Radczenko: Paradoks milczącej większości

Prezydent Dalia Grybauskaitė zawetowała w poniedziałek (4 lipca) nowelizację Kodeksu Pracy oraz Ustawę o in vitro. Nie będę oceniał źle czy dobrze się stało. O wiele ważniejsze jest znalezienie odpowiedzi na pytanie: dlaczego zawetowano te ustawy? Bo wbrew pozorom nie wiele wspólnego ta decyzja ma z treścią zawetowanych aktów prawnych, ale przyczyny jej mają bezpośredni wpływ i na los tzw. polskich postulatów.

Aleksander Radczenko
Radczenko: Paradoks milczącej większości

Fot. Joanna Bożerodska

Po pierwsze, Dalia Grybauskaitė, która — jak wiadomo — serce ma po prawej stronie i nie ukrywa swoich sympatii wobec obecnej prawicowej opozycji, nie mogła przepuścić okazji, aby po raz kolejny wbić szpilę rządzącej centrolewicy. Po drugie, tym bardziej nie mogła przepuścić okazji, żeby zdobyć kilku dodatkowych rankingowych punktów u niezadowolonych z tych aktów prawnych. Gdy w 2011 roku Akcja Wyborcza Polaków na Litwie i inne organizacje polskie wyprowadziły na ulice tysiące osób w proteście przeciwko nowelizacji Ustawy o oświacie, zebrały 60 tysięcy podpisów (nomen omen 1/3 ogółu Polaków na Litwie!) pod petycją żądającą zawetowania ustawy — prezydent na jej zawetowanie się jednak nie zdecydowała. W 2016 roku do zawetowania gruntownej reformy stosunków pracy wystarczyło zaledwie pięć namiotów pod gmachem rządu. Paradoks? Wcale nie. Za tą garstką protestujących pod rządem studentów i związkowców stoi bowiem milcząca większość litewskich wyborców.

Pojęcie milczącej większości i rynku milczenia funkcjonuje od czasów, gdy 3 listopada 1969 roku prezydent Richard Nixon użył określenia „the great silent majority”. To ci, którzy po prostu milczą albo milczą przeciw czemuś, albo milczą za czymś. Milczenie wielu i aktywność nielicznych oddziałuje na dyskurs publiczny, na zachowania obywatelskie i wyborcze. W zamyśle Nixona, milczącą większość mieli stanowić ludzie pozbawieni głosu w publicznym dyskursie, zdominowani przez krzykliwą, protestującą przeciwko wojnie we Wietnamie mniejszość, wspartą przez media. W rzeczywistości Nixon się wówczas pomylił. Ta milcząca większość miała akurat serdecznie dosyć tamtej bezsensownej wojny.

Litewska milcząca większość również nie przychodzi na protesty, wiece i pikiety, ale to wcale nie oznacza, że liberalizacją prawa pracy czy zbyt rygorystyczne regulowanie in vitro jej się podoba. Przedstawiciele milczącej większości są wśród elektorów każdej partii, więc każda partia, każdy polityk musi się z ich nastrojami liczyć. W odróżnieniu od protestujących z roku 2011, którzy głosują na jedną partię i na prezydenta Wileńszczyzny. Ta jedność i dyscyplinę pozwala im na organizowanie największych akcji protestacyjnych w historii Litwy, a jednocześnie stanowi, iż nie są (wraz ze swoimi postulatami)… interesujący dla polityków spoza AWPL, bo nie stanowią dla nich zasobu głosów (albo też ich pozyskanie wydaje się im być zbyt kosztowne). A to właśnie oni nie tylko sprawują władzę w Pałacu Prezydenckim, ale i stanowią na dzień dzisiejszy 94 proc. litewskich parlamentarzystów.

I błędne koło się zamyka.

W idealnym świecie politycy demokratycznego kraju musieliby dbać oczywiście o interesy wszystkich wyborców, w tym także niegłosujących na nich. W rzeczywistości jednak dbają tylko i wyłącznie o zapewnienie sobie następnej kadencji. I interesy tych wyborców, którzy im w tym pomoc potencjalnie nie mogą — nie brane są pod uwagę.

Obawiam się więc, że w obecnej sytuacji dużo większe szanse mają nawet litewscy geje na załatwienie swoich postulatów niż Polacy. Bo geje nie mają własnej partii, tylko są wśród wyborców wszystkich partii ogólnokrajowych i jeśli statystyki nie kłamią stanowią blisko 10 proc. takich wyborców. A to już liczba, którą każdy liczący się polityk musi w swoich wyborczych kalkulacjach w jakiś sposób uwzględniać. Nie przypadkowo więc nawet konserwatyści mają w swoich szeregach posła-geja, który co prawda publicznie krytykuje organizowanie wszelkich parad równości, ale jest. Natomiast Polaka na liście Związku Ojczyzny-Litewskich Chrześcijańskich Demokratów i ze świecą nie uświadczysz. Zresztą na listach innych partii sytuacja wcale nie jest dużo lepsza.

Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że pojawi się kiedyś na Litwie pokolenie polityków, które będzie nie tylko chciało zapewnić sobie kolejną kadencję, ale i wejść do historii. Jako pokolenie, które przecięło węzeł gordyjski polsko-litewskiego sporu.

Nadzieja jak wiadomo jest matką głupich, ale też i umiera jako ostatnia…

PODCASTY I GALERIE