• Opinie
  • 10 stycznia, 2015 7:03

A w Kijowie -16C

Gdyby nie wojna, Daria mieszkałaby w Doniecku. Studentka drugiego roku anglistyki na weekendy wracałaby do rodzinnej Dmitrovki starym autobusem. Po warzywa z ogródka i domową tuszonkę, choć mama zawsze przecież zapakuje coś więcej. 7 stycznia 2014 r. w swoje strony wraca jednak skąd inąd. Siedzimy obok siebie i obserwujemy, jak pod nami chmury zaczynają przesłaniać warszawski Ursynów.

Anna Matusewicz

Lot do Kijowa trwa półtorej godziny. Kiedy podchodzimy do lądowania nad pokrytym lodem rozlewiskiem Dniepru, wiem już, że Darię czeka jeszcze długa podróż w pociągu. Rozmawiamy po polsku – dziewczyna od miesiąca uczy się polskiego. Chciałaby studiować w Warszawie, być może związać swoją przyszłość z Polakiem, którego poznała rok temu, przenieść się na stałe do Polski. „Odkąd Donieck nie jest Ukrainą, moje studia straciły na wartości” – tłumaczy. Nie może kontynuować nauki w samym Doniecku, robi to online, ale mimo to dyplom wydany przez DNR (Narodową Republikę Doniecka) nie będzie uznawany nigdzie na świecie.

Gdy widzę w prasie doniesienia ze wschodniej Ukrainy, rzadko się zastanawiam nad tym, jak wojna wpływa na zwykłych ludzi. Zrównane z ziemią nowe lotnisko, pokaleczone kulami domy – wszystko to działa na wyobraźnię. Ale prawdziwy dramat zaczyna się w momencie, gdy musisz odnaleźć się w raptownie zmienionej rzeczywistości.

„Jestem z Donbasu, słabo mówię po ukraińsku nawet dziś, po dwudziestu latach w Kijowie” – przyznaje taksówkarz, który wiezie mnie do Boryspola. Za rejs mam zapłacić 254 hrywny i dyspozytorka zapewnia, że jest to najniższa cena w stolicy. To, co wielu Polakom jest niezrozumiałe, dla Ukraińców jest normalne. Na ulicy rosyjski słychać nawet częściej, niż ukraiński. Ale po wydarzeniach ubiegłego roku w wielu zaczęła kiełkować świadomość odrębności. Że Ukraina to nie jest Rosja-bis, lecz coś, co w zasadzie należy do nich. Poczucia sprawczości wciąż jednak brakuje, nawet po Majdanie. „Gdybyśmy zrobili jak w Gruzji – wyrzucili wszystkich na zbity pysk, od polityków po policję, i wzięli ludzi nowych, bez korupcyjnej przeszłości, wtedy, być może, udałoby się nam wyjść z tego szamba” – tłumaczy mój kierowca. I uderza miarowo w kierownicę, gdy wymienia nazwiska, będące ponownie u władzy. Ale korupcyjny system wżarł się zbyt głęboko. Podobno Natalie Ann Jaresko, „importowana” nowa minister finansów Ukrainy, już po miesiącu sprawowania urzędu zdenerwowała się na swoich podwładnych. „Jeszcze nikt nigdy tak bardzo mi nie przeszkadzał w pracy” – miała powiedzieć. Bo w ukraińskiej politycznej rzeczywistości każdy ciągnie kołdrę do siebie.

W Kijowie wita mnie prawdziwa zima. Nie jestem przygotowana, dlatego robię tylko krótki spacer po okolicy Placu Niezależności. Czyli Majdanie, tym samym, gdzie niegdyś powiewały pomarańczowe flagi, a dekadę później ginęli ludzie. Ukraińcy potrafią wspominać i opowiadać. Jest to chyba jeden z tych nieuchwytnych, lecz czarujących elementów wschodniosłowiańskiej duszy. Tysiące zniczy, kwiaty, krzyże.

Wzdłuż ulicy Instytuckiej ciągnie się ściana z kostki brukowej. Ta stała się symbolem oporu, dla obrony i dla wzmocnienia budowanych barykad cegły wybijano łomem z chodników. Murek osłania przed wiatrem zdjęcia zabitych. Ludzie przystają. Przechodzą z siatkami z zakupami, jakby mimochodem, a jednak zatrzymują się na chwilę. Niektórzy uważają, że pora przestać palić znicze i zabrać się do roboty. Najlepiej u podstaw, a z tym jest znacznie trudniej.

O tym, że kraj jest w stanie wojny, przypominają na Majdanie plakaty poświęcone ukraińskim żołnierzom. Mariupol, Słowiańsk, słoneczne dni, uśmiechnięte twarze – wszystko zgodnie z zasadami psychologii politycznej propagandy. Obok kadry z walk na barykadach. I ogromne niebiesko-żółte billboardy w tle. W tym miejscu nie wypada nie wrzucić do puszki z napisem „ATO” (Operacja Antyterrorystyczna). Wsparcia proszą też ochotnicze bataliony Azow i Donbas. W mieście zamiast reklam przy głównej drodze czytam „Sława bohaterom” i „Módlmy się za Ukrainę”.

W Kijowie każdy zna kogoś, kto był na Majdanie. Kto w ten czy inny sposób był zaangażowany w rewolucję. Ale nie o zmianę elit politycznych przecież chodzi, ta najważniejsza, rewolucyjna zmiana powinna najpierw zajść w ludziach. Tak twierdzi mój taksówkarz. „Chcę, żeby w moim kraju był porządek. Chcę płacić podatki, a nie łapówki” – mówi. I żałuje, że dwa lata temu nie przyjął propozycji pracy w Polsce.

Z Darią żegnamy się jak stare znajome. Jestem pewna, że dziewczynie, która w miesiąc potrafi nauczyć się języka polskiego, uda się zrealizować i marzenie o studiach w polskiej stolicy. Na wszelki wypadek życzę jej wytrwałości w podjętych postanowieniach i pomyślności. ”С праздникам!” – woła na pożegnanie. I nurkuje w szesnastostopniowy, jak na Boże Narodzenie przystało, mróz.

Więcej znajdziesz na jakmalowany.pl.

Zobacz Więcej
Zobacz Więcej