• Opinie
  • 30 grudnia, 2014 6:03

Wspólnoty pogranicza. Rozmowa z Moniką Bułaj

- Te społeczności mają bardzo silną tożsamość, na której budują dialog z sąsiadami i dzięki której mogą uczyć się od nich tego co jest użyteczne i potrzebne. Albo tego, co jest po prostu piękne – o ludach pogranicza, z Moniką Bułaj rozmawia Piotr Oleksy.

eastwestinfo.eu
Wspólnoty pogranicza. Rozmowa z Moniką Bułaj

Fot. M. Bułaj

EastWest: Swoje podróże i badania rozpoczęła Pani od regionu Europy Wschodniej, czego efektem była m.in. znakomita książka „Boży ludzie”, opisująca duchowy świat małych narodów i grup etnicznych związanych z regionem polsko-ukraińsko-białorusko-litewskiego pogranicza. Wiem, że obecnie skupia się Pani na innych regionach, lecz czy Europa Wschodnia wciąż jest ważnym miejscem w Pani życiowej podróży?

Monika Bułaj: Od jakiegoś czasu podróżuję głównie do Afganistanu, to jest miejsce, które wciąga. Często tam powracam, ale mam też wrażenie, że wszystkie moje podróże składają się właśnie z takich powrotów, że to wszystko jest kontynuacją tego, co zaczęłam dwadzieścia lat temu na Wschodzie Europy. Swoją podróż zaczęłam od pracy z Łemkami i ich kulturą, to dało mi warsztat, nauczyło mnie patrzeć na rzeczy dookoła, słuchać i obserwować w miejscach naznaczonych jakimś problemem politycznym, historycznym, problemem pamięci. Dalej szukam tego samego i w ten sam sposób.

Co szczególnego jest w Europie Wschodniej, że mamy tu do czynienia z dużą ilością ciekawych prądów duchowych, łączenia się kultur, że zrodziły się tu, lub przez wieki trwały takie narody jak Karaimi, Łemkowie czy grupy wyznaniowe jak Chasydzi?

Wiem, że może dziwnie to brzmi, ale według mnie jest coś w tej ziemi, tym powietrzu, sama aura i natura wpływa na wytworzenie się specyficznej metafizyki. Zaś sama historia, często tak zwana „wielka historia”, spowodowała, że tak wiele narodów żyło tu obok siebie. Z jednej strony powodowało to lęk, z drugiej motywowało do wzajemnej wymiany.

Czyli lęk i wymiana kulturowa są ze sobą powiązane?

Tak i ciekawe jest to, że mimo pozornej rozłączności światów w jakich żyły sąsiadujące ze sobą narody, to procesy wymiany były obustronne. Mimo tego lęku, który powodował, że przydawało się pewne atrybuty kulturze obcej, kulturze, która z jednej strony budziła strach, a z drugiej zawsze mogła być do czegoś przydatna: do magii, do rozwiązywania pewnych nierozwiązywalnych problemów. To się bardzo często wyrażało w tej „niskiej” kulturze, gdy np. szło się po radę do rabina, a nie szło się do popa czy księdza. Zadziwiająca jest dla mnie ta wrażliwość na inną kulturę, która często zupełnie nagle zamieniała się w brutalną degradację i przemoc – pisałam o tym w „Bożych ludziach” w rozdziale poświęconym mieście Warka.

Ta przemoc i degradacja to druga strona tego samego medalu?

Tak, bo w innych wypadkach przybierało to formę niejasnego zachwytu, możliwości wzięcia dla siebie czegoś w sytuacjach nierozwiązywalnych. Jak to miało miejsce w rejonie Maghrebu, gdzie Żydzi i Muzułmanie uczęszczali na te same groby świętych. Myślę, że w czasie zagłady i zła, takie miejsca przeszkadzają, takie doświadczenia są niewygodne. Teraz pracuję nad wspólnotami sufickimi i monastyrami prawosławnymi – widzę jak te sfery są sobie bliskie w sferze duchowości. Ale nie ma już kanału kontaktu, nie ma dialogu między nimi. Zostały one skrzętnie usunięte przez wszelkie formy fundamentalizmu.

Czytając „Bożych ludzi” miałem wrażenie, że Chasydzi, z tym całym synkretyzmem kulturowym są dla Pani pewnym symbolem wschodnioeuropejskiego pogranicza.

Oni mnie strasznie poruszają tą mądrością, która jest widoczna w baśniach, w parabolach wielkich cadyków. Porusza mnie ich związek z ziemią, który jest związkiem organicznym, to odtwarzanie świętej geografii na ziemi wygnania, czyli poza terenem na którym wzrosła ich duchowość – w Antwerpii, USA, Północnej Europie. Widoczne jest to też w Izraelu – gdy chodziłam po synagogach chasydów, miałam wrażenie, że chodzę po Polsce, bo one mają imię polskich miejsc z których pochodzili. To jest związek między żywymi a umarłymi, ale poprzez ziemię właśnie.

Wiele z tych ludów, o których mówimy, dosłownie odchodzi. Za to ich obecność w danym miejscu jest często nad wyraz podkreślana, ma to formę przekształcania etniczności w produkt turystyczny. Sam zaobserwowałem to na przykładzie Karaimów Litewskich – w Trokach mieszka ich zaledwie sześćdziesięciu, za to karaimskość miasta jest podkreślana na każdym kroku. Czy to jest szansa na przetrwanie dla tych kultur, czy raczej wypaczanie ich i tworzenie czegoś zupełnie nowego?

To jest groźne. Ostatnio, w dużej skali zaobserwowałem to zjawisko u Samarytanów na górze Gerazim w Samarii. Oni są związani z ta górą poprzez wierzenia, które udało im się zachować przez dwa tysiące lat. Wierzą, że to na tej górze Abraham chciał poświęcić swojego syna Izaaka. Są związani na wieczność poprzez rytuały, w tym rytuał ofiary całopalnej. To jest społeczność, która liczy nieco ponad 300 osób. Przyjeżdżając do nich co roku, miałam wrażenie, że stają się więźniami, z jednej strony własnej izolacji, a z drugiej mediatyzacji świata. Podczas święta Paschy, w momencie składania ofiary pojawiło się kilkuset fotografów, przyjechały wycieczki. Zdałam sobie sprawę, że największym zagrożeniem dla nich jest mediatyzacja ich kultury. To jest wielki problem, dotyczy wielu ludów, w tym Karaimów, choć oni mają tyle problemów jako naród, ich istnienie jest na tyle zagrożone, że jakakolwiek forma przeżycia materialnego jest dla nich atrakcyjna.

Możliwa jest też sytuacja, że nie będzie już Karaimów, a żywa będzie karaimskość. To znaczy, żę wciąż będzie można oglądać ich stroje ludowe, jeść ich potrawy.

To jest taki niebezpieczny próg kiedy kultura staje się folklorem, jak na przykład Watra Łemkowska, która jest spotkaniem nostalgii, ale też miejscem nierealnym, związanym z historią tego maleńkiego narodu, który znika fizycznie bądź rozmywa się w wielkim morzu: poprzez wygnania i deportacje, a także poprzez zmiany, które zachodzą w świecie. To jest nieuniknione, zamienianie kultury w folklor było nagminne w krajach komunistycznych, co widziałam na przykładzie folkloryzacji kultury ludowej Pomaków i Cyganów w Bułgarii, kiedy wszystko, od rytuałów religijnych do przyśpiewek cygańskich, stało się folklorem. Ale to jest groźne, bo taka kultura, to nie jest kultura żywa.

A kiedy spotyka Pani Łemków, Hucułów czy Kraimów ma Pani wrażenie, że spotyka się z żywą kulturą, czy z czymś co jest trochę podtrzymywane w sztuczny sposób?

Kultura Łemkowska będzie żyła dopóki będzie żyła Anna Buriaczka, która ma 90 lat i która jest największą łemkowską pieśniarką. Póki będzie żyła Melania Paszkowa, która jest w podobnym wieku. Ta kultura jest związana z tymi ludźmi, którzy jeszcze znają jej smak. Ta kultura jest żywym gestem kobiety, która rzuca okruchy chleba święconego pod kopyta konia czy woła. To są gesty pewnego świata, który znika. Ja wierzę w takie małe historie ludzi, którzy praktykują, żyjąc gdzieś w małej wiosce. Ale wszystko to podlega przemianie.

Na czym obecnie może polegać sens bycia Łemkiem czy Rusinem? Czy to jest tylko kwestia przywiązania do tradycji, do świata który przeminął, kwestia pamięci podtrzymywanej przez ludzi starszych czy młodzi również poszukują w tym czegoś dla siebie?

W przypadku Łemków to jest na pewno kwestia pamięci o tym co się wydarzyło, jest to poczucie wielkiej krzywdy, która określiła cały okres powojenny tego maleńkiego narodu. To jest na pewno kwestia języka, więc chwała dla poetów, którzy piszą jeszcze w tym języku. Dla Piotra Trochanowskiego, dla Jarosława Trochanowskiego, który komponuje treści w tym języku i według tej skali muzycznej. Trudno powiedzieć, co może to oznaczać dla nowych pokoleń. Nie wiem…

A czy jeżdżąc i opisując potem te kultury robimy im przysługę czy raczej krzywdę?

W moim przypadku jeżdżenie tam było związane z taką koniecznością, z przeświadczeniem, że ten świat znika. Jeździłam tam jak na pogrzeby. To była nieracjonalna pogoń z czasem, pogoń za czymś co nieuchronnie odchodzi. To była konieczność opowiedzenia tamtych historii zanim one przepadną. I to jest bardzo ważne, ale myślę, że w dzisiejszych czasach równie ważne jest to by uchronić tamte miejsca, tak by nasze przejście nie pozostawiło zbyt dużego śladu. To jest taka równowaga, którą czasami bardzo trudno zachować. Tak by te historie opowiedzieć i pozostawić te miejsca nie dotkniętymi przez naszą pracę. Są to przede wszystkim miejsca rytuałów religijnych – by nie zmieniły się one w górę Gerazim, gdzie Samarytnaów jest 350 a fotografów 400. I więcej nikt się już nie zmieści.

Co tak przyciąga fotoreporterów na górę Gerazim?

Krew, oni biegli tam za samą krwią. Historie ich nie interesowały. Ich interesował sam moment podcięcia gardła owcy, gdzie ta krew tryskała i to było wspaniałe. A potem fotografowie odeszli, znów zrobiła się cisza, a Samarytanie spokojnie powrócili do swoich rytuałów.

W „Bożych ludziach” zafascynował mnie Pani opis świata muzułmanów na Białorusi. To był przykład niesamowitego synkretyzmu, ponieważ jak zrozumiałem, modlili się oni po białorusku, a część obrzędów zapożyczyli od Żydów.

Ja nie wiem czy „synkretyzm” to dobre słowo, oni sami pewnie nie by go nie użyli. Bardzo często są oskarżani przez Arabów, którzy przyjeżdżają do Mińska właśnie o „synkretyzm” czy też „nieczystość” religii. Byłam świadkiem takiej rozmowy, gdy ci przybysze rozmawiali z mułłą tatarskim, który tłumaczył gościom, że to jest ich meczet, tak się modlili ich dziadowie i jeśli im to nie odpowiada, to żeby wrócili do swojego kraju. By nie narzucali swoich reguł. To było bardzo ciekawe, bo reakcja tego mułły była bardzo uprzejma, ale też pełna bólu. On zdawał sobie sprawę, że jego wspólnotę postrzega się jako heretyków. To jest duży problem, że na takie wspólnoty patrzy się podejrzliwie.

Ale czy największym problemem tych wspólnot nie jest to, że podejrzliwie patrzą na nich wszyscy, że we współczesnym świecie nie ma miejsca na takie wspólnoty pogranicza. Białorusini będą patrzyli jako na obcych, tak samo Arabowie i inni muzułmanie.

Właśnie, a przecież to jest ich największe bogactwo! Te społeczności pogranicza mają bardzo silną tożsamość, która jest swoistą bazą, na której budują dialog z sąsiadami, dzięki której mogą uczyć się od nich tego, co jest użyteczne i potrzebne. Albo tego, co jest po prostu piękne. Przecież śpiew polifoniczny jest u prawosławnych sąsiadów piękny i muzułmanie to lubią. Dlaczego więc mieliby tak nie śpiewać? Ale nie jest to synkretyzm, bo to by oznaczało konieczność tworzenia czegoś nowego, nowej wiary. A oni nic nie tracą ze swojej tożsamości, to nie są jakieś wspólnoty ponowoczesne. To jest dawne, to jest tradycyjne i silne. Od sąsiadów bierze się różne rzeczy. Bierze się sól, bierze się też modlitwę do Madonny.

Czyli siła tych tradycyjnych wspólnot bierze się stąd, że biorąc z otoczenia to co użyteczne nie tracą one swojej tożsamości, nie staje się ona rozmyta?

Właśnie ta siła trwania w złych i ciężkich czasach bierze się trochę z tego „pomieszania”. U Chasydów to widać. Podróżując wśród tych wspólnot chasydzkich w Jerozolimie i po Izraelu miałam wrażenie, że te wspólnoty zamknęły się z powodu tego świata, który jest wokół, który jest światem niebezpiecznym bo przynosi nowość, zmiany. Przynosi technikę, która jest instrumentem zmiany więc jest niebezpieczna. Maniakalnie ustalają reguły: co jest dozwolone a co nie. One muszą być ciągle aktualizowane – co zrobić z komórką, co zrobić z internetem, to wszystko musi być skodyfikowane. To życie w lęku wobec tego nowego, lęku wobec modernizacji, która jest w ich oczach znacznie bardziej groźna niż inność, która jest wokół. U nich nie widzę strachu przed muzułmanami, Palestyńczykami. Widzę natomiast lęk przed nowoczesnymi Izraelczykami którzy są zlaicyzowani – oni są „nasi”, ale nie za bardzo. Są większym zagrożeniem dla „naszej” tradycji.

Czy nie zbliża to nas do smutnej konstatacji, że te kultury są skazane na powolne przemijanie?

Albo na ciągłą konfrontację, która zaowocuje zamknięciem, zbudowaniem murów wokół wspólnoty, co widzimy na przykładzie społeczności emigrantów z krajów muzułmańskich w Europie. To jest dramatyczna obrona przed nowością, która może sprawić, że córka zacznie nosić krótką spódniczkę zamiast burki. Ten lęk powoduje, że tak łatwo przyjmuje się złych proroków, wieszczów złej nowiny, mułłów którzy grzmią nawołując do walki ze złem, które jest utożsamiane z Zachodem. Choć ten Zachód jest też używany – te rodziny mają pralki, mają telefony.

Monika Bułaj jest podróżniczką, fotografem i reporterką. W 2011 r. wydała album-reportaż „Boży ludzie” (Bosz), jest autorką filmów dokumentalnych oraz wystaw fotograficznych. Więcej informacji na monikabulaj.com.

Oryginał Wspólnoty pogranicza. Rozmowa z Moniką Bułaj

PODCASTY I GALERIE