla osób, które go kochają i życzą mu dobra. Mimo wszystko nawet w najtrudniejszych momentach nie wolno się załamać, zwłaszcza jeśli w rodzinie są małe dzieci.

– Musiałam się nauczyć być silna – wspomina Laima. – Nie mogłam sobie pozwolić na rozklejanie się, bo w pobliżu były małe dzieci. Gdyby zobaczyły nieradzącą sobie z emocjami matkę, życie w rodzinie byłoby jeszcze trudniejsze.

Laima przyznaje, że z trudem udźwignęła ten ciężar psychiczny.
– Zdarzało się, że pod wpływem głębokich emocji płakałam ukradkiem – wspomina Laima. – Bardzo chciałam się wypłakać, podzielić się tym ciężarem z inną osobą, trochę się nad sobą poużalać, ale ze wszystkich sił starałam się nad tym wszystkim zapanować. Wiedziałam, że nie ma innej drogi i muszę się pogodzić z rzeczywistością.

Dziś kobieta z przekonaniem wyznaje, że ten ciężar fizyczny i emocjonalny nauczył ją wiele.

– Jakkolwiek dziwnie to może zabrzmieć, ale właśnie w tym trudnym czasie zdałam sobie sprawę, że muszę przyjąć te trudne próby jako dar losu, choć okrutny – dzieli się myślami Laima. – To wszystko sprawiło, że inaczej spojrzałam na własne życie. Sprawy, które jeszcze do niedawna spędzały sen z powiek, jak kariera, dobrobyt, podróże, teraz stały się nieistotne.

Kobieta mówi, że to doświadczenie uświadomiło jej, jak nieocenioną wartość w życiu człowieka ma zdrowie.

– Nigdy nie przypisywałam znaczenia, a nawet nie lubiłam tych formułek o życzeniu zdrowia wypowiadanych na święta czy urodziny – przyznaje Laima. – Wydawały mi się banalne. Dopiero choroba męża zmusiła inaczej na nie spojrzeć, uświadomiła, że tak naprawdę do szczęścia człowiekowi potrzeba tylko zdrowia, i to życzenie jest zawsze najbardziej sensowne.

Choroba męża zmusiła kobietę nauczyć się wielu obcych dotąd rzeczy.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

– Kiedy w domu masz ciężko chorą osobę i widzisz, jak cierpi fizycznie i psychicznie, musisz się nauczyć wielu nowych rzeczy, nabyć wręcz nowych kompetencji, by móc takiej osobie pomóc – dzieli się swymi spostrzeżeniami kobieta. – W bardzo krótkim czasie musiałam opanować „zawód” pielęgniarki – nauczyć się wstrzykiwać leki, odpowiednio zadbać o
chorego, umieć odpowiednio go położyć, nakarmić. Jednak, jak mówi Laima, jej mąż był cudownym pacjentem. Nigdy nie jojczył, nie użalał się nad sobą, nie lamentował, że jest chory i wszyscy się mają nad nim litować.

Mindaugas nie chciał, aby przyjeżdżali krewni, którzy nieustannie rozpaczali nad jego sytuacją, nad tym, jak cierpi cała rodzina, i jakie to wszystko przerażające. Mężczyzna nigdy nie postrzegał siebie w ten sposób. Czekał na wizyty przyjaciół, z którymin mógł porozmawiać o koszykówce, pooglądać turnieje, pożartować.

– Mąż bardzo chciał żyć – mówi Laima. – Odcinał się od choroby, starał się poskromić niepokojące myśli o przyszłości.

Jak wspomina były trener sportowca Rūtenis Paulauskas, Mindaugas walczył z nowotworem tak samo jak na boisku podczas rozgrywającego się meczu. Tak jak w strategicznej grze, zawsze planował swój kolejny krok na ścieżce leczenia.

– Mindaugas siadał z lekarzem prowadzącym onkologiem Domantasem Diglysem i prawie schematycznie rysował plan dalszego leczenia: przyjąć chemię, wytrzymać, a potem myśleć, co dalej – wspomina Laima.

Kobieta dodaje, że w miarę postępu choroby planowanie stawało się coraz trudniejsze, ale jej mąż i towarzyszący mu lekarz zawsze mieli jasno określony cel. Mindaugas opowiadał o swojej chorobie z ostrym humorem, może nawet nieco sarkastycznie.

Umiejętność spojrzenia na chorobę przez taki właśnie pryzmat pomagała mu psychicznie w tej niezrównanej walce. Opiekę nad mężem ułatwiła kobiecie pandemia koronawirusa. Laima przeszła na tryb pracy
zdalnej, co umożliwiło jej stałe przebywanie u boku chorego męża.

– Praca z domu bardzo mi pomogła w opiece nad mężem, zawsze byłam blisko, na miejscu – wspomina Laima. – Moja obecność też była dla niego bardzo ważna, nie czuł się samotny ani niepotrzebny. W tym czasie Mindaugas miał już amputowaną nogę, tym bardziej więc potrzebował mojej pomocy.

Prawdziwych przyjaciół poznasz w biedzie

– Trudne sytuacje w życiu zawsze ujawniają, kto jest twoim przyjacielem – mówi Laima. – Jedni szczerze chcą i starają się ci pomóc, podczas gdy inni po prostu przestają się odzywać pod pretekstem tego, że nie chcą ci przeszkadzać.

Mindaugas miał wspaniałych przyjaciół jeszcze z czasów dzieciństwa, ale też ze świata koszykówki, którzy zawsze byli w pobliżu, można było liczyć na ich pomoc.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

Widzieli go niegdyś silnego, energicznego i zdobywającego pierwsze miejsca w turniejach koszykarskich, ale widzieli go też nieskończenie słabego, wycieńczonego codziennym napromienianiem, z amputowaną nogą.

– Każda wyprawa na zabiegi napromieniania była wyzwaniem. Na początku Mindaugasa trzeba było posadzić na wózku inwalidzkim, potem przesadzić do samochodu, zawieźć do szpitala, znów podnieść, posadzić – wspomina Laima. – Gdyby nie jego wierni przyjaciele, nie wiem, jak byśmy sobie poradzili.

Jak mówi kobieta, bardzo często osoba dotknięta taką chorobą nie potrzebuje bezpośredniej pomocy przyjaciół ani przedmiotów, tylko najzwyklej w świecie uwagi. Chory chce czuć się potrzebny. Całą duszą pragnie, aby przyjaciele o nim pamiętali, odzywali się, odwiedzali.
Właśnie takich przyjaciół miał Mindaugas. I to jest wielki dar.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

Pierwsze kontakty z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie

Kilka miesięcy po tym, gdy rozkładając ręce lekarze oznajmili, że nie są więcej w stanie pomóc Mindaugasowi, żona sportowca zaczęła szukać innej profesjonalnej pomocy dla męża.

Przypomniała sobie swoją byłą doktorantkę, której mąż również cierpiał na chorobę onkologiczną i ostatnie miesiące swego życia spędził w wileńskim Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki.

Kobieta zawsze ciepło wspominała to miejsce. Mówiła, że tu zawsze otrzymasz niezbędną pomoc.

– Misja hospicjum staje się szczególnie ważna, gdy w obliczu choroby lekarze są bezradni – opowiada Laima. – Właśnie wtedy chory rozpaczliwie potrzebuje pomocy psychologicznej, czy cienia nadziei.

Laima zadzwoniła do hospicjum i poprosiła, aby któryś z pracowników hospicjum odwiedził jej męża w domu.

– Przyjechał do nas lekarz z pielęgniarką, panią Anią, a później dołączyła również pani Rita – wspomina Laima. – Nie tylko odpowiedzieli na mnóstwo naszych pytań, ale zapewnili, że gdyby coś się wydarzyło, w każdej chwili mogę zadzwonić do hospicjum. Tam uzyskam wszelką niezbędną informację i możliwą pomoc.

Wizyta personelu hospicjum okazała się ogromnym wsparciem psychologicznym zarówno Mindaugasowi, jak i jego żonie.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

– Mindaugas naprawdę czekał na pielęgniarki z hospicjum – z uśmiechem wspomina Laima.

– Dopóki był w stanie, przed ich przyjazdem zawsze się pięknie ubierał, używał perfum, lubił z nimi rozmawiać, żartować. A one zawsze starały się zachować dobry nastrój. Dom wypełniały swoim ciepłem i światłem.

Jak wspomina kobieta, pracownice hospicjum nigdy nie przychodziły z pustymi rękami. W urodziny Mindaugasa, na przykład, przyniosły bukiet pięknych kwiatów. Zawsze przywoziły specjalną żywność medyczną.

Hospicjum pomagało rodzinie również zaopatrzyć się w artykuły pielęgniarskie, w tym w specjalne rehabilitacyjno-funkcjonalne łóżko i aparat tlenowy.

Opieka w domu

– Z nadejściem lata stan zdrowia Mindaugasa zaczął się pogarszać i personel hospicjum zalecił przeprowadzkę do hospicjum – wspomina Laima. – Wtedy jednak chciałam zostać z mężem w domu tak długo, jak to możliwe. Kobieta opowiada, że ich mieszkanie przypominało wtedy oddział szpitalny.

Pomimo wszelkich wysiłków mężczyzny, Laima zauważyła, jak z każdym dniem jej mąż traci na siłach.

Po pewnym czasie czuł się tak źle, że sam wyraził chęć przeniesienia się do hospicjum.

– Być może Mindaugas miał nadzieję, że w hospicjum wyzdrowieje, odzyska siły, a potem wróci do domu i będzie kontynuował swą pracę – swymi przemyśleniami dzieli się kobieta. – A może akurat wyczuł zbliżające się odejście i nie chciał, żeby to się stało w domu w obecności dzieci. Trudno mi powiedzieć. Nigdy się nie przyznał.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

W hospicjum

– Wszyscy jesteśmy śmiertelni i każdy z nas z tym się zmierzy – mówi Laima. – Nie każdy doczeka tak zwanej „królewskiej śmierci”, że zapadnie w sen i się nie obudzi. Odejście z tego świata może się okazać znacznie dłuższe i trudniejsze.

Jak mówi kobieta, misją hospicjum jest nadanie sensu tej ostatniej drodze, zapewnienie odchodzącej osobie wsparcia psychologicznego i spokoju ducha.

– Człowiek powinien opuścić ten świat nie w bólu i cierpieniu, ale z poczuciem godności, otoczony życzliwością, opieką i uwagą – mówi Laima.
Chociaż wszyscy chcemy zatrzymać ukochaną osobę w domu jak najdłużej, nie zawsze jest to możliwe.

Przychodzi taki moment, kiedy niezależnie od starań i miłości najbliższych, chory w domu nie otrzyma należytej pomocy. Wówczas potrzeba profesjonalnej opieki i takiegoż sprzętu, co niewątpliwie zapewnić może tylko hospicjum.

Laima jest niezmiernie wdzięczna, że jej mąż Mindaugas mógł spędzić ostatnie dni w hospicjum, gdzie otoczono go uwagą, udzielono fachowej pomocy i wsparcia.

Fot. archiwum rodziny Budzinauskasów

Tuż po przybyciu do hospicjum otoczono go opieką, sporządzono plan posiłków i zabiegów.

– Z powodu pandemii nasze spotkania były bardzo ograniczone, ale mogłam zobaczyć, jak niesamowitymi i cudownymi ludźmi są pracownicy hospicjum – wspomina Laima.

Kiedy Mindaugas zmarł i Laima jechała na mszę, droga do kościoła przebiegała przez budynek hospicjum. Laima bezwiednie spojrzała na dawne okno pokoju Mindaugasa i zobaczyła w nim palące się
światło…

– Zrozumiałam, że w tym pokoju jest już inna osoba, która też wkroczyła na tę niezwykle ważną drogę, drogę odejścia do wieczności – nie kryje wzruszenia kobieta. – A przy nim są ci wspaniali ludzie z hospicjum, którzy nie opuszczą go w tej ostatniej podróży jego życia.

Pomoc hospicyjna w najtrudniejszych chwilach życia

Ciężka choroba onkologiczna może dotknąć każdego z nas, w każdej chwili, zniszczyć resztę naszego życia, zniweczyć marzenia.

Ponad 260 fachowców i wolontariuszy z Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie w każdej chwili towarzyszy tym, którzy zmagają się ze śmiertelną chorobą, doświadczają wielkiego bólu, lęku, niewiadomej.

Pomoc hospicyjna dla dorosłych i dzieci, w domu i na oddziale stacjonarnym jest bezpłatna i dostępna 24 godziny na dobę.

Pomóż nieuleczalnie chorym! Przekaż 1,2% podatku na rzecz Hospicjum bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie.

Więcej informacji: https://bit.ly/HospicjumWilno

PODCASTY I GALERIE