Opinie
Aleksander Gavlas

Przewietrzyć Wileńszczyznę

Agnieszka Holland w wywiadzie dla Radia ZET w grudniu 2013 roku powiedziała: „Mieszkam i pracuję poza Polską. Kiedy przyjeżdżam, uderza mnie fala niedobrego powietrza, coś takiego, jakby w zamkniętym pomieszczeniu ktoś bez przerwy puszczał bąki. Jest coś takiego, że jest duszno”.

Przewietrzyć Wileńszczyznę
Fot. Małgorzata Kozicz

W podobny sposób, choć może nieco mniej dosadnie, dla portalu 15 min.lt przedstawiła swoje wrażenia z pobytu w Wilnie Danuta Wałęsa: „Architektura wileńska jest wspaniała, ale powiem, co myślałam dzisiejszej nocy: Wilno jakby jeszcze nie oddychało pełną piersią, jak my to mówimy, tylko trochę. Czegoś temu miastu jeszcze brakuje. W Polsce teraz my wszyscy oddychamy pełną piersią, ludzie zaczęli być odważniejsi. Tutaj mam wrażenie, jakby wszystko było jeszcze stłumione. Może tylko mnie tak się wydaje, czy państwu też?”.

Wileńszczyzna bez wątpienia pogrążona jest w zaduchu niewietrzonego przez lata pomieszczenia. Najlepiej dostrzegają to osoby z zewnątrz. Świeżemu powietrzu trudno się przedrzeć przez zasłony kołtuństwa i źle rozumianej tradycji. Większości mieszkańców Wileńszczyzny świeżość kojarzy się z reklamą proszku do prania MIF w rosyjskiej telewizji. To ta reklama, w której sympatyczny zlewozmywak z nosem w kształcie kranu powtarza hasło: „Свежесть белья заслуга моя!” (świeżość bielizny – moją zasługą).

Partia, która stała się prywatnym folwarkiem kilku czołowych polityków, chełpi się dobrymi wynikami wyborów i pieje pieśń zwycięstwa. Widocznie przyzwyczajonym od dawna wyborcom AWPL zaduch nie przeszkadza. Niektórzy czerpią wręcz swoistą przyjemność oddychając takim powietrzem i dostrzegając w tej stęchliźnie jakiś rodzaj przywiązania do tradycji. Komuż mógłby zaszkodzić taki swojski smrodek? Już prędzej potrujemy się powietrzem pochodzącym ze zgniłego Zachodu!

Nasz zmysł węchu jest sprawą indywidualną. Każdy kojarzy Wileńszczyznę z innymi zapachami. Wileńszczyzna to także zapachy kaziukowych pierników, czarnego chleba, kindziuka, blinów, sera z kminkiem, ziół i siana w lecie, borowików i podgrzybków jesienią, zimą zaś suszonych jabłek. Czy te wszystkie zapachy mają jednak szansę w zetknięciu się ze śmierdzącymi naftaliną garniturami działaczy partyjnych, wonią perfum i kadzidła na niedzielnej mszy świętej?

Wybory samorządowe pokazały, że boimy się dzisiaj otworzyć furtkę, nie mówiąc już o oknie, dla nowych ludzi i nowych pomysłów. Zostaliśmy znowu z dziurawymi drogami, bezrobociem, wyludniającymi się z roku na rok wioskami i politykami od lat powtarzającymi te same frazesy o polskości i wartościach chrześcijańskich, do których jednak miłość bliźniego i tolerancja nie należą. Nawet nowe zaszczytne tytuły, nadawane przez kolegów i koleżanki z partii (honorowy obywatel) czy w plebiscytach i konkursach (np. Polak roku) nie dodają atrakcyjności. Znowu wybraliśmy stabilność, która w tym wypadku oznacza: stabilny marazm i bylejakość.

W tym całym zaduchu pojawia się jednak nadzieja na zmiany, których zaczynamy żądać coraz głośniej. Krytyka niekwestionowanych do tej pory autorytetów przybiera na sile. Jest rozproszona, bo pochodzi od środowisk często nie związanych z partiami politycznymi: od działaczy społecznych i kulturalnych, organizacji młodzieżowych i osób prywatnych. Przestaliśmy poszeptywać o nieprawidłowościach i wadach, ale zaczynamy mówić o nich na głos na spotkaniach Polskiego Klubu Dyskusyjnego, na portalach społecznościowych czy na blogach. Nie wszyscy mają taką możliwość ze względu na macki AWPL, które na Wileńszczyźnie sięgają każdego szczebla. Świadczą o tym chociażby słowa uznania, które dostaję na swoją skrzynkę pocztową jak również w wiadomościach na portalu społecznościowym Facebook po każdej mojej publikacji uderzającej w obecny status quo. Te prywatne wiadomości od nieznajomych osób, obawiających się mówić głośno ze względu na obawę utraty pracy czy ostracyzm środowiskowy, świadczą o potrzebie zmian. Indywidualne historie są najlepszym papierkiem lakmusowym do zweryfikowania na czym od lat oparta jest tzw. AWPL-owska „jedność”.

Aleksander Gavlas pochodzi z małej wsi w pobliżu Turgiel. Niezależny publicysta, absolwent stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Od 2012 roku mieszka we Francji, gdzie pracuje w Szkole Biznesowej INSEAD (Fontainebleau). Interesuje się sprawami związanymi z sytuacją Polaków na Litwie, ponadto ciekawi się ekonomią i polityką, rzeźbi z gliny oraz maluje. Kontakt: alek.gavlas@onet.pl