Opinie
histmag.org Łukasz Męczykowski

Wrzesień 1939: Dlaczego Brytyjczycy nie zaatakowali?

3 września 1939 roku Wielka Brytania wypowiedziała wojnę III Rzeszy, honorując sojusznicze zobowiązania wobec Polski. Mimo oczekiwań wielu Polaków, Brytyjczycy zachowali prawie całkowitą bierność w powietrzu. Czy doszło do zdrady? Dlaczego RAF zrzucił na Niemcy tylko ulotki?

Największy problem związany z oceną zachowania Wielkiej Brytanii we wrześniu 1939 roku wiąże się ze starym powiedzeniem „Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Dziś wiemy, że RAF miał dość sił, by zatrzymać Luftwaffe, że niemieckie bombardowania nie załamały Londyńczyków, że Bf-109 miał zbyt mały zasięg, że radar spełnił swą rolę itd. Problem w tym, że brytyjscy planiści, próbując przewidzieć przebieg kolejnej wojny, nie dysponowali tymi pocieszającymi danymi. Warto więc spróbować odsunąć na chwilę wiedzę zdobytą z dziesiątek powojennych opracowań i przyjrzeć się temu, jak przewidywano w Wielkiej Brytanii przebieg kolejnej wojny.

Pierwsza bomba spada na Wielką Brytanię

W nocy z 19 na 20 stycznia 1915 roku Wielka Brytania stała się po raz pierwszy celem bombardowania lotniczego. Sterowiec L3 zrzucił serię bomb na Great Yarmouth, zabijając 2 osoby i raniąc trzy dalsze. Ten atak wywołał falę oburzenia i paniki w całym kraju, zmuszając Brytyjczyków do stworzenia systemu obrony przeciwlotniczej. Niemcy kontynuowali rajdy z wykorzystaniem samolotów i sterowców na różne cele aż do sierpnia 1918 roku, udowadniając, że obrona Wysp była dość dziurawa. W nalotach tych zginęło 1413 osób, a 3409 zostało rannych.

Po I wojnie światowej liczebność RAF-u zmniejszono z 300 000 do zaledwie 35 000 ludzi, mających zajmować się głównie bombardowaniem Arabów w brytyjskich koloniach. Brytyjczycy nie myśleli o kolejnej wielkiej wojnie aż do listopada 1933 roku, kiedy to po wycofaniu się w październiku niemieckiej delegacji z genewskiej konferencji rozbrojeniowej, Komitet Obrony Imperialnej określił Niemcy jako „potencjalnego wroga”. Skoro wybuch nowej wojny stał się prawdopodobny, należało określić potencjalne niebezpieczeństwa stojące przed Wielką Brytanią, w tym ocenić stopień zagrożenia atakiem powietrznym.
Przemawiając do parlamentu w 1932 roku, Stanley Baldwin (trzykrotny premier, lider konserwatystów, wówczas Lord Przewodniczący Rady) wypowiedział słynne słowa „bombowiec zawsze się przedostanie”. Wyraził tym samym obowiązujący wśród wielu teoretyków wojskowości pogląd o przewadze bombowca nad myśliwcem. Kiedy nad Europą zawisły ciemne chmury z powodu konfliktu włosko-etiopskiego, wyraził się bardziej dosadnie:

„Trzymajmy się z dala od wojny, bo nie jesteśmy na nią gotowi […]. Włoskie bombowce mogą dotrzeć do Londynu. Nie zapominam też o Niemcach. Gdybyśmy teraz poszli na wojnę, to po tygodniu zabraknie nam amunicji przeciwlotniczej.
Skoro zakładano, że bombardowanie brytyjskich miast jest nieuchronne, należało określić potencjalny zakres zniszczeń tak, by móc przygotować zawczasu niezbędne środki zaradcze”.

Wróżenie z fusów

Brytyjskie obliczenia dotyczące skuteczności niemieckich nalotów opierały się na kilku założeniach. Przede wszystkim, Niemcy mieli być odpowiednio przygotowani do przeprowadzenia ofensywy bombowej i posiadać odpowiednią liczbę samolotów zdolnych do przenoszenia ciężkich bomb. Brytyjczycy nie byli w stanie zrozumieć, że Niemcy, w ich mniemaniu naród zdyscyplinowany i racjonalny, mogą przystąpić do wojny bez przygotowania 100% sił i środków niezbędnych do pokonania przeciwnika. Przyjmowano przy tym, że III Rzesza świadomie i z premedytacją przygotowuje się do rozpoczęcia ofensywy bombowej przeciwko celom cywilnym, jaka miała miejsce już podczas Wielkiej Wojny. Jak pokazały późniejsze wydarzenia, brytyjscy eksperci popełnili kilka błędów przy ocenie niemieckich zdolności do bombardowania.

Równie mocno przeszacowano, jak się później okazało, skuteczność pojedynczego uderzenia bombowego. W roku 1935 Komitet Obrony Imperialnej ogłosił swoje przewidywania, oparte na najnowszych dostępnych danych wywiadowczych i prognozach analityków. Według ekspertów, pierwszy etap powietrznej ofensywy potrwa 60 dni. W tym okresie przewidywano śmierć 600 000 osób i zranienie 200 000.

Tak ogólne dane nie mogły, mimo swej przerażającej wymowy, stanowić podstawy do dokładnego przewidzenia skutków niemieckich bombardowań. Aby być bardziej precyzyjnym, należało obliczyć potencjalną siłę rażenia pojedynczej ciężkiej bomby na terenie miejskim. We wrześniu 1936 roku na podstawie badań przyjęto, że eksplozja bomby 500 lb (226 kg) eksplodującej pośrodku ulicy zburzy 3–4 domy po jej obydwu stronach, a dalsze 100 ulegnie uszkodzeniu w wyniku działania fali uderzeniowej i odłamków.

Kolejne obliczenia wykonane na początku 1938 roku wskazywały na to, że przeciwnik będzie dysponował możliwością wykonania 720 lotów dziennie. Dało by to 945 ton bomb zrzucanych co dnia na Wielką Brytanię. Według przelicznika przyjętego jeszcze w 1924 roku, jedna tona bomb zrzucona na miasto skutkowałaby śmiercią lub zranieniem 50 osób. W ten sposób co dobę przybywałoby 47 250 ofiar.

Po bombardowaniu Barcelony w marcu 1938 roku zmodyfikowano te obliczenia. Na podstawie doniesień przyjęto, że na jedną tonę bomb przypadać będą 72 ofiary. W tej grupie miało znaleźć się 24 zabitych, 24 poważnie rannych i 24 lekko rannych. Z grupy 48 poszkodowanych, lecz żywych, 36 osób miało wymagać leczenia szpitalnego. Trzymając się dalej liczby 945 ton bomb zrzucanych w ciągu jednego dnia, uznano, że co 24 godziny przybywałoby 68 040 ofiar, czyli np. 0,8% mieszkańców Londynu (według spisu z 1939 roku mieszkało w nim 8 615 050 osób). To na podstawie tych danych rozpoczęto przygotowania obrony cywilnej do nadchodzącej wojny. W rzeczywistości podczas całej Bitwy o Anglię (od lipca do grudnia 1940) zginęły „zaledwie” 23 002 osoby cywilne, a 32 138 zostało rannych.

Nowe założenia zakładały konieczność przygotowania od 1 do 2,8 miliona łóżek szpitalnych dla rannych i kontuzjowanych. Liczba ciał miała być tak wielka, że zakładano wykopanie masowych grobów w wapiennych skałach. Straty materialne w pierwszych trzech tygodniach miały dojść do 550 000 000 funtów. Zakładano również zniszczenie 500 000 domów i uszkodzenia dalszych 1–2 milionów w przeciągu pierwszego roku bombardowań. Liczono się z powszechnym wybuchem paniki, a nawet powszechnej psychozy. Jeśli Wielka Brytania miała przystąpić do wojny, musiała się wpierw odpowiednio przygotować na powietrzny atak. W przeciwnym wypadku, według brytyjskich przewidywań, Londynowi groziła zagłada.

Jak bronić się przed bombowcem?

Kiedy KOI wskazał na Niemcy jako potencjalnego wroga, Wielka Brytania pozbawiona była efektywnego systemu biernej i aktywnej obrony przeciwlotniczej. Dopiero fakt oficjalnego zawiadomienia władz o możliwości wybuchu kolejnego konfliktu skłonił polityków do wyasygnowania funduszy na rozwój lotnictwa i artylerii przeciwlotniczej. Wieloletnich opóźnień nie można było jednak nadrobić w kilka miesięcy.

Pierwszym problemem, z jakim należało się zmierzyć, był brak ciężkich dział przeciwlotniczych. Te stworzone podczas I wojny były zbyt przestarzałe pod każdym względem, by wykorzystać je do jakiejkolwiek innej roli poza podnoszeniem morale cywilów hukiem wystrzałów. Na pojawienie się nowych konstrukcji w krótkim czasie nie można było liczyć. Działa kalibru 4,5 cala zostały zatwierdzone do użytku we wrześniu 1937 roku, lecz pierwsze z nich znalazło się na stanowisku dopiero w lutym 1939 roku. Dostawy miały sie zakończyć dopiero w roku 1940. Duże nadzieje wiązano z nowoczesnymi działami kalibru 3,7 cala, jednak te miały się pojawić dopiero na przełomie 1938 i 1939 roku. Świat tymczasem nie stał w miejscu.

W marcu 1938 roku, kiedy Hitler dokonał aneksji Austrii, w całej Wielkiej Brytanii istniały zaledwie 252 ciężkie działa przeciwlotnicze i 969 reflektorów, a część z nich była częściowo lub całkowicie niesprawna z powodu braku części. Aby zrozumieć skalę problemu, wystarczy przypomnieć, że w 1918 roku samego Londynu broniło 286 dział i 387 reflektorów, a przyjęte w lutym 1937 roku normy zakładały posiadanie 1264 ciężkich dział przeciwlotniczych. Nowe normy, przyjęte w maju 1939 roku, zakładały istnienie 2232 ciężkich dział. Tymczasem Wielka Brytania przystąpiła do wojny, mając zaledwie 662 działa przeciwlotnicze dużego kalibru. Do maja 1940 roku udało się zwiększyć ich liczbę do 1027 sztuk.

Podobne braki występowały w każdej innej dziedzinie obrony przeciwlotniczej. Jednolity system dowodzenia, oparty na sieci posterunków obserwacyjnych i stacji radarowych, pokazany choćby w filmie „Bitwa o Anglię”, zaczęto budować dopiero w 1937 roku, a prace trwały jeszcze przez cały 1940 rok. Nawet najdoskonalsze stacje namierzania celów byłyby jednak bezwartościowe bez sprawnie funkcjonującego systemu weryfikacji i przekazywania informacji, a na stworzenie takiej sieci trzeba było sporo poczekać. Serce systemu obronnego, czyli podziemny Pokój Operacyjny w Bentley Priory, zabezpieczony przez wszelkimi możliwymi bombami lotniczymi stosowanymi w tym czasie, osiągnęło gotowość operacyjną dopiero w marcu 1940 roku. Do czasu ukończenia budowy wszystkich elementów i zapewnienia szybkiego i precyzyjnego przekazywania informacji, niebo nad Wielką Brytanią było otwarte dla napastników.

Per Ardua Ad Astra – odrodzenie RAF

Choć trudno w to uwierzyć, do 1935 roku RAF był finansowany na poziomie zapewniającym jedynie skromną wegetację. Dopiero kiedy Niemcy objawili światu swą potęgę lotniczą na paradzie z okazji urodzin Hitlera, Brytyjczycy postanowili odbudować swe siły powietrzne. Podstawą lotnictwa myśliwskiego Wielkiej Brytanii w połowie lat trzydziestych były dwupłaty z otartym kokpitem. W lutym 1937 roku rozpoczęły się dostawy maszyn Gloster Gladiator, również w układzie dwupłatowym, jednak z zamkniętym kokpitem. W tym samym miesiącu rozpoczęły się jednak dostawy Bf-109 dla Luftwaffe, przez co RAF ponownie znalazł się w gorszej pozycji od swego ewentualnego przeciwnika. Co więcej, Brytyjczycy byli przekonani o istnieniu jeszcze potężniejszego myśliwca, He-113. Oba niemieckie myśliwce były doskonałym impulsem do przyspieszenia prac nad wyposażeniem RAF-u w nowoczesne jednopłaty myśliwskie.

W styczniu 1938 roku oficjalnie rozpoczęto przezbrajanie 111 Dywizjonu na samoloty Hawker Hurricane. Jak się miało okazać, maszyny te miały stać się „koniem roboczym” dywizjonów RAF. Jak na swój czas, były to samoloty silnie uzbrojone i dysponujące osiągami pozwalającymi na nawiązanie walki z każdym samolotem, jakim dysponowali Niemcy. Problemem opóźniającym przezbrajanie każdej gałęzi brytyjskich sił zbrojnych było jednak powolne tempo produkcji. Do czasu zawarcia układu monachijskiego zdążono wyposażyć we wspomniane samoloty zaledwie dwa dywizjony, a do końca 1938 roku zwiększono tę liczbę do pięciu. 1 lipca 1940 roku, dziewięć dni przed „oficjalnym” rozpoczęciem Bitwy o Anglię, RAF miał już 29 tak uzbrojonych dywizjonów.
Wprowadzanie do służby najsłynniejszego chyba brytyjskiego myśliwca II wojny, Supermarine Spitfire, również przebiegało z trudnościami. Dostawy rozpoczęły się w sierpniu 1938 roku. Do września 1939 RAF posiadał 10 dywizjonów wyposażonych w te samoloty. Wojna przyspieszyła tempo produkcji, dzięki czemu na początku Bitwy o Anglię już 19 dywizjonów RAF posiadało na stanie Spitfire’y.

Pierwszy test

6 września 1939 roku obsługa baterii reflektorów położona u ujścia rzeki Blackwater zameldowała o nieprzyjacielskim samolocie nadlatującym nad wybrzeże. Do jego przechwycenia poderwano Flight z 56 Dywizjonu, wyposażonego w myśliwce Hurricane. Z nieznanych przyczyn, w powietrze wzbiła się cała jednostka wzmocniona o dwie maszyny rezerwowe podążające za dywizjonem. Stacja radarowa w Essex zinterpretowała tak liczną grupę samolotów jako nieprzyjaciół, co poskutkowało wysłaniem dalszych czterech dywizjonów. Co gorsza, nabrzeżna artyleria przeciwlotnicza otworzyła ogień do pechowego 56 Dywizjonu, co zachęciło Flight z 74 Dywizjonu do ataku na „wrogą” formację. Brak doświadczenia i nadmierna gorliwość pilotów przyniosła plon w postaci dwóch zestrzelonych Hurricane’ów z 56 Dywizjonu. Były to wspomniane maszyny rezerwowe, lecące za swoją jednostką. Jeden z pilotów zginął. Początkowy meldunek złożony przez baterię reflektorów okazał się fałszywy. Tego samego dnia artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła bombowiec Bristol Blenheim z 64 Dywizjonu.

„Bitwa nad Barking Creek”, jak nazwano wspomniane zajście, stała się motorem do przebudowy całego systemu kierowania myśliwcami. Zmieniono procedury komunikacji i system nanoszenia danych na stoły w pokojach operacyjnych. Ciągle zwiększała się też liczba maszyn. 4 września 1939 roku RAF posiadał 39 dywizjonów myśliwskich, z czego na stanie 30 z nich znajdowało się 570 samolotów jednosilnikowych (Gladiator, Defiant, Hurricane i Spitfire), 7 wyposażono w 131 dwusilnikowców (Blenheim), a 2 posiadały przestarzałe maszyny Gloster Gauntlet czy Hawker Hind. 28 maja Fighter Command mogło liczyć na 730 maszyn, ale 16 czerwca 1940 roku, RAF posiadał zaledwie 260 Spitfire’ów, 182 Hurricane’ów, 88 Blenhimów i 19 Defiantów. Zmniejszenie się liczby maszyn było skutkiem zaciętych walk we Francji i nad Kanałem. Do rozpoczęcia Bitwy o Anglię, zdołano jednak zwiększyć liczbę myśliwców do ok. 900 maszyn, w tym 292 Spitfire’ów i 462 Hurricane’ów. Jak pokazała przyszłość, było to niezbędne minimum, przy którym można było myśleć o odparciu ataku Luftwaffe na brytyjskie lotniska i miasta.

Wnioski

Analiza powyższych danych nasuwa prostą, acz bolesną odpowiedź na postawione w tytule artykułu pytanie. Brytyjczycy nie rozpoczęli we wrześniu 1939 roku zakrojonych na szeroką skalę uderzeń na froncie zachodnim, bo w ich przekonaniu nie byli gotowi do wojny. W ich mniemaniu rozpoczynanie bombardowań lotniczych bez zapewnienia odpowiedniego stopnia ochrony własnym miastom niosło ze sobą ryzyko poniesienia olbrzymich strat wśród ludności cywilnej. W końcu to sam premier Stanley Baldwin powiedział: „Jedyną obroną jest atak, co oznacza, że musisz, jeśli chcesz ocaleć, zabijać kobiety i dzieci szybciej i w większej liczbie niż robi to twój przeciwnik”.

Stojąc w obliczu rozpoczęcia rywalizacji z Niemcami o to, kto pierwszy wyniszczy swe miasta, brytyjscy wojskowi potrzebowali czasu, by uzupełnić choć w części olbrzymie braki w uzbrojeniu przeciwlotniczym, wyprodukować więcej myśliwców czy stworzyć system obrony powietrznej z prawdziwego zdarzenia. Brytyjczycy zrobili więc jedyną rzecz, jaka wydawała im się rozsądna z ich punktu widzenia – nie rozpoczęli bombardowań, by nie sprowokowań Niemców do niszczycielskiego, w ich mniemaniu, kontrataku. Kupili czas niezbędny na dozbrojenie swej armii kosztem Czechosłowacji i Polski. Z naszego, polskiego punktu widzenia może wydawać się to okrutne, należy jednak pamiętać o tym, że każdy rząd dba w pierwszej kolejności o swoich obywateli. Brytyjczycy liczyli zresztą na siłę francuskiej armii i blokadę ekonomiczną Niemiec, która miała rzucić Hitlera na kolana. Przebieg zdarzeń pokazał, że w Londynie pomylono się w prognozowaniu przyszłości prawie pod każdym względem.

Łukasz Męczykowski: Doktorant, absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Interesuje się historią wojskowości ze szczególnym uwzględnieniem drugiej wojny światowej. Autor pracy magisterskiej na temat: „Lekka broń przeciwpancerna piechoty w drugiej wojnie światowej”, prowadzi badania nad rolą brytyjskiej Home Guard w latach 1940 – 1945. Bierze aktywny udział w renowacji zabytków militarnych na terenie Trójmiasta.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Link do strony.

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!