• Opinie
  • 20 listopada, 2014 8:45

Wileńszczyzna, czyli Mars

Od wielu lat rzesze naukowców, dziennikarzy i nawet zwykłych pasjonatów spoglądają z utęsknieniem w stronę Marsa. Czerwona planeta — tak podobna i tak totalnie różna jednocześnie od Ziemi — przyciąga, zaskakuje, rozczarowuje. Raz po raz powstają i upadają pomysły lotu załogowego na Marsa. Podobnie jest ze stosunkiem Polski do Litwy.

Aleksander Radczenko
Wileńszczyzna, czyli Mars

Takiej bliskiej i dalekiej jednocześnie. Rzesze publicystów i polityków, co jakiś czas próbują zrozumieć Litwinów, znaleźć z nimi wspólny język, naprawić stosunki i po pewnym czasie rezygnują rozczarowani ich niepojętymi antypolskimi fobiami. Jerzy Haszczyński opublikował ostatnio na łamach „Rzeczpospolitej” felieton pt. „Litwo! Rozczarowanie moje!”.

Po raz kolejny powtarza w nim cały szereg najczęściej słusznych zarzutów Warszawy wobec Wilna. Po raz kolejny powtarza też mit, o tym jak to stosunki polsko-litewskie pięknie się układały na zaraniu litewskiej niepodległości. Akurat jestem wystarczająco stary, żeby pamiętać, jak napięte były wówczas te stosunki na Litwie — nie tylko a propos za sprawą prokremlowskich autonomistów — i jak Warszawa starała się tego nie dostrzegać (gdyby i dziś prowadziła podobną politykę stosunki polsko-litewskie byłyby równie „dobre” jak wtedy). Moim zdaniem obecnie stosunki są dużo bardziej poprawne. W jednym jednak przyznaje Haszczyńskiemu rację całkowitą — potrzebny jest przełom w myśleniu litewskich elit. Bez tego przełomu nic się w stosunkach polsko-litewskich nie zmieni. Tylko w odróżnieniu od Haszczyńskiego nie uważam, że Polska powinna czekać na ten przełom z opadniętymi rękami, bezradna. Wydaje mi się, że raczej potrzebuje finezyjnej strategii na przyśpieszenie tego przełomu, na zmianę nastawienia tak litewskich elit jak i opinii publicznej. I przydałby się jej w realizowaniu tej strategii, gdy już i o ile w ogóle kiedykolwiek powstanie, sojusznik wśród Polaków na Litwie. Niestety jak wynika z wywiadu, którego udzielił ostatnio dla tejże „Rzeczpospolitej” Waldemar Tomaszewski tymczasem o takiego sojusznika łatwiej chyba Moskwie niż Warszawie, chociaż to ta ostatnia łoży bajońskie kwoty na polską kulturę, szkolnictwo i organizacje społeczne na Litwie. A więc — pośrednio — i na Waldemara Tomaszewskiego oraz AWPL.

Waldemar Tomaszewski w wywiadzie „Majdany i bolszewizm są największym złem” nie owija w bawełnę: „Wstążka gieorgijewska, proszę pana, to jest symbol świętego Jerzego, patrona rycerskości. Nie ma tutaj żadnych negatywnych skojarzeń”, „Symbol świętego Jerzego nie może być przecież żadnym złem. Ponadto ja ją założyłem 9 maja. To ważny dzień. Może najważniejszy dzień w XX wieku. I mam wyrzekać się tego symbolu tylko dlatego, że w Donbasie toczą się „separatystyczne boje”? Mało kto pamięta, że obok miałem wpiętą wstążkę biało-czerwoną, bo Berlin zdobyliśmy wspólnie”, „Dla mnie te wszystkie Majdany i bolszewizm są największym złem (…) część majdanowców gloryfikuje ideologię Bandery, która zawsze była antypolska, antyrosyjska 
i antysemicka”. Wiadomo (perafrazując wypowiedź bohatera „Deja vu” Juliusza Machulskiego): Majdan – bad, wstążka – good. Dobrze, że przynajmniej nie proponuje zbombardować Kijów… Swoją drogą mam olbrzymi szacunek wobec żołnierzy, którzy zginęli walcząc z hitlerowskimi Niemcami i ich sojusznikami. W tym żołnierzy ZSSR (nie zmienia to oczywiście faktu, że jednocześnie przynieśli mojemu krajowi nie wyzwolenie tylko drugą okupację sowiecką). Uważam, że należy im się od nas przynajmniej pamięć, modlitwa i znicz, tylko nie rozumiem dlaczego należy to robić 9 maja razem z putinowską Rosją, a nie 8 maja razem z całą demokratyczną Europą? A już na pewno nie potrzebuje do takiego uczczenia ich ofiary św. Gieorgija. Żukowa. Ani pod postacią wstążki, ani pod żadną inną.

Jest też, oczywiście, tradycyjna historia kombatancka: „W roku 1980 w swojej polskiej szkole mówiłem o stalinowskiej zbrodni w Katyniu.” Tym razem okraszona wątkiem martyrologicznym: „Po czym byłem przesłuchiwany i próbowano mnie zastraszyć.” Najwyraźniej zastraszyć się nie udało, skoro — jak podkreślił niegdyś w innym wywiadzie — przyszły wódz wszystkich Polaków na Litwie to nawet do komsomołu należał jedynie „zaocznie”. Mój ojciec, gdy usłyszał o tych kombatanckich czynach, zauważył: „No to i mnie w takim razie zapiszcie do dysydentów, bo również w latach 70. dyskutowałem o Katyniu z kolegami w pracy. Zresztą o mordzie katyńskim wiedział każdy kto się ciekawił historią, czytał „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna i umiał dodać dwa do dwóch…” Do dysydentów mogłaby się zapisać i moja mama, która na egzaminie z dialektycznego materializmu, marksizmu-leninizmu, historii KPZR czy jakiegoś innego beznadziejnego przedmiotu w dalekim 1969 roku odpowiadając na pytanie: „Czy lepszy jest system jedno- czy wielopartyjny?” odpowiedziała: „Wielopartyny. No bo przecież jest konkurencja, różne zdania, można wybrać pasującą opcję i uniknąć błędów.” Ciekawie jak na to pytanie w roku 1980 odpowiadał Tomaszewski i jak odpowiada dzisiaj.

Waldemar Tomaszewski hojnie serwuje też przykłady tradycyjnej logiki partyjnej (trochę przypominającej logikę pewnego czarnoskórego bohatera powieści „W pustyni i w puszczy”): „Nasze regiony są sprawnie i uczciwie zarządzane. Nie jesteśmy zadłużeni. Sporo inwestujemy, dużo budujemy. A Wilno, niestety, jest zadłużone. (…) W siedmiu samorządach mamy przedstawicieli AWPL. We wszystkich siedmiu samorządach jesteśmy przy władzy. W Wilnie jesteśmy w koalicji.” Jednym słowem tam gdzie dobrze się dzieje — to dzięki rządom AWPL, tam gdzie źle — AWPL jest tylko w koalicji rządzącej, „przy władzy”, ale za nic nie odpowiada.

Poza tym Waldemar Tomaszewski z rozbrajającą szczerością przyznaje, że nie ma w zasadzie żadnego pomysłu na polepszenie stosunków polsko-litewskich: „Nie mamy tylu posłów, żeby podejmować takie inicjatywy. Nie jesteśmy stroną, jeżeli chodzi o rozwiązywanie tego typu sporów. To sprawa pomiędzy Polską i Litwą. Ponadto nie można w ten sposób nas oceniać: „Macie paru posłów, to wpływajcie na politykę”. W jaki sposób? Nie mamy większości ze 141 posłów. Jak ktoś zna arytmetykę, to będzie wiedział, że to niemożliwe.” Można więc zapytać: po co jest w takim razie potrzebna polska partia skoro jej posłowie nie mają na nic wpływu i nie chcą podejmować żadnych inicjatyw, a większości w postaci 71 posła raczej mieć nie będzie nigdy? Nawet uwzględniając fakt, że Litwini do AWPL —jak twierdzi jej lider — walą drzwiami i oknami: „Zaproszeń od nich mam tyle, że nie wszędzie mogę się pojawiać.“ Zobaczyć by jeszcze tę liste niekończących się zaproszeń na własne oczy…

Jakie są szanse na przełom w myśleniu litewskich elit o litewskich Polakach, jeśli po stronie polskiej na Litwie mają partnera, który paraduje na świętach organizowanych przez rosyjską ambasadę ze wstążką, niech nawet nie sowiecką i nie putinowską, tylko ustanowioną przez Katarzynę II (inicjatorkę rozbiorów Rzeczpospolitej Obojga Narodów) na cześć zwycięstw Aleksandra Suworowa, kata warszawskiej Pragi; którego jedyną receptą na rozwiązanie polskich problemów na Litwie jest zdobycie przez AWPL większości w Sejmie? Obawiam się, że nie większe niż moje szanse na załapanie się na najbliższy lot załogowy na Marsa.

Z jednym jednak stwierdzeniem Tomaszewskiego zgadzam się w 100 proc. — cenzury być nie powinno: „Ktoś chce nam powiedzieć, że nas samych nie stać na refleksję. Nie możemy czytać więcej niż jednej gazety i oglądać więcej niż jednej telewizji? A dlaczego? Bo jesteśmy głupi?” Byłoby fajnie, gdyby propagandyści i działacze AWPL, którzy zwalczają niezależne od siebie polskie media na Litwie z zaciekłością większą niż wykazują w walce z „lietuviskimi” nacjonalistami, wzięli te słowa Wodza głęboko do serca. Bowiem być może przełom, którego nie jest w stanie zrobić polska partia, będą w stanie przynajmniej przybliżyć niezależne polskie media?…

PODCASTY I GALERIE