• Opinie
  • 30 sierpnia, 2016 6:01

Widacki: Zetknęły się polska pycha i litewskie fobie

"Jeżeli nie będzie dobrych stosunków polsko-litewskich, chcąc nie chcąc Polacy na Litwie staną się zakładnikami polityki polskiej" - mówi w rozmowie z zw.lt Jan Widacki, pierwszy ambasador Rzeczypospolitej Polskiej w niepodległej Litwie. W ubiegłym tygodniu prof. Jan Widacki razem z dr Małgorzatą Kasner i księciem Maciejem Radziwiłłem został laureatem Nagrody im. Jerzego Giedroycia, przyznanej za pracę na rzecz dobrych stosunków Litwy i Polski.

Małgorzata Kozicz
Widacki: Zetknęły się polska pycha i litewskie fobie

Fot. Joanna Bożerodska

Małgorzata Kozicz, zw.lt: Odbierając Nagrodę im. Jerzego Giedroycia wspominał pan, że dokładnie tego samego dnia przed dwudziesty laty opuścił Wilno, kończąc misję ambasadora. Symboliczny powrót.

Prof. Jan Widacki: Wszystkie powroty mają w sobie coś metafizycznego. W przeddzień wręczenia nagrody, 25 sierpnia, byliśmy z żoną na spacerze na Starówce, usiedliśmy w restauracji na ulicy Zamkowej i zaczęliśmy liczyć, kiedy wyjechaliśmy z Wilna. Wtedy odkryliśmy, że to było dokładnie 26 sierpnia, 20 lat temu. Obok dziewczyna na ulicy grała na skrzypcach „Pożegnanie ojczyzny”. Potem się okazało, że chyba nic innego nie umie, bo zagrała to z sześć razy, ale było to coś bardzo symbolicznego i bardzo sympatycznego.

Czy Litwa się zmieniła?

Pamiętam Litwę bardzo siermiężną, poradziecką. Pamiętam, jak premier Litwy jeździł starą Wołgą, a policja rozpadającymi się Ładami, a w tej chwili ruch uliczny jest jak w każdym dużym europejskim mieście, Starówka jest pięknie odnowiona, choć są jeszcze miejsca, które wymagają remontu. Wilno stało się pieknym europejskim miastem.

Co prawda byłem tutaj w międzyczasie, nie jest tak, że nie było mnie przez 20 lat. Przyjeżdżałem na uroczystości 10-lecia Traktatu Polsko-Litewskiego 12 lat temu i jeszcze kiedyś na jeden dzień. Każdy powrót tutaj jest powrotem sentymentalnym. Bardzo lubię Wilno jako miasto, poza tym spędziłem tu 4,5 roku i był to ważny okres mojego życia zawodowego, politycznego.

Jako pierwszy ambasador Polski w niepodległej Litwie miał pan niełatwe zadanie.

Gdy wyjeżdżałem z Polski z nominacją ambasadorską, przed wyjazdem przyjął mnie prezydent Lech Wałęsa. To nie było zwyczajem, żeby prezydent osobiście żegnał ambasadorów, w moim przypadku zrobił wyjątek. Poszedłem do prezydenta nauczony, co to ja mam w tych stosunkach polsko-litewskich zrobić. Między innymi ważna była kwestia przejść granicznych. Wtedy to był dramat, kilkukilometrowe kolejki… Referuję to prezydentowi, ale Lech Wałęsa nie lubił długo słuchać i przerwał mi ze słowami: Panie, coś pan, za 10-15 lat Polska i Litwa będą w Unii Europejskiej, żadne przejścia graniczne nie będą potrzebne. Postawcie tam coś prowizorycznego, jakiś barakowóz, to wystarczy. Od tego czasu minęło 12 lat, Polska i Litwa znalazły się w Unii Europejskiej, czyli Wałęsa zmieścił się w swoim prognozowanym przedziale.

Cieszy, że Polska i Litwa znalazły się we wspólnocie europejskiej, przede wszystkim wspólnocie politycznej, ale też wspólnocie wartości. To bywa niedoceniane. W tej chwili, kiedy mamy wyraźny kryzys Unii Europejskiej, wszystkie państwa regionu – także Polska, także Litwa, powinny zdobyć się na wysiłek, żeby tą Unię Europejską umacniać. Obawiam się, że przynajmniej Polska nie robi tego w tej chwili. Jest to coś, nad czym boleję, bo jest to w sumie samobójcze.

Rosja pokazała, że nie szanuje ładu, który powstał po roku 90-tym, zajmując Krym, interweniując na Wschodniej Ukrainie. Jest to nowe zagrożenie, którego nie było. Jest terroryzm na skalę niespotykaną do tej pory. Dochodzi jeszcze problem uchodźców. To wszystko rodzi pewną nowę sytuację, w której Europa musi się odnaleźć. Europa się troszkę miota i w tym całym miotaniu się kraje całej Unii Europejskiej powinny okazywać ogromną solidarność i próbować wspólnie rozwiązywać problemy. Tego niestety nie ma i obawiam się, że to się źle skończy i dla Polski, i dla Litwy. Podstawą naszego bezpieczeństwa jest ich członkostwo w NATO i przynależność do UE. Jeżeli znajdziemy się na jej peryferiach albo okaże się, że unia jest czymś podzielonym i będą jakieś stopnie przynależności do unii, my się znajdziemy poza głównym nurtem, to tylko ze stratą dla naszego rozwoju i bezpieczeństwa.

Wracając do czasów sprzed 25 lat. Litwa i Polska wznowiły stosunki dyplomatyczne, ale drażliwym tematem były kwestie mniejszości polskiej na Litwie. Czy z dzisiejszej perspektywy uważa pan, że zrobiono wtedy wszystko dla rozwiązania tych problemów – które zresztą dzisiaj, po upływie 25 lat, pozostają takie same?

O nie, wtedy problemy były o wiele większe. Rozwiązano samorządy polskie i w to miejsce nie organizowano nowych wyborów. W tym czasie mianowano komisarzy, którzy tak rozumieli litewską rację stanu, że trzeba ograniczać prawa Polaków – i robili to z wielką gorliwością. Był problem z rejestracją Związku Polaków na Litwie – dramatyczne załatwianie na szczeblu rządowym, żeby ten związek wreszcie zarejestrować. Był problem języka – np. istniała opinia Komisji Języka Litewskiego, że polska gazeta ma się nazywać nie „Kurier Wileński”, a „Kurier Vilniuski”. To było tak, jak mówił Miłosz – stosunki polsko-litewskie zostały zapeklowane w 1939 roku, aż nagle otwarto słoik i wrócono do poprzedniego stanu. Myślę, że w krótkim czasie dokonano dużego postępu, już potem w takich kategoriach żeśmy nie dyskutowali, już nikt nie dyskutuje, czy można pisać po polsku „Wilno” w gazecie wychodzącej na Litwie.

Te problemy, które są, są zawsze związane z mniejszością narodową. Każda mniejszość narodowa czuje się niekomfortowo w otoczeniu większości – to jest zrozumiałe. Z tej racji zawsze ma pewne przywileje ,także natury politycznej, choćby obniżony próg wyborczy. My, Polacy z Polski, możemy Polakom na Litwie zrobić największy prezent, dając im dobre stosunki polsko-litewskie. Jeżeli nie będzie dobrych stosunków polsko-litewskich, chcąc nie chcąc Polacy na Litwie staną się zakładnikami polityki polskiej.

A obecnie nie są?

Gdyby ta polityka była mądra, to by nie byli. Upominamy się o prawa mniejszości nie dlatego, że są to nasi współplemieńcy, tylko dlatego, że domagamy się poszanowania praw człowieka w Europie. Polacy na Litwie są obywatelami Litwy, mają wszystkie te same prawa, które mają obywatele Litwy. Jak ktoś ich tych praw pozbawia, to obojętne, czy pozbawia praw Polaków, czy Eskimosów w Norwegii, to jest działanie przeciwko prawom człowieka a wszystkie kraje europejskie zobowiązały się tych praw przestrzegać. Na tej płaszczyźnie trzeba patrzeć na stosunki między państwami.

Czyli w tej sytuacji piłka jest po stronie litewskiej?

Problem jest skomplikowany. Np. to, że nie ma dwujęzycznych nazw miejscowości, to jest nieprzestrzeganie standardu europejskiego. Z drugiej strony rozumiem doskonale obawy Litwinów. Gdyby się okazało, że w Warszawie mieszka 20 proc. mniejszości – obojętnie, rosyjskiej czy niemieckiej – i zgodnie z ustawą chcą mieć napisy rosyjskie czy niemieckie, widzę, jak opinia publiczna by reagowała. Albo gdyby w województwie mazowieckim było 60 proc. Niemców czy Rosjan, jakby Polacy reagowali na prawa tej mniejszości. To trzeba tłumaczyć, trzeba pokazywać, że na Śląsku Opolskim mamy dwujęzyczne tablice i Polska się od tego nie rozpadła. A nie tupać nogą, straszyć, odgrażać się. Przecież Sikorski (były minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski, przyp. red.) przez ileś lat tu nie przyjechał. Porównywałem jego politykę do takiego skauta, który mówił, że nie wejdzie do wody, dopóki się nie nauczy pływać. Sikorski oznajmił, że dopóki się nie poprawią stosunki, nie przyjedzie do Wilna. Same się miały poprawić? Są zaniedbania dyplomacji polskiej, dyplomacji litewskiej. Zetknęły się – kiedyś to tak nazwałem, polska pycha i litewski fobie – jedno drugie wzmacnia.

A jak pan ocenia obecną politykę zagraniczną Polski?

Za granicą nie chciałbym krytykować rządu polskiego, a musiałbym, odpowiadając na to pytanie.

Z kolei pan podczas swojej kadencji ambasadora był dość aktywnie krytykowany zarówno przez stronę litewską, jak i polską, te kontrowersyjne opinie krążą zresztą do dziś. Z czego to wynikało?

Stowarzyszenie Vilnija uważało, że polonizuję Wileńszczyznę, niektórzy Polacy na Litwie uważali, że lituanizuję Polaków. To mnie utwierdzało w przekonaniu, że czynię dobrze, skoro oszołomstwo z jednej i z drugiej strony z jednakową pasją próbuje mnie zwalczać.

Jan Widacki – znany polski adwokat, prawnik oraz dyplomata. W latach 1992–1996 był ambasadorem RP na Litwie. W 1996 został odznaczony litewskim Orderem Wielkiego Księcia Giedymina II klasy z Gwiazdą, a w 2005 – Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2005). W 2011 został odznaczony litewskim odznaczeniem resortowym – Gwiazdą Dyplomacji Litwy.

PODCASTY I GALERIE