• Opinie
  • 21 stycznia, 2020 6:01

Sprawa „20 Polaków Narkiewicza”: Dyskryminacja czy gra polityczna?

Sprawa "20 Polaków Narkiewicza" stała się najgorętszym tematem tygodnia. Wypowiedź prezydenta, sugerująca, że minister komunikacji Jarosław Narkiewicz zatrudnił 20 osób polskiego pochodzenia z jego partii lub bliskiego otoczenia, była szeroko komentowana przez dziennikarzy i politologów. Z kolei premier Saulius Skvernelis w swojej wypowiedzi uznał, że krytyka Narkiewicza przez prezydenta i opozycję może być dyskryminacją z powodu narodowości.

Ewelina Knutowicz
Sprawa „20 Polaków Narkiewicza”: Dyskryminacja czy gra polityczna?

Fot. Joanna Bożerodska

Wcześniej Agnė Širinskienė zwróciła się do Państwowej Inspekcji Ochrony Danych, Służby ds. Badań Specjalnych (STT) i innych instytucji państwowych o zalecenia dotyczące sposobu wykorzystania danych osobowych i ich ujawnienia stronom trzecim. Według niej, na Litwie informacje o „20 Polakach Narkiewicza” rozpowszechniono w szczególnie negatywnym kontekście, bez wcześniejszego zbadania, czy narodowość jest w tym kontekście istotna do omówienia. Posłanka sądzi, że publikowane informacje sprawiały wrażenie, że polska mniejszość narodowa stanowi pewne zagrożenie.

Oświadczenie AWPL-ZChR: Działania doradców prezydenta prowokują konflikty narodowościowe

W związku z zaistniałą sytuacją biuro prasowe Akcji Wyborczej Polaków na Litwie – Związku Chrześcijańskich Rodzin wydało oświadczenie, gdzie podkreśliło, że sprawa „20 Polaków Narkiewicza” nie potwierdziła się. Natomiast 12 osób narodowości polskiej, nienależących do żadnej z partii, było zatrudnionych nie przez ministra, a przez kierowników spółek, podległych ministerstwu.

„Ten fakt gromadzenia danych osobowych może być oceniany jako złamanie zasady niedyskryminowania ze względu na narodowość oraz jako próba doradców prezydenta wywołania wśród społeczeństwa na Litwie wrogiego nastawienia wobec mniejszości narodowych. Tym bardziej, że we wspomnianym okresie w podległych resortowi placówkach zatrudniono w sumie około 500 ludzi” – czytamy w oświadczeniu.

Fot. Joanna Bożerodska

Autorzy tekstu cytują ustawy prawne obowiązujące na Litwie, między innymi, artykuł 22 Konstytucji Republiki Litewskiej, 29 artykuł Konstytucji Litwy, czy rozporządzenie Unii Europejskiej o ochronie danych nr 2016/679 ustanawiające jednakowe standardy ochrony danych osobowych.

„Litwa od wieków słynęła z wzajemnego szacunku, jakim darzą siebie mieszkające tutaj mniejszości narodowe – wszystkie narody budowały Litwę, wszystkie wspólnie dążyły do jej niepodległości. Wszyscy obywatele naszego kraju, niezależnie od narodowości, pracują na rzecz kraju, chcą czuć się bezpiecznie i darzyć zaufaniem organy władzy swojej Ojczyzny. Ubolewamy, że wyżej wspomniane mijające się z prawem działania doradców prezydenta podżegają do konfliktów narodowościowych, dyskredytują instytucje państwowe Litwy oraz podważają wizerunek naszego Państwa jako państwa tolerancyjnego i prawa” – podsumowują przedstawiciele AWPL-ZChR.

Pukszto: Skvernelis strzelił kulą w płot

Kierownik Katedry Politologii na Uniwersytecie Witolda Wielkiego w Kownie Andrzej Pukszto twierdzi, że Skvernelis broni swojej ekipy rządzącej. „W danym wypadku mamy spór nie o przejawy dyskryminacji, ale o zachowanie koalicji, a także ministra Narkiewicza w jej składzie. Moim zdaniem, premier trochę nie na miejscu wyciągnął tę kwestię narodowościową. Jeżeli dla niego ta sprawa dyskryminacji narodowościowej leży blisko na sercu, to mógł mówić o tym wcześniej. Nie dało się jednak słyszeć, że premier chciałby wzmocnić Departament Mniejszości Narodowych albo pozycję Rzecznika Praw Obywatelskich. Sądzę, że był to sposób wyjechać z konkretnej sytuacji politycznej. Wydaje mi się, że większość osób zwątpiła w intencje premiera” – powiedział Pukszto portalowi zw.lt.

Według politologa, gdyby zostały przeprowadzone konkretne badania, można by było spojrzeć na to inaczej. Pukszto zauważa, że trzeba mieć na myśli, że to stwierdzenie zostało wypowiedziane w kontekście wypowiedzi prezydenta na temat możliwości zatrudnienia przez Narkiewicza 20 osób narodowości polskiej. „Oczywiście, Nausėda również nie miał na myśli punktu dyskryminacyjnego. Chodzi wyłącznie o to, że minister Narkiewicz możliwie zatrudnia kogoś ze swego otoczenia, aczkolwiek prezydent również nie miał wyraźnych faktów. Można więc stwierdzić, że premier „strzelił kulą w płot” – stwierdził Pukszto.

Andrzej Pukszto/Fot. Joanna Bożerodska

Miksza: Nie jest nowością, że ministrowie zatrudniają osoby, którym ufają

Prawniczka, ekspert w dziedzinie praw człowieka Katarzyna Miksza powiedziała wczoraj na antenie radia „Znad Wilii”, że jest zdziwiona, że premier Saulius Skvernelis w taki sposób się odniósł do sprawy „20 Polaków Narkiewicza”.

„Naprawdę dziwne, że to był premier i nie wiadomo, czym to było spowodowane. Po to, aby zacząć kogoś dyskryminować, nie trzeba mówić, że zaraz się zacznie to robić. Prezydent nie powiedział, że będzie traktował ministra inaczej, bo ten jest Polakiem. Nausėda reagował wyłącznie na doniesienia na temat pracy ministra. Jeżeli chodzi o prezydenta, jego reakcja jest spowodowana czynnikami obiektywnymi” – uważa Miksza.

Prawniczka uważa, że Narkiewicz i Tamašunienė byli na celowniku już od czasu mianowania na ministrów. „Czy fakt, że są Polakami i należą do AWPL-ZChR, mógł sprawić, że społeczeństwo będzie na nich patrzyło z większą podejrzliwością, niż w wypadku innych ministrów? Aurelijus Veryga również jest pod ostrzałem ludzi, choć pewnie nie tak często. Być może uwaga społeczeństwa rzeczywiście została zwrócona w związku z polskim pochodzeniem” – zastanawiała się Miksza na antenie programu „Dzień na dwa głosy”.

Według niej, należy też mieć na uwadze, że stanowiska w tych ministerstwach zmieniły się nie bez powodu – są to ministerstwa problematyczne. „Ministerstwo Spraw Wewnętrznych jest jednym z najtrudniejszych w rządzie. Każdy z ministrów komunikacji, poprzedników Narkiewicza, również się spotykał z zarzutami” – podkreśliła Miksza.

Sprawy „20 Polaków Narkiewicza” Miksza nie jest skłonna wyolbrzymiać. „To, że o tym poinformował prezydent, było zadziwiające. Nie jest nic dziwnego w tym, że ministrowie zatrudniają na pewnych stanowiskach osoby z partii lub ludzi zaufanych. Już sam fakt, że lista nie została ujawniona, świadczy o tym, że widocznie zabrakło argumentów. Kwestie zatrudniania znajomych nie wynikają z tego, że był ogromny konkurs, a chcemy zatrudnić bliską osobę, ale z tego, że brakuje osób, które by odpowiadały wymogom tego stanowiska” – tłumaczy.

„Wierzę, że nie wszystkie osoby były zatrudnione tak do końca przejrzyście, ale popatrzmy na innych ministrów. Gdyby się okazało, że nikt inny nie zatrudnił ani jednej osoby, która by była z jego partii czy środowiska, byłabym bardzo zdziwiona. Prezydent powinien był tę sprawę przemilczeć, skoro mu się nie udało znaleźć argumentów. Ciągnięcie tej sprawy nie pozostawia dobrego wrażenia o prezydencie, jak też o premierze (ale w jego wypadku to akurat nie dziwi). Mamy wybory w październiku, więc premier i tak się zmieni. Prezydent nie. Sądzę, że Nausėda musi pomyśleć nad strategią współpracy z rządzącymi” – podsumowała Miksza.

Fot. Roman Niedźwiecki

Ketlerienė: Krytyka ministra nie jest dyskryminacją

Politolog Mariusz Antonowicz, zapytany na temat zaistniałej sytuacji, odpowiedział, że zgadza się z opinią Aleksandry Ketlerienė, zastępcy redaktor naczelnego portalu internetowego „Lrt.lt”, która na portalu społecznościowym „Facebook” napisała, że ubolewa nad tym, że politycy manipulują takimi określeniami, jak dyskryminacja na tle narodowościowym. Według dziennikarki „Lrt.lt”, osoby, które się spotkały z uprzedzeniami etnicznymi, będą miały w związku z sytuacją jeszcze większe trudności z udowodnieniem prawdy.

„Jako Polka mogę powiedzieć: niestety, na Litwie zdarzają się przypadki dyskryminacji na podstawie pochodzenia narodowego. Jednak krytyka działań ministra nie jest żadną dyskryminacją. Przykryć swoje nienajlepsze decyzje narodowością jest bardzo łatwo, ale w danym wypadku nie ma to nic wspólnego z prawdą” – napisała Ketlerienė.

Komar: Partia zaczyna przejmować „narrację języczka u wagi”

Jacek Jan Komar, publicysta, redaktor naczelny portalu „Voras.online” sądzi, że rząd i premier oraz szef głównej partii rządzącej doskonale zdają sobie sprawę, że takie głosowanie, jak nad budżetem, to po prostu poryw odpowiedzialności pewnej, niewielkiej grupy posłów, a nie trwałe poparcie dla rządzącej koalicji.

„Głosowanie nad obniżeniem progu wyborczego z 5 do 3 proc. wyraźnie to udowodniło. Bez AWPL-ZChR obecna, jakże delikatna większość, po prostu przestanie istnieć. W roku wyborczym oznacza to praktycznie paraliż rządu. Oznacza to także, że tzw. zasoby administracyjne zaczną szukać patronów w innych siłach politycznych. Nikt nie pomoże w nadchodzących wyborach. Jeśli do tego dodamy zupełny brak poparcia ze strony mediów, a nawet ostrą krytykę, nawet tych publicznych, to pojawia się dość smutny obraz” – uznaje publicysta.

Fot. Roman Niedźwiecki

Jacek Jan Komar dodaje, że z tego powodu obóz rządzący łapie się wszystkich możliwych sposobów, aby utrzymać większość i przygotować się do wyborów. „Nic więc dziwnego, że dominująca w koalicji partia zaczyna przejmować „narrację języczka u wagi”, czyli AWPL -ZChR. Zaczyna u nich dominować przekonanie, że oskarżając o dyskryminację ministrów AWPL-ZChR na tle narodowościowym zmienią tendencję i zamkną usta mediom. Takie argumenty może w jakimś stopniu zadziałają na litewskich Polaków czy Rosjan w regionach zamieszkanych przez te mniejszości, ale na pewno nie zrobią żadnego wrażenia na ogóle społeczeństwa” – uważa Komar.

„Mało kto tak naprawdę publikacje na temat wybryków ministra Narkiewicza widzi w perspektywie jego narodowości. Zdecydowana większość uważa, że polityk z regionalnej partii, która ma coś do powiedzenia co najwyżej w 3-5 rejonach na 60 w całej Litwie tak naprawdę naruszył – i to nie jeden raz – standardy obowiązujące w kraju już od wielu lat. Mamy na to wiele przykładów, gdy politycy z prowincji, mający w swoich samorządach wiele przewinień, wchodzą w politykę ogólnokrajową, a potem płaczą, że media wyciągają im różne sprawki z ich przeszłości. Choć uważają, że przecież nic takiego nie zrobili” – dodał redaktor. „Politycy AWPL-ZChR, którzy tak naprawdę rządzą w 2 rejonach, przyzwyczaili się, że w lokalnych mediach nikt ich nie krytykuje… bo się boją miejscowi dziennikarze, w dużej części uzależnieni od dotacji samorządowych. I mogą sobie pozwolić na ignorowanie wielu norm etycznych, dzielić pieniądze wśród zaufanych i zatrudniać członków swoich rodzin-klanów. A teraz na poziomie krajowym, gdzie nie ma żadnych ulg dla polityków, bo działają w strefach krzyżujących się wielu interesów politycznych i biznesowych totalnie gubią się, bo wydaje im się, że bycie politycznym VIP-em w rejonie trockim to to samo jak bycie ministrem w kraju. Narkiewicz boleśnie przekonał się, że to zupełnie dwie różne ligi boksu. Tutaj dostaje ciosy wprost” – wyjaśnia Komar.

Publicysta twierdzi, że nie ma w danym wypadku żadnej dyskryminacji na tle narodowościowym. „Jest tylko walka interesów politycznych i biznesowych. Politycy AWPL-ZChR są zupełnie zaskoczeni, bo przecież już raz uczestniczyli w koalicji rządzącej. I ciosy były… kogucie, a nie z grubej rury. Dlaczego? Bo wtedy w szranki wystawili na ministra energetyki człowieka, który wiedział, jak z jednej strony realizować politykę państwa a z drugiej, umiał dyplomatycznie neutralizować różne interesy” – podsumował Jacek Jan Komar.

PODCASTY I GALERIE