• Opinie
  • 11 grudnia, 2019 7:19

Radczenko: O kulturyzmie, nepotyzmie i rasizmie

Bardzo często koncentrujemy uwagę na kwestiach drugorzędnych. Np. narzekamy na nepotyzm w AWPL-ZChR. Ale co za różnica czyim bratem lub swatem jest ten lub inny pracownik samorządowy czy ministerski, jeśli dobrze wykonuje swoje obowiązki?

Aleksander Radczenko
Radczenko: O kulturyzmie, nepotyzmie i rasizmie

Fot. Joanna Bożerodska

Jakiś czas temu wpadł mi w oko nowy australijski serial „Total control (Black bitch)”. Jest to typowy thriller polityczny, który jednak opowiada nietypową historię. Jest to przede wszystkim film o problemach z jakimi borykają się australijscy aborygeni. Zepchnięci do najbiedniejszych i najbardziej zacofanych regionów kraju, skazani na bezrobocie, zasiłki i alkoholizm. Próbują walczyć o swoje prawa, a symbolem tej walki staje się czarnoskóra Alexandra Irving, która nieoczekiwanie dla siebie i australijskiej elity politycznej zostaje senatorem. Pomysł może i naiwny, ale też nie o sukcesach i porażkach australijskich scenarzystów i reżyserów chcę dziś opowiedzieć.

Rasizm już nie jest modny

Oglądając „Total control” spróbowałem przypomnieć, kiedy ostatni raz oglądałem jakiś litewski film lub serial z wątkiem polskim. Nie, niepoświęcony polskiemu politykowi z Litwy Południowo-Wschodniej, który walczy z dyskryminacją swoich rodaków, bo takich seriali u nas nie ma i nigdy nie było. A i – bądźmy szczerzy – Tomaszewski mylący bankowe aktywa z pasywami, Narkiewicz rozbijający się po egzotycznych emiratach za pieniądze podatników czy Tamašunienė ogłaszająca ugaszenie pożaru w Olicie, gdy ten pożar sięga apogeum, a strażacy pracują po 12 godzin na dobę w oparach dioksyny – jeśli i nadają się na bohaterów seriali politycznych, to raczej seriali w stylu „Veep” lub „Yes, minister”. Spróbowałem przypomnieć film lub serial, w którym po prostu byłby jakikolwiek pozytywny bohater polskiego pochodzenia. Muszę przyznać, że nie przypomniałem sobie… żadnego.

Znany izraelski historyk i publicysta Yuval Noah Harari w jednej z swoich najsłynniejszych książek pt. „21 lekcji na XXI wiek” pisze, że przed 100 laty Europejczykom wydawało się oczywiste, że niektóre rasy – a w szczególności rasa biała – są z natury lepsze od innych. Po roku 1945 tego rodzaju poglądy stawały się coraz bardziej nie do przyjęcia. Naukowcy, przede wszystkim genetycy, przedstawili bardzo mocne naukowe dowody, że różnice biologiczne między Europejczykami, Afrykanami, Chińczykami i Indianami są nieistotne. Dzisiaj więc twierdzenia tradycyjnego rasizmu biologicznego straciły całe swe wcześniejsze naukowe poparcie i poważanie w środowiskach politycznych. Chyba że nadaje im się nowe brzmienie dzięki zastosowaniu kategorii kulturowych.

Dziś mówienie, że poziom przestępczości wśród czarnoskórych jest wyższy z powodu ich gorszego uposażenia genetycznego, wychodzi z mody, ale całkiem modne staje się twierdzenie, że powodem tak wysokiego poziomu przestępczości jest zakorzenienie w patologicznych subkulturach. Zamiast rasizmu mamy kulturyzm. Zjawisko o wiele trudniejsze do obalenia, gdyż różnice pomiędzy kulturami są jak najbardziej rzeczywiste. Rasizm kulturowy, wskazuje Hariri, jest o wiele bardziej tolerancyjny od rasizmu biologicznego, ale jednocześnie i bardziej zaborczy. Tradycyjny rasista raczej nie miał pretensji do czarnoskórego Afrykańczyka, że nie wybiela sobie skóry, rasista kulturowy uważa, że każdy „inny” powinien przejąć jego „wyższą” kulturę lub zniknąć. A więc i presja asymilacyjna na mniejszości jest o wiele większa.

Kulturystyczne stereotypy i (nie)skuteczni doradcy

Na Litwie rzadko kto – pomijam internetowych troglodytów – na poważnie będzie twierdził, że Litwini są lepsi od Polaków z uwagi na uposażenie genetyczne. Natomiast nawet z ust posłów na Sejm można usłyszeć, że polska szkoła nie jest w stanie nauczyć litewskiego, że litewscy Polacy nie znają polskiego, tylko mówią po tutejszemu, który jest gwarą białoruską i w ogóle są skazani na pracę sprzątaczek i ekspedientek. Także w litewskiej kulturze – nie tylko filmowej – kwitnie litewskocentryczny kulturyzm. I niestety taki kulturyzm wspiera też państwo litewskie, udzielając pomocy finansowej dziełom kultury w których mniejszości narodowych ze świecą szukać. Nie oszukujmy się bez państwowego dofinansowania żadne liczące się dzieło sztuki wysokiej lub popularnej na Litwie powstać nie może. A gdy – jak na przykład w przypadku filmów Emilisa Vėlyvisa – i powstaje, to dokładnie tak samo żeruje na kulturystycznych stereotypach na temat mniejszości narodowych.

Ministerstwo Kultury – dzieląc pomiędzy twórcami kultury państwowe dotacje — mogłoby tę sytuację zmienić. Wystarczyłoby zacząć wspierać projekty odwołującej się do bogatej wielokulturowej spuścizny i teraźniejszości Litwy, współpracy transgranicznej oraz poruszające tematy dyskryminacji i wykluczenia. Chciałbym się mylić, ale niestety nic nie wskazuje na to, żeby ktokolwiek w budynku przy Basanavičiusa 5 taki pomysł rozważał. Nie zważając na to, że AWPL-ZChR jest w koalicji rządowej i jej przedstawicielka ministrowi kultury doradza. To czyją akurat jest córką lub gdzie nocuje – to kwestia drugorzędna. Podobnie drugorzędną będzie – przynajmniej dla mnie – i kwestia czyim synem jest doradca mera rejonu święciańskiego oraz gdzie nocuje, o ile uda mu się powstrzymać likwidację jedynego polskiego gimnazjum w tym rejonie…

Ten felieton ukazał się we wtorek (10 grudnia) w audycji polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika

PODCASTY I GALERIE