Opinie
Aleksander Radczenko

Radczenko: Jak AWPL o oświacie chce (nie)dyskutować

Nie jestem wcale zaskoczony tym, że Jarosław Narkiewicz i Józef Kwiatkowski w ostatniej chwili zrezygnowali z udziału w dyskusji na temat przyszłości polskiego szkolnictwa na Litwie, zorganizowanej wczoraj (5 listopada) przez Polski Klub Dyskusyjny (PKD). Szczerze mówiąc bardziej byłem zaskoczony tym, ze początkowo na udział w takiej dyskusji się zgodzili.

Nawet przez chwile poczułem do nich coś na kształt szacunku, że mimo tego całego bałaganu, który panuje obecnie w polskich szkołach w Wilnie — bałaganu, który jest wynikiem działań nie tylko obecnej koalicji liberalno-konserwatywnej, ale i AWPL — są gotowi spojrzeć ludziom w oczy i odpowiedzieć na ich pytania. Mniejsza o to, jak szczere byłyby te odpowiedzi. Waldemar Tomaszewski podczas spotkania w PKD też nie powiedział niczego odkrywczego, ale wystarczyło mu odwagi, żeby na nie się stawić. Mniejsza o to, że z partyjną świtą. Okazało się, że przeceniłem ich. Okazało się, że tylko Tomaszewski ma w partii jaja. Okazało się, że etatowym obrońcom polskiej oświaty nie pasuje „format dyskusji”, bo „nie służy sprawie polskiej”.

Dyskusja nie służy sprawie polskiej?

Formalnie poszło o to, że w dyskusji weźmie udział publicysta, sygnatariusz Aktu Odrodzenia Niepodległej Litwy Zbigniew Balcewicz. Publicysta, który w ostatnich miesiącach ostro krytykował dotychczasową politykę oświatową AWPL. Z opiniami Zbigniewa Balcewicza można się zgadzać lub nie, jednak już sam format dyskusji zakłada, iż uczestniczą w niej nie tylko osoby, które we wszystkim się ze sobą zgadzają. Być właśnie w ten sposób wyglądają dyskusje we frakcji sejmowej AWPL lub Radzie Naczelnej AWPL, jednak w życiu normalnym, w świecie cywilizowanym dyskusja — to możliwość skonfrontowania własnych poglądów z poglądami innych osób. Poglądami częstokroć diametralnie innymi niż nasze. Zresztą jestem całkowicie przekonany, że udział Zbigniewa Balcewicza — to tylko pretekst, bo Jarosław Narkiewicz i Józef Kwiatkowski wciągu kilku godzin podali (nawet oświadczenie wydali!) kilka — czasami nawzajem wykluczających się powodów: nie pasował im format, udział Zbigniewa Balcewicza, na dzień przed dyskusją stwierdzili, że przyjdą, ale tylko jeśli w spotkaniu wezmą udział mer Wilna Remigijus Šimašius i wiceminister oświaty Genovaitė Krasauskienė, aż ostatecznie okazało się, że nie przyszli, bo mieli w tym samym czasie w Sejmie ważne głosowanie (a gdyby na dyskusję przyszli Šimašius i Krasauskienė to głosowanie stałoby się mniej ważne?).

Tak na dobrą sprawę działacze miłościwie nam panującej partii nie chcą żadnej dyskusji na temat stanu obecnego i przyszłości polskiego szkolnictwa na Litwie. I nie są do żadnej merytorycznej dyskusji ani zdolni, ani przygotowani. Nie tylko zresztą Narkiewicz czy Kwiatkowski. Bo żaden z prominentnych działaczy AWPL, których tak często widzimy na wiecach i protestach, nie zgodził się wyręczyć swoich liderów i ich na tej dyskusji zastąpić.

Najwyraźniej wciągu 20 lat niepodzielnego sprawowania władzy w polskiej wspólnocie na Litwie, nasi działacze na tyle przyzwyczaili się do bezkarności, do bezkrytycznych zachwytów etatowych partyjnych klakierów nad ich geniuszem, że już sama perspektywa dyskusji z ludźmi myślącymi — że już nie powiem myślącymi inaczej niż oni — ich po prostu przeraża i paraliżuje wszelkie zdolności umysłowe i językowe. Bo przecież łatwiej jest „dyskutować” na wiecu ze zwiezionymi z wszystkich stron Wileńszczyzny uczniami i nauczycielami, pozostającymi w bezpośredniej służbowej zależności od „prelegentów” z „matiugalnikami”.

Taka dyskusja, oczywiście, nie tylko „służy sprawie polskiej” (czyt. wyborowi wiecowych „prelegentów” na kolejną sejmową, samorządową, ministerską kadencję), ale i jest o wiele przyjemniejsza, bo po drugiej stronie słychać tylko burzliwe oklaski przechodzące w totalny aplauz. Od biedy nasi liderzy są jeszcze gotowi zgodzić się na dyskusję z Litwinami, bo wiadomo — niezależnie od wyniku racja pozostanie po ich stronie. Jak wypadną dobrze — to ogłoszą, że odnieśli „kolejne wspaniałe zwycięstwo”, że utarli nosa „lietuvisom”, a jak wypadną źle — to zrzucą to na karb „lietuviskiego” nacjonalizmu, z którym i tak przecież nie da się dyskutować, który nie rozumie jak ważna jest dla nas polska szkoła, który tylko dybie, żeby nas zniszczyć, zlituanizować.

Los polskich szkół na Litwie jest przede wszystkim w naszych rękach

Cieszę się, że PKD nie zrezygnował z dyskusji, nie odwołał spotkania, nie dał się zastraszyć i nie zmienił „niewygodnego” prelegenta. Bo nie ma „złych” i „dobrych” prelegentów, nie ma „poprawnych” i „niepoprawnych” poglądów, nie ma dyskusji „służących” i „niesłużących” sprawie polskiej. Jeśli rzeczywiście zależy nam na zachowaniu polskości na Litwie, na zachowaniu polskiej oświaty na Litwie i jej rozwoju — musimy nauczyć się o tym szczerze rozmawiać. Nie powtarzać mantry o tym, że „polska szkoła jest najlepsza”, tylko robić wszystko, żeby taką była. Niejednokrotnie pisałem, że bez polskiego szkolnictwa polskość na Litwie nie przetrwa, ale tez to nie oznacza, że mamy milczeć, gdy na przerwach uczniowie w tych szkołach między sobą rozmawiają już nawet nie w gwarze wileńskiej, tylko po rosyjsku (po 25 latach „lituanizacji”, o której tylko leniwy polski polityk i dziennikarz na Litwie nie mówi!), gdy maturzyści po zdanej „nieobowiązkowo-obowiązkowej” maturze z polskiego nie są w stanie poprawnie po polsku ułożyć nawet dwóch zdań (wliczając i miłościwie nam panujących liderów), gdy nawet w polskich przedszkolach rozbrzmiewa język rosyjski… Obawiam się tylko, że te problemy są całkowicie niezrozumiałe dla tych, którzy z „walki” o polską szkołę zrobili sobie intratny i wieczny zawód.

Przypominają bowiem Rabinowicza ze starego sowieckiego kawału. W latach 20. ubiegłego wieku przybyła do ZSSR delegacja amerykańskich biznesmenów, chodzą po Moskwie, zwiedzają i przypadkowo zauważają Rabinowicza, który siedzi na baszcie Spasskiej Kremla i patrzy w dal. Pytają go: „Towarzyszu, co wy tam robicie?” „Wyglądam nadejścia komunizmu. Taki mam zawód” — odpowiada Rabinowicz. „O, no to może się pan przeniesie do nas, usiądzie na Empire State Building i będzie wyglądał nadejścia kryzysu gospodarczego? Zapłacimy dwa razy więcej!” — kuszą Amerykanie. „O, nie, nie! Potrzebuje stałej pracy, a nie tymczasowej!” — odmawia grzecznie Rabinowicz. Tak i z atrakcyjną polską szkołą na Litwie — można albo o nią „walczyć” aż do Drugiego przyjścia Chrystusa, zapewniając jedynie sobie, krewnym i znajomym posady, albo rzeczywiście ją tworzyć, jak robi to od lat np. Czesław Dawidowicz, dyrektor wileńskiego Gimnazjum im. Adama Mickiewicza i członek zarządu Macierzy Szkolnej, który być może dlatego i nie bał się przyjść wczoraj do PKD i o swoich doświadczeniach porozmawiać.

Naprawdę szkoda, że panowie Narkiewicz i Kwiatkowski oleli spotkanie z polską społecznością. Bo prawie nikt wczoraj nie atakował AWPL, ZPL, Macierzy Szkolnej. Podobnie jak nieliczni oskarżali o problemy polskiej oświaty władze litewskie. Ludzi już nie interesuje poszukiwanie winnych, chcą po prostu, żeby było lepiej, żeby szkoły w których się uczyli, w których uczą się ich dzieci nie tylko przetrwały, ale i były najlepsze, dawały dobry start życiowy, były jakościowe. Po prostu byłyby najlepsze — nie tylko w sprawozdaniach niezamienialnych prezesów, ale i w rzeczywistości. Prawie wszyscy zebrani — a na spotkaniu było około 40 osób — zgodzili się, że potrzebujemy spójnej, przejrzystej, obliczonej na kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat wizji, strategii polskiej oświaty na Litwie. Powinniśmy rzeczywiście — i tu się z panami Narkiewiczem i Kwiatkowskim zgadzam — mówić w tej sprawie jednym głosem. Ale najpierw musimy te kwestie przedyskutować.

Najpierw musimy odpowiedzieć sobie na pytanie ilu szkół potrzebujemy, jak zapewnić w tych szkołach odpowiednią jakość nauczania, jak przyciągnąć do nich uczniów. Musimy wreszcie ułożyć strategię marketingową promocji tych szkół. Inaczej agendę dotyczącą polskiego szkolnictwa na Litwie nadal będą nam narzucali ci, którzy ani rozumieją jego wagi, ani nie są nim szczególnie zainteresowani…

Los polskich szkół na Litwie jest przede wszystkim w naszych rękach. Działacze — niezależnie od tego jak dobrego są o sobie zdania, jak wysokie stanowiska zajmują — to tylko wynajęci przez nas menedżerowie. Jeśli się nie sprawdzają — zawsze możemy ich wymienić na innych, lepszych. Natomiast to czy się sprawdzają czy nie, możemy wyjaśnić tylko w szczerej dyskusji polsko-polskiej. I chyba właśnie tego najbardziej się boją wszelkiej maści narkiewiczowie, kwiatkowscy, maciejewscy et concortes.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!