Sokołowska o StuDni: Żyjemy w tragikomedii, ale robić z niej żartów nie wolno?

Uważam, że z polską szkołą nie wszystko jest w porządku. Powinnam pójść do terapeuty - mówi jeden z komentarzy pod listem otwartym pedagogów polskiej placówki oświatowej, obrażonych przez występy zwycięzców tegorocznego Kabaretonu STUDNIA Oskara Wygonowskiego i Sebastiana Salwińskiego. Tytuł “Tak śmiesznie, że płakać się chce…” mówi sam za siebie: żyjemy w tragikomedii, jednak robić z niej żartu nie wolno.

Dorota Sokołowska
Sokołowska o StuDni: Żyjemy w tragikomedii, ale robić z niej żartów nie wolno?

Fot. Joanna Bożerodska

Nie wypada, chamsko. Tworzenie antagonizmów jest wileńskim sportem narodowym – z pierwszych linii akapitów występy drużyn szkolnych w kategorii studniówkowej są przedstawiane jako prezentujące „naprawdę imponujący poziom, a często i gęsto (moim skromnym zdaniem, zbyt często i zbyt gęsto) używane rusycyzmy są uzasadnione i konieczne do przedstawienia obecnych aktualiów Wileńszczyzny i świata.

Tak, Wileńszczyzna używa rosyjskiego i to częściej niż „ojczystego” polskiego. Tylko cytuję – Kinga Geben, „Kultura języka polskiego. Zmiany słownikowe w polszczyźnie mówionej na Litwie”: 99% litewskich Polaków rozumie po rosyjsku, 98% po litewsku i 96% po polsku. Tak, język rosyjski jest częścią naszej kultury, jednak kabareciarzom często brakuje szerszego spojrzenia na siebie samych i zarazem zrozumienia, że przedstawienie faceta w dresie z paczką pestek w ręku nie jest ani bardzo aktualne, ani śmieszne. Autorzy mówią, że starają się „dbać o poprawność językową” uczniów, a następnie pozwalają na liczne nie mające miejsca frazesy rosyjskie.

Przeciwstawnie do wspaniałych występów maturzystów, w wyreżyserowaniu których w dużym stopniu pomogli ci sami pedagodzy, o wiele bardziej kontrowersyjny stand-up w kategorii Open w liście zostaje książkowo nazwany krzywym zwierciadłem. Mogę się zgodzić – w sposób czasem karykaturalny, przejaskrawiony, czasem wręcz czarny, jednak przedstawia ono rzeczywistość.

„Hamlet naszych czasów” mówił na swój sposób o tym, co boli wielu. Niemało mówi fakt, że w tak dość odważny sposób mówić o szkole (i szkołach) oraz nauczycielach postanowił nie byle kto, a właśnie absolwenci tych szkół i wychowankowie tych nauczycieli. Pucz swoich przeciwko swoim? W danym wypadku to był humor i wyraz wolności słowa – to, w czym autorzy widzą „pseudodemokrację”.

I tu bym się chciała zatrzymać. Terminu „demokracja” w najróżniejszych barwach dziś używają wszyscy – od największych jej idealistów i sympatyków aż po przeciwników i krytyków, jednak nawet oni wiele czerpią z jej dóbr. „<…> wszystkie media trąbią o tragedii narodowej – zacieraniu granic między tym , co dobre, a co nie bardzo” – cytuję z zachowaniem oryginalnej interpunkcji. Ta tragedia i odpowiednia do niej debata trwa od wieków, nie jest czymś kardynalnie nowym dla naszych czasów, a konflikt pokoleń jest zauważony nie tylko przez Turgieniewa. Podobnie także humor jako sposób przekazania wiadomości, postawy, zdania i idei nie jest wynalazkiem nowego 2020 roku – wspomnijmy chociażby królewskich błaznów, – jednak dla autorów listu wydał się czymś chamskim i niedopuszczalnym.

Rozumiem obrazę, lecz w równym stopniu rozumiem tych, którzy w tamten „deszczowy wieczór” wystąpili z tym, co uważali za dowcipne i aktualne. Dzięki wspomnianej „pseudodemokracji”, między innymi, autorzy listu mieli możliwość jego opublikować. W przypadku, jeżeli za oknem mielibyśmy inny ustrój, starannie napisana korespondencja najszybciej wylądowałaby w szufladzie, pomiędzy stronami licznej szkolnej biurokracji. Dlatego (oczywiście, żartem) mówię – wiwat pseudodemokracji!, bo, mówiąc słowami Churchilla, jest to „najgorsza forma rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu”.

Lubimy się patrzeć na świat i z nim się równać. To, co w kabaretowym zalążku na wileńskiej scenie DKP zostało zlinczowane przez grono pedagogiczne, za granicą często formuje agendę. Rosyjscy standuperzy żartami sprzeciwiają się narastającemu reżimowi i za to czasami muszą się udawać za granice kraju, a komedianci w Stanach otwarcie robią sobie żarty z najbardziej bolących problemów, w taki sposób wykazując swoją pozycję. Tak jak i prawie każda forma aktywności obywatelskiej, u nas nie jest to mile widziane. Tak, przecież o tym, co daleko i nie nasze, żartować można, a wszystko, co nas definiuje, a wyniku i deformuje – święte i nietykalne. Młodzież, odpowiadająca tendencji świata, jest spisywana na chamski margines.

Mimo to, chcemy równać się ze światem w innych kategoriach – między innymi, wynagrodzenia nauczycielskiego. Wspomniane w liście 600 Eur są niewątpliwie żenujące – one, a nie występy kabareciarzy. Jednak referując do wspomnianej „pseudodemokracji”, my, jako obywatele, głosując i, na ile to możliwe, uczestnicząc w polityce i życiu publicznym, musimy zmienić status quo.

Możemy się siebie zapytać, co zrobiliśmy, by to zmienić – poszliśmy na protest? uczestniczyliśmy w strajku? głosowaliśmy na ludzi bądź partię, którą to obchodzi? Rozumiem, że jest to uproszczony pogląd młodej osoby, jednak zmiana zawsze należy do nas. Stereotypowo przykładna Szwecja nie stworzy się tu sama, nikt z przywódców i autorytetów nie namaluje jej własnym pędzlem.

Postawione przez autorów retoryczne pytanie „Czy ktoś poniesie odpowiedzialność za to, że wulgaryzmy i paszkwile leciały ze sceny w obecności uczniów nad wyraz zafascynowanych pseudoodwagą „mistrzów ?” jest jednak obraźliwe. Młoda osoba potrafi sama myśleć i postanowić, była to pseudo- czy prawdziwa odwaga, jest to śmiesznie czy nie, potrzebne czy szkodliwe. Nauczyciele, którzy mają pomóc w sformowaniu krytycznego umysłu i spojrzenia na świat, otwarcie deklarują, że ich „pociechy” są jak gąbki, co pochłaniają wszystko lecące ze sceny. Dopóki panuje taki pogląd na młodzież, możemy się nawet nie spodziewać, że ktoś będzie marzył o byciu pedagogiem albo że „do polityki” przyjdzie ktoś, kto rozwiąże problem 600 Eur i uczyni zawód nauczyciela naprawdę prestiżowym.

PODCASTY I GALERIE