Opinie
Aleksander Radczenko

Radczenko: Czy usłyszymy w Wilnie Peję za free?

Przed kilkoma tygodniami miałem okazję rozmawiać z dyrektorem pewnego polskiego gimnazjum. „Nie wiem, czy chociaż 1 proc. moich uczniów słucha polskiej muzyki. Natomiast rosyjska jest wszechobecna” – przyznał. Jego gimnazjum działa w rejonie wileńskim, ale w rejonie solecznickim, trockim, a nawet w samym Wilnie sytuacja jest w gruncie rzeczy identyczna. I nikt nie ma na nią żadnego pomysłu.

Albo inaczej – pomysł jest. Powinniśmy umożliwić uczniom z polskich szkół notoryczny kontakt z językiem polskim, z współczesną kulturą polską, w tym także kulturą muzyczną. Sęk w tym, że nie za bardzo wiadomo jak to zrobić.

W sensie formalnym polskie życie kulturalne na Wileńszczyźnie wygląda świetnie. Niemal co drugi dzień odbywają się nie tylko wystawy, wydarzenia artystyczne, szkolenia, seanse filmowe i dyskusje, ale i koncerty polskich wykonawców. Prężnie działa Instytut Polski w Wilnie, Dom Kultury Polskiej w Wilnie, Centrum Kultury w Solecznikach i wiele innych społecznych, samorządowych i prywatnych polskich placówek kulturalnych. Jednak gdy się tym koncertom przyjrzymy bliżej – to 99 proc. z nich możemy zakwalifikować do trzech – bardzo podobnej wielkości – grup.

Od amatorów do odgrzewanych kotletów

Po pierwsze, na Wileńszczyźnie występują wykonawcy z Polski, którzy grają za żarcie i nocleg. Niezliczone amatorskie kapele, chóry i zespoły dla których wyjazd z koncertem gdziekolwiek poza Białą Piskę czy inną Hajnówkę – to już nobilitacja. A gdy się jeszcze przy okazji niesie kaganek polskiej kultury na dziki, zacofany, barbarzyński Wschód – to już spełnienie wszelkich marzeń.

Drugą grupę występujących u nas wykonawców z Polski stanowią tzw. odgrzewane kotlety. Wszelkiego kalibru maryle rodowicz, czerwone gitary, breakouty. Wykonawcy, których nasi dziadkowie i rodzice pamiętają, bo byli na antenie w czasach, gdy Litwa nagminnie i z wypiekami na twarzy oglądała polskie telewizje i słuchała Lata z Radiem, będących de facto jedynym oknem na świat muzyczny.

No i grupa trzecia, najtrudniejsza do zdefiniowania, bo jej mianownikiem jest widzimisię konkretnego lokalnego impresario czyli organizatora koncertu. Wykonawcy, których ściągają ci, którzy jakimś szczęśliwym zrządzeniem losu dostali na ściągnięcie wykonawcy z Polski kasę. Kasa może pochodzić z dotacji Senatu RP lub Departamentu Mniejszości Narodowych RL, z Orlenu Lietuva lub osobistych rezerw finansowych impresaria. Zazwyczaj jest o wiele mniejsza niż ambicje impresaria, jednak to nie ona ma znaczenie decydujące. Decydujące są gusta impresaria. To właśnie one decydują o tym, jaki wykonawca do Wilna czy Soleczniki zawita. A że dostęp do kasy mają zazwyczaj nie gimnazjaliści, tylko ich rodzice, to zazwyczaj przyjeżdżają albo znowuż nieco bardziej świeże odgrzewane kotlety, albo najnowsza muzyczna awangarda.

Młodzieży na koncertach ze świecą szukać

Każda z tych grup wykonawców ma prawo istnieć i koncertować. Co więcej niektórzy z tych wykonawców – np. Maryla Rodowicz czy zespoły disco polo z początku lat 90-ych mogą nawet i bez bezpłatnie rozdawanych wejściówek zebrać pełną, wielotysięczną salę. I to jest super. Młodzieży jednak na tych koncertach ze świecą szukać. Bo dzisiejsza młodzież nie słucha ani disco polo, ani Maryli Rodowicz, ani T.Love. Młodzież słucha dj’ów i hip hopu. I niestety tak się fatalnie składa, że nie są to ani dj’e, ani hip hop polski. Ba, muszę ze wstydem przyznać, że nawet ja – mimo iż jestem i od takiej muzyki, i od rosyjskich mediów bardzo daleko – więcej wiem o Bascie, Noise MC i Oxxymironie niż o jakimkolwiek współczesnym polskim raperze.

Gdyby jedyną stycznością, jaką dzisiejsza młodzież polska na Wileńszczyźnie miała z kulturą rosyjską byliby Aleksander Puszkin i Ałła Pugaczowa – jestem całkowicie pewien, że problem postępującej wtórnej rusyfikacji mielibyśmy już dawno z głowy. Próba uczenia polskiej młodzieży na Wileńszczyźnie kultury polskiej za pomocą jedynie wierszy Adama Mickiewicza i występów Czerwonych Gitar, Maryli Rodowicz czy nawet Brathanków, przypomina mi pomysł uczenia tejże młodzieży języka angielskiego za pomocą „Hamleta” Wiliama Szekspira i nagrań Samanthy Fox.

Potrzebny jest całodobowy i bezpłatny dostęp do kultury polskiej

No i at last but not at least, żeby sale na koncertach współczesnych polskich wykonawców nie świeciły pustkami lub nie musiały być wypełniane nakazem dyrektorów – potrzebny jest całodobowy dostęp do tej polskiej kultury. Radio „Znad Wilii”, TVP Wilno i nawet kilka dodatkowych kanałów polskiej telewizji – zorientowanych na wiadomości, historie, kulturę wysoką i nawet disco polo – problemu dostępu do kultury polskiej wśród polskiej młodzieży na Wileńszczyźnie nie rozwiążą. Nawet jeśli jakimś cudem te kanały znajdą się nareszcie w sieciach telewizji kablowych, czego w ciągu roku nie udało się zapewnić. Radio i telewizja – to bowiem medium dla pokolenia 40+. Młodzież ich nie ogląda, podobnie jak i nie słucha radia. Młodzież potrzebuje bezpłatnego internetowego dostępu do najnowszych światowych produkcji muzycznych, filmowych i serialowych. W języku, który rozumie. Rosyjskie zasoby internetowe – nieważne legalne czy pirackie – jej taki dostęp umożliwiają. Polskie czy nawet litewskie – nie. Być może Karta Polaka powinna dawać nie prawo do bezpłatnego zwiedzania muzeów w Polsce, tylko bezpłatny dostęp do polskojęzycznych platform streamingowych?…

Ten komentarz ukazał się we wtorek (12 listopada) w audycji polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!