• Opinie
  • 15 sierpnia, 2015 6:05

Rok 1920: Pierwsza zdrada Zachodu

Dlaczego w 1920 roku David Lloyd George chciał rzucić Polaków na żer bolszewików? Czy appeasement może być skuteczny? Te i inne pytania zadaliśmy prof. Andrzejowi Nowakowi, badaczowi historii Rosji i imperiów, autorowi książki Pierwsza zdrada Zachodu.

histmag.org
Rok 1920: Pierwsza zdrada Zachodu

Fot. Archiwum Kancelarii Prezydenta RP

Tomasz Leszkowicz: Panie Profesorze, na czym polegała zdrada Zachodu w 1920 roku?

Andrzej Nowak: Tytuł niektórym czytelnikom zdaje się sugerować, że państwa zachodnie zawarły jakiś układ sojuszniczy z Polską – i go nie dotrzymały. Oczywiście takiego układu nie było w roku 1920, inaczej niż w roku 1939. Zdrada Zachodu, do której czynię otwarta aluzję w tytule, polega moim zdaniem na czymś ważniejszym niż zdrada sojuszników: to jest zdrada zasad, które Zachód określają, które Zachód konstytuują, które różnią go od innych cywilizacji. Zasad, które sam Zachód, a więc zwycięskie mocarstwa zachodnie ogłosiły raz jeszcze, tym razem szczególnie dobitnie, na konferencji pokojowej w Wersalu w roku 1919. Szczególnie ważna była zasada, że siła nie decyduje przed prawem, że narody mniejsze i słabsze też mają prawo do suwerenności i niepodległości. To, co ogłosił prezydent amerykański Woodrow Wilson w swoich czternastu punktach w styczniu 1918 r., zostało podjęte przez mocarstwa zachodnie, Francję i Wielką Brytanię, i stało się podstawą pewnej deklaracji ideowej, która towarzyszyła próbie stworzenia nowego porządku. I to właśnie zostało dramatycznie zakwestionowane latem 1920 roku, kiedy premier brytyjski rzucił Polskę na żer imperium rosyjskiemu (choć już w nowej, sowieckiej formie). Udowodnił tym samym, że obowiązuje jednak stara zasada prawa silniejszego – a Wielka Brytania to akceptuje i nie zamierza się w to mieszać.

T.L.: Dlaczego po roku od określenia tych zasad mocarstwa postanowiły z nich zrezygnować?

A.N.: Chyba zdajemy sobie wszyscy sprawę, że historia nie rozgrywa się wyłącznie na płaszczyźnie zasad i szczytnych haseł. Ba, niektórzy twierdzą, że rozgrywa się wyłącznie na płaszczyźnie interesów, egoizmów i rozgrywki między siłą a słabością. Mój punkt widzenia jest inny: historia rozgrywa się w stałej konfrontacji między zasadami a realiami relacji sił i interesów. Nie jest tak, że cała historia rozgrywa się pod dyktando nagiej siły – inaczej przy takich sąsiadach, jakich mamy, Polska raczej zbyt długo nie zagościłaby na mapie. Natomiast to, co stało się w roku 1920, wynikało właśnie ze zderzenia chwalebnych zasad z paroma czynnikami.
Po pierwsze, jak najbardziej właśnie z czynnikiem siły. Z punktu widzenia Imperium Brytyjskiego, bo to ono, a raczej jego elita polityczna, jest głównym czarnym charakterem tej książki, ważne było utworzenie (czy odbudowanie) takiego porządku po pierwszej wojnie światowej, który pozwoliłby jak najszybciej wrócić do swego rodzaju koncertu mocarstw, porozumienia wielkich imperiów, tak jak funkcjonowało to w wieku XIX. I z tego punktu widzenia elity brytyjskie patrzyły na wschód kontynentu europejskiego jako na domenę imperium rosyjskiego. Wielka Brytania nie uważała, że jej interesy zderzają się istotnie z interesami Imperium Rosyjskiego akurat na obszarze, który my nazywamy Europą Środkową-Wschodnią – a zatem była gotowa podzielić się z Rosją współodpowiedzialnością i przekazać jej dominację w tym regionie. Rywalizowała z nią za to na innych obszarach, na których Imperium Brytyjskiemu zależało, to znaczy w Azji Środkowej i Wschodniej. Pierwszy czynnik to więc relacja siły i przyzwyczajenie, że w Europie Wschodniej jest miejsce dla mocarstwa, które nazywa się Rosja. Nowe kraje – Polska, a tym bardziej Litwa, Łotwa, Estonia czy Ukraina, o której nikt nie chciał słyszeć na Zachodzie, to czynniki niepewne, słabsze, czynniki, w których trudno pokładać nadzieję na stabilny ład. A porozumienie między dwoma wielkimi siłami daje nadzieję na stabilizację. To jest ten elementem polityki appeasementu, czyli zaspakajania silnych agresorów, który stoi nie tylko u podłoża tego, co opisuję w tej książce, czyli wydarzeń roku 1920, lecz także konferencji monachijskiej w 1938 r. Wtedy premier brytyjski i premier francuski uważali, ze porozumienie z Hitlerem pozwoli ograniczyć ryzyko wojny i że warto oddać mu kawałeczek Czechosłowacji w imię pokoju w Europie. Potem Jałta raz jeszcze przywraca tę samą zasadę porozumienia silnych bez dopuszczania do głosu słabszych, bo tylko trzy mocarstwa spotykają się w Jałcie i decydują o losach kilkunastu wspólnot polityczno-historyczno-narodowych, które ukształtowały się w Europie Środkowo-Wschodniej.

T.L.: Czy ówcześni liderzy Wielkiej Brytanii zdawali sobie sprawę z sytuacji w tej części kontynentu?

A.N.: Niemal równie istotną, a często niedostrzeganą kwestią, jest ignorancja elit zachodnich. Jej symbolem był David Lloyd George, premier brytyjski, który nie wiedział, czy Charków to nazwisko generała, czy nazwa miejscowości, zaskoczony był też informacją, że Nowa Zelandia leży na wschód od Australii. Oczywiście nie wszyscy przedstawiciele elit brytyjskich byli aż tak słabo wykształceni, ale tak czy inaczej to ich wykształcenie kończyło się, jeśli można tak powiedzieć, na Niemczech. Wiadomo było, że Francja jest bardzo ważnym rywalem czy układem odniesienia dla elit brytyjskich, Niemcy są także bardzo ważnym układem odniesienia, czasem negatywnym, bo przecież dopiero co Brytyjczycy stoczyli z Niemcami Wielką Wojnę. Ale Niemcy były szanowanym przeciwnikiem, który ma może swoje zboczenia militarystyczne, ale ma też wielką kulturę, Bacha, Goethego, Mozarta – a to każdy dżentelmen powinien wiedzieć.

Natomiast co jest na wschód od Niemiec? Rosjanie, którzy są co prawda barbarzyńcami, nie mają nic tak wartościowego jak Niemcy czy Francuzi, ale potrafili przynajmniej zbudować imperium. I to z punktu widzenia elit brytyjskich jest wystarczającym powodem, by uszanować tego rosyjskiego partnera-barbarzyńcę na Wschodzie. Ale Polska? Na mapie Europy nie było żadnej Polski przez sto dwadzieścia parę lat. Nie było innych małych kraików, które tylko komplikują sytuację – celowo używam tutaj takich pogardliwych określeń, żeby uzmysłowić sposób podejścia tej właśnie pełnej ignorancji w stosunku do obszaru Europy Wschodniej elity nie tylko politycznej, lecz także kulturalnej Imperium Brytyjskiego.

T.L.: Czy ten szczególny obraz Rosji wśród elit brytyjskich opierał się tylko na szacunku do jej siły?

A.N.: Premier Lloyd George był wprawdzie przywódcą rządu, w którym przeważali konserwatyści, ale sam był liberałem. Otóż liberalizm, przynajmniej ten angielski, kojarzymy często z zasadą fair play. Starałem się to zbadać, przyglądając się poszczególnym przedstawicielom brytyjskiej elity w sposób bardziej dokładny: Lordowi Balfourowi, Winstonowi Churchillowi czy innym jej reprezentantom. I okazało się, że zasada fair play odnosiła się tylko do tych, których Brytyjczycy uważali za równych sobie, za dżentelmenów albo przynajmniej kandydatów na dżentelmenów. A więc z Francją gramy fair play do pewnego stopnia. Niemców pokonaliśmy w trudnej walce, bardzo dramatycznej, która wiele nas kosztowała i była ogromnym szokiem dla społeczeństwa brytyjskiego – lecz mimo dość powszechnych głosów o zemście na Hunach nie powinniśmy karać ich za bardzo: stoczyliśmy z Niemcami równy pojedynek, zasada fair play obowiązuje. I na tę zasadę fair play powołuje się premier Lloyd George i jego doradcy na konferencji w Wersalu: nie można Niemcom odbierać zbyt dużo, Polska więc nie powinna urosnąć ich kosztem.
Ale ta zasada fair play obowiązuje również w stosunku do Rosji: to przecież nasz partner, wielki, może troszkę barbarzyński, ale przecież nasz sojusznik w pierwszej wojnie światowej. Rosja była więc traktowana na pewno poważniej niż ktokolwiek inny na wschód od Niemiec. A było to jeszcze przed tak powszechnymi w kolejnych dziesięcioleciach i funkcjonującymi, do dzisiaj szacunkiem i miłością do kultury rosyjskiej, a nawet jej kultem, porównywalnym do ówczesnego zachwytu części elit brytyjskich kulturą niemiecką. Sięgnę po przykład z ostatnich lat: kiedy Polska, Czechy, Słowacja i Węgry wchodziły do Unii Europejskiej w 2004 r., na łamach „Sunday Timesa” pojawił się ogromny artykuł protestujący przeciwko przyjęciu tych krajów do Unii Europejskiej w imię przekonania, że te kraje Europy Środkowej nie wniosły niczego do kultury europejskiej. A Rosja – ta wniosła tak wiele: Czajkowskiego, Prokofiewa, Strawińskiego i tak dalej. I przyjmowanie takich państw, jednocześnie odpychając Rosję, relegując ją na margines Europy, jest fatalnym nieporozumieniem. To jest oczywiście odzwierciedlenie tej ignorancji. Wystarczy zapytać, czy Czajkowski, Strawiński i Prokofiew rzeczywiście tak bardzo przewyższają Chopina, Dvoraka, Smetane czy Bartoka. Nie wspominając oczywiście o literaturze, która powstaje w różnych językach i na pewno łatwiej znać jeden – rosyjski – niż te wszystkie pozostałe.

Ten czynnik kulturowy w 1920 r. jeszcze nie działa, uprzedzam tu wydarzenia, bo jest to czynnik dzisiaj wykorzystywany przez Rosję Putina w obronie polityki imperialnej współczesnej Rosji – i na elity zachodnie rzeczywiście oddziałuje. Wtedy obowiązywało coś innego – poczucie, że Rosja również jest wielkim imperium – a w tym naszym klubie imperiów powinniśmy być w stosunku do siebie fair.

T.L.: Jak ma się to jednak do istotnych różnic ideologicznych między liberalizmem a bolszewizmem?

A.N.: Liberałowie umiejscawiają swój ideał na skali postępu – my liberałowie jesteśmy za postępem, występujemy przeciwko wstecznictwu i próbom zatrzymania rozwoju historii i społeczeństwa. Krytyczne jest więc stanowisko liberalnych elit brytyjskich do generała Denikina, do białych Rosjan, bo to obrońcy straconych konserwatywnych pozycji. Natomiast bolszewizm traktowany jako pewna niewiadoma, której trzeba, jak to mówi język angielski, dać benefit of the doubt, czyli przywilej korzyści, bo nie wiadomo, co z tego bolszewizmu wyrośnie. Słyszano wprawdzie coś o zbrodniach, ale traktowano je raczej jako plotki wrogów nowego systemu. Myślano zapewne: bolszewików nie możemy tak całkiem skreślać, to nowy, ciekawy eksperyment – może trochę okrutny, może krwawy, ale idzie w kierunku postępu. A co Polska może położyć na szali postępu? Nic – ma reakcyjny ideał odbudowy swojego państwa, w dodatku kojarzy się brytyjskiemu dżentelmenowi z katolicyzmem, czyli czymś bardzo podejrzanym z punktu widzenia jego własnej tradycji. A więc katolicyzm, konserwatyzm – nic dobrego, nic postępowego. Oczywiście jest bardzo niewielka grupka – pamiętajmy o niej – wśród opinii brytyjskiej, która patrzy na to inaczej: to polonofile na czele z Gilbertem Keithem Chestertonem. Ale oni nie mają żadnego znaczenia politycznego. Politycznie liczą się liberałowie z Lloydem George’em, którzy wprawdzie nie są sympatykami bolszewizmu, tak na pewno nie można ich określać, ale uważają, że bolszewizm jest mniejszym złem niż reakcyjna Rosja czy reakcyjna katolicka Polska.
Oprócz liberałów, są na brytyjskiej scenie politycznej również labourzyści. Oni nie są jeszcze w rządzie, ale są na fali wznoszącej, zyskują szybko nowe głosy wyborców i przede wszystkim dominującą w związkach zawodowych. Pamiętajmy, że w 1920 roku polityka Lloyda George’a oddania Polski bolszewikom realizuje się także pod naciskiem ogromnej akcji brytyjskich związków zawodowych, które sprzyjają otwarcie bolszewikom z powodów ideologicznych. Polska w oczach lewicy brytyjskiej stała na drodze postępu w Europie Wschodniej, więc nie powinno się jej pomagać. To jest bardzo silne hasło idące ze strony labourzystów i ze strony przede wszystkim ogromnego ruchu związkowego latem 1920 roku. Jest to kolejny ideologiczny kontekst tej wrogości czy niechęci do Polski i do innych krajów w Europie Środkowo-Wschodniej, który tak nieoczekiwanie torował drogę porozumieniom Lloyda George’a z bolszewikami.

T.L.: Kogo spośród polityków brytyjskich można wskazać jako największych zwolenników rzucenia Polski na żer bolszewizmu?

A.N.: Niewątpliwie najczarniejszą postacią, i mówię to bez ironii i bez cudzysłowu, tylko na podstawie analizy źródeł, w tej perspektywie był David Lloyd George – polityk bardzo utalentowany, to trzeba powiedzieć, wręcz wybitny jeśli chodzi o różne reformy społeczne. Ale stopień cynizmu w traktowaniu całych narodów, bo nie chodziło tylko o Polskę, w Europie Wschodniej, i jednocześnie stopień ignorancji wyróżniały go nawet na tle elity brytyjskiej, gdzie cynizm i ignorancja nie były przecież cechami rzadkimi. Znamy, utrwalono to zresztą nawet na poziomie podręczników szkolnych, rolę Lloyda George’a w szkodzeniu Polsce i sprzyjaniu Niemcom na konferencji wersalskiej, jeśli chodzi o nasze granice zachodnie. Natomiast to, co odkrywam, mam wrażenie, w tej książce, to jego jeszcze gorsza rola w negocjacjach z bolszewikami i próba oddania Polski w całości bolszewikom latem 1920 roku.

Jeśli chodzi o innych polityków brytyjskich, to paradoksalnie lord Curzon – od którego wzięła się nazwa linii Curzona, wytyczającej naszą wschodnią granicę po dzień dzisiejszy – nie był szczególnym wrogiem Polski. To był brytyjski polityk imperialny. To ostatnie słowo trzeba szczególnie podkreślić, ponieważ najważniejszym elementem jego kariery przed osiągnięciem funkcji sekretarza stanu w Foreign Office, czyli ministra spraw zagranicznych, był tytuł wicekróla Indii. Patrzył on więc na politykę brytyjską z punktu widzenia interesów brytyjskich w Azji, i tu widział w Rosji głównego rywala. I dlatego Curzon nie chciał wcale wzmocnienia Rosji – wszystko jedno, carskiej czy czerwonej. Był zwolennikiem i niepodległości krajów bałtyckich (Litwy, Łotwy, Estonii i Finlandii) i dania szansy Polsce. Nie był propolski, absolutnie – był po prostu zdecydowanie antyimperialnie nastawiony do Rosji. Lord Balfour, były minister spraw zagranicznych i ówczesny Lord Przewodniczący Rady, któremu też poświęcam uwagę, był raczej typowym przedstawicielem elity brytyjskiej, która patrzyła, że tak powiem, z wysokości przekonania o swojej boskości na drobne sprawy jakichś małych narodków gdzieś na kontynencie.

Kluczową rolę w zaszkodzeniu Polsce odegrał natomiast prywatny sekretarz Lloyda George’a, najważniejsza szara eminencja jego gabinetu, lord Philip Kerr, szkocki arystokrata pochodzący z zasłużonej rodziny o tradycji katolickiej, który porzucił wiarę swoich przodków – w okresie pierwszej wojny światowej dokonała się jego konwersja na scjentologię – i został namiętnym wrogiem katolicyzmu, co mogło teoretycznie (nie wiem w jakim stopniu) rzutować negatywnie na jego stosunek do Polski. Natomiast na pewno był świadomym, konsekwentnym i publicznie wyrażającym swe poglądy wrogiem niepodległości małych krajów. Dlaczego? Bo komplikuje to ustalenie porządku międzynarodowego. Tylko wielcy powinni mieć prawo do współdecydowania o porządku, bo to czyni ten porządek bardziej stabilnym. Generalnie, ideałem, który Philip Kerr miał nadzieję kiedyś wprowadzić, był rząd światowy. To wykluczałoby wojny, konflikty, a szczeblem do tego prowadzącym miałyby być rządy poszczególnych imperiów – i z tego punktu widzenia Kerr prowadził swą politykę. Chciał więc Polskę, jako przeszkadzającą dwóm wielkim imperiom, czyli Niemcom i Rosji, pomniejszyć maksymalnie, i to on jest właściwym twórcą linii Curzona, co – mam wrażenie – pierwszy raz udało mi się udowodnić w dość przekonywający sposób. To on narysował tę linię na konferencji w Spa w lipcu 1920 r., tę linię, na którą później będzie się powoływać Stalin w 1943 r. w Teheranie, mówiąc, że przecież Brytyjczycy już wytyczyli tę wschodnią granicę.

T.L.: A Winston Chruchill?

A.N.: Churchill, który był ministrem wojny w gabinecie Lloyda George’a, był w tym momencie politykiem stosunkowo najbardziej propolskim. Można powiedzieć, że w tym właśnie czasie miał czyste ręce. Tyle tylko, że te ręce były skrępowane całkowitą dominacją premiera nad pozostałymi członkami gabinetu. I chociaż on upominał się wiele razy o pomoc dla Polski, to przegrywał w każdym starciu z Lloydem George’em i Philipem Kerrem.

T.L: Pan Profesor przeprowadzał duże kwerendy archiwalne. Dlatego też chciałbym zadać pytanie nadesłane przez naszego czytelnika – które znalezisko źródłowe było najciekawsze i pozwoliło na nowe spojrzenie na badany problem?

A.N.: Było tu wiele ciekawych momentów. Ważna była sama możliwość siedzenia w archiwum Parlamentu Brytyjskiego, które mieści się w Izbie Lordów w Westminsterze – to taka maleńka czytelnia na cztery krzesła, w której wizytę trzeba sobie wcześniej rezerwować. Tam znajduje się archiwum Lloyda George’a. To mi dawało oczywiście dużo przyjemności, miałem możliwość czytania nie mikrofilmów, ale oryginalnych dokumentów i korespondencji Lloyda Goerge’a i Churchilla, na gorąco wymienianej w czasie posiedzeń gabinetu. Widziałem też rysuneczki, które robił Lloyd George na konferencji w Spa albo wizytówkę premiera Grabskiego z tej samej konferencji, trochę pełniącą funkcję trofeum, skalpu niemal zdartego z polskiego premiera (polska polityka zagraniczna była wtedy upodlona jak chyba nigdzie indziej).

To oczywiście pewnego rodzaju anegdoty, ale szczególnie dużo dała mi kwerenda w niewykorzystywanym w ogóle przez historyków archiwum Philipa Kerra w Edynburgu, bo to kluczowa postać dla polityki brytyjskiej wobec Polski w tym czasie. Bardzo ciekawe okazało się również archiwum Maurice’a Hankeya, oficjalnego sekretarza gabinetu brytyjskiego, które znajduje się w Churchill College w Cambridge, razem z archiwum samego Churchilla. Bardzo wartościowa była kwerenda w archiwum posła nadzwyczajnego w Warszawie Horacego Rumbolda, znajdującym się w Bibliotece Bodlejańskiej w Oksfordzie. Wiele satysfakcji naukowej dały mi też kwerendy wykonywane jeszcze w latach 90. w Rosji w archiwum wojskowym i partyjnym w Moskwie, gdzie z kolei korespondencja między głównymi przedstawicielami władzy sowieckiej wiele mówiła o ich spojrzeniu na politykę Zachodu w tym czasie. Przyjemność pracy w Dziale Rękopisów Biblioteki Kongresu Stanów Zjednoczonych z papierami ówczesnego Sekretarza Stanu Bainbridge’a Colby’ego pozwoliła uzupełnić mi nieco wiedzę o polityce amerykańskiej tego okresu. Ale jeśli miałbym wybrać, to chyba archiwum Philipa Kerra w Edynburgu w połączeniu z archiwum samego Lloyda George’a w Archiwum Parlamentu miało największe znaczenie dla nowych ustaleń.

T.L.: Pan Profesor pisze o zdradzie w roku 1920. W roku 1945 mieliśmy do czynienia z kolejną zdradą i zostawieniem tej części Europy na pastwę Stalina. Czy można mówić o swoistej tragicznej determinancie dziejów Polski i Europy Środkowo-Wschodniej?

A.N.: Myślę, że będziemy sobie odpowiadali na to pytanie w następnych miesiącach, kiedy ta refleksja będzie się wiązała z pytaniem, czy i dziś nie mamy do czynienia z kolejną fazą appeasementu – mam na myśli oczywiście ewentualne przyzwolenie na zabór Krymu przez Władimira Putina. Nie mamy jeszcze pełnej odpowiedzi na to pytanie, myślę jednak, że ta historia nie jest całkowicie pesymistyczna. Można czytać tę moją książkę jako pewnego rodzaju bardzo pesymistyczną lekcję historii, z której wynika, że zawsze ostatecznie możemy liczyć tylko na siebie samych, że nigdy ten zachodni sojusznik, formalny (w 1939 r.) czy nieformalny (w 1920 r.), nam nie pomoże. Można – i to jest na pewno lekcja uzasadniona.

Ale jednocześnie, kiedy patrzę na te wahania, które towarzyszą współcześnie uznaniu przez mocarstwa zachodnie zaboru dokonanego przez Władimira Putina siłą na słabszym sąsiedzie, czyli na Ukrainie, widzę, jak w tej debacie na Zachodzie wracają argumenty historyczne. Nikt nie przypomina roku 1920, bo nikt nie pamięta o nim nawet w Polsce. Dlatego trzeba przypomnieć o tym nam, a potem także Zachodowi. Ale przypomina się konferencję w Monachium i przypomina się także Jałtę. To już nie są puste dźwięki w mentalności współczesnych elit zachodnich, a swego rodzaju wyrzut sumienia, który wraca jako argument – czy dostatecznie silny, żeby zatrzymać pokusę ugięcia się przed przed nagą siłą jako głównym rozstrzygającym argumentem, to się okaże. Ale myślę, że warto popularyzować historię i przypominać głupotę appeasementu, nie ze strony moralnej nawet, ale głupoty w sensie pragmatycznej oceny skutków takiej polityki zaspokajania agresywnego imperium kolejnymi słabymi ofiarami. Warto to robić, bo w końcu ten argument toruje sobie drogę. Ludzie, nie tylko przywódcy polityczni, ale również przedstawiciele elit intelektualnych Zachodu, w niemałej części przypominają sobie: ustąpiliśmy w Monachium Sudety Hitlerowi, a on i tak wziął sobie całą Czechosłowację, potem sięgnął po Polskę i trzeba było stoczyć wojnę światową, w której zginęło pięćdziesiąt milionów ludzi. A gdybyśmy stawili opór Hitlerowi w październiku 1938 roku? Może ta wojna byłaby dużo mniej kosztowna. To samo z Jałtą, to hasło także wraca w dyskusjach: owszem, oddaliśmy Stalinowi wschodnią Europę, był spokój, ale ten spokój też nie był za darmo.

Przypominam sobie taki piękny pomnik wojny koreańskiej w Waszyngtonie, na którym są tylko cztery słowa: Fredom is not free. Wolność nie jest za darmo. Ja bym, paradoksalnie, odwrócił to powiedzenie: appeasement is not free idea. Zaspokojenie też kosztuje. Ktoś płaci tę cenę i ostatecznie tę cenę płaci też Zachód, bo musi zwiększyć
wysiłek, żeby obronić się przed kolejną atakiem agresora, który – zachęcony sukcesem w zniewoleniu małego sąsiada – rzuci się potem na większego, jeżeli nie zostanie zatrzymany w porę. I myślę, że tego rodzaju lekcje, pragmatyczną lekcję głupoty appeasementu, warto przypominać, choćby na przykładzie roku 1920.

Tomasz Leszkowicz: Redaktor naczelny Histmag.org, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku. Doktorant w Instytucie Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Instytutu Historycznego i Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesują go też dzieje Niemiec i historia wojskowości. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Publikował m.in. w „Mówią Wieki”, „Uważam Rze Historia”, „Pamięci.pl” oraz „Dziejach Najnowszych”. Stały współpracownik tygodnika polonijnego „Monitor” z Chicago. Oprócz historii pasjonuje go rock i poezja śpiewana, jest miłośnikiem kabaretów, książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta oraz gier z serii Europa Universalis.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

PODCASTY I GALERIE