Niepodległa
Opinie
zw.lt

Prolog: Pierwsze minuty wolności

Kiedy litewski parlament wybrany w wolnych wyborach zadecydował o wskrzeszeniu niepodległego państwa, cieszyli się mieszkańcy republik nadbałtyckich i wszyscy ci, którzy właśnie w Europie Środkowo-Wschodniej wyrywali się z okowów systemu sowieckiego - prezentujemy fragmenty książki Witold Beresia (współpraca: Jacek J. Komar) „Okińczyc – wileński autorytet. Opowieść o wolnej Litwie”, która ukazuje się nakładem PIW w maju tego roku

Jest kilka minut po dziesiątej wieczór, niedziela, 11 marca 1990 roku. Za mównicą głównego budynku w Wilnie staje poczciwie wyglądający pan w średnim wieku, mocno okrągławy, z zabawną, rzadką bródką. To przywódca niepodległościowego ruchu Sąjūdis, Vytautas Landsbergis, lat 58, profesor muzykologii i wykładowca na Akademii Muzycznej. Od kilku godzin piastuje stanowisko przewodniczącego Sejmu Republiki Litwy.

Ten sam Sejm rano zwał się jeszcze Radą Najwyższą Republiki i był wzorowany na sowieckim modelu zarządzania państwem. Nie było to dziwne, bo Litwa z kolei nosiła nazwę Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i tylko formalnie była suwerennym podmiotem tworu zwanego Związkiem Socjalistycznych Republik Radzieckich i kierującego się mroczną ideologią oraz imperialnymi ciągotami Moskwy.
Teraz zarówno sala, jak i loże dla gości, są nabite. W górze, w loży, siedzą między innymi goście z Polski: senator Tadeusz Kłopotowski i poseł Henryk Wujec oraz działacze niepodległościowi, którzy wybory zbojkotowali, ale deklarują swoje wsparcie dla wolności republiki. Dziennikarze z wszystkich krajów świata.

Sowieccy, brytyjscy, amerykańscy oraz oczywiście pochodzący z nadbałtyckich republik ZSRR, Litwy, Łotwy i Estonii. Bo choć Litwa pierwsza decydowała się na wyjście z ZSRR, to te kraje właśnie ściśle z sobą współpracują. I byli dziennikarze z Polski: Jerzy Marek Nowakowski, Marek Karp i Elżbieta Sawicka. Zwłaszcza Karp domagał się obecności na sali w czasie najważniejszych głosowań, bo zawsze czuł się spadkobiercą Wielkiego Księstwa Litewskiego i sercem był zaangażowany w walkę o niepodległą Litwę.

Posłom kłębiącym się w dole nie wolno wybierać sobie miejsc na sali ani grupować się według orientacji politycznych. Zasiadają kolejno, zgodnie z numerami okręgów wyborczych. Ale obserwatorzy bez trudu wyłapują najbardziej znanych polityków.

Poza Landsbergisem w pierwszym rzędzie widać Virgilijusa Čepaitisa, sekretarza generalnego Sąjūdisu. W drugim, z prawej strony, siedzi trzech wyrazistych polskich działaczy niezależnych. Jest dyrektor wileńskiego Instytutu Medycyny Doświadczalnej, Medard Czobot. Jest Zbigniew Balcewicz – członek Biura Politycznego nowej Komunistycznej Partii Litwy powstałej wokół Algirdasa Brazauskasa – zwolennika niepodległości.

Balcewicz jest też redaktorem naczelnym „Kuriera Wileńskiego”, do niedawna jeszcze „Czerwonego Sztandaru” (ta nowa nazwa, nawiązująca do historycznego tytułu ukazującego się w Wilnie jeszcze przed wojną, została przywrócona dzięki staraniom samego Balcewicza). Siedzi tu także zawsze bezpartyjny mecenas Czesław Okińczyc, prezes wileńskiego oddziału Związku Polaków na Litwie i wydawca prywatnego dwutygodnika „Znad Wilii”.

Ci trzej to polskie „Wilno”, od początku sprzyjające odrodzeniu niepodległości Litwy. A niedaleko, tuż przy Algirdasie Brazauskasie, liderze i twórcy KPL, siedzi sześcioro deputowanych z prowincjonalnych okręgów Wileńszczyzny, gdzie rządzi mniejszość polska: Leon Jankielewicz, Stanisław Akanowicz, Walentyna Subocz, Edward Tomaszewicz, Stanisław Pieszko, Ryszard Maciejkianiec. Wszyscy do niedawna byli związani z Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego, ale dzisiaj żaden z nich nie jest już członkiem partii Brazauskasa.

Ba, niektórzy wręcz są aktywnymi działaczami tej części Komunistycznej Partii Litwy, która jest wierna Kremlowi, nie popiera niepodległości i nazywa się Komunistyczną Partią Litwy na platformie Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (KPL/KPZR). Skąd Polacy w tak podejrzanej partii? To nie dziwi – zgodnie z nieśmiertelną imperialną zasadą „dziel i rządź”, właśnie polska mniejszość była hołubiona przez Moskwę jako przeciwwaga dla Litwinów.

Teraz Landsbergis zarządza najważniejsze, imienne, głosowanie dnia.

35-letni Czesław Okińczyc, szczupły, elegancki mężczyzna z zawadiacką czupryną odebrał już kartę do tego głosowania. Patrzy na nią uważnie.
„Karta do głosowania imiennego”. Zwykła karta do głosowania. Jednak treść ustawy, o której ta karta rozstrzygnie, jest historyczna. „Głosowano w sprawie odrodzenia niepodległości państwa litewskiego”. Taką kartę przed chwilą otrzymał każdy poseł. Należy jedynie wybrać jeden z trzech wariantów głosowania: „za”, „przeciw” lub „wstrzymuje się”.

Okińczyc jest zirytowany. Nie, nie dlatego, żeby nie wiedział, jak głosować. Ten adwokat od początku istnienia legalnej opozycji na Litwie zaangażowany jest w ruch antysowiecki. Pochodzi ze starej, polskiej, opozycyjnej wobec komunizmu rodziny i wie doskonale, że w ramach Związku Radzieckiego i przy stolicy w Moskwie nie ma szans – nawet przy największych ulgach i demokracji – na rozwój państwa i społeczeństwa. Wreszcie – na rozwój jego samego, Okińczyca.

Ale jest zirytowany dlatego, że jeszcze przed kwadransem w kuluarach gorąco namawiał posłów z polskich okręgów Wileńszczyzny, aby głosowali za niepodległością Litwy. Nawet jeśli się boją, że jako mniejszość narodowa będą mieli gorzej, to przecież muszą sobie zdawać sprawę z tego, że w państwie wolnym od rządów Moskwy i z demokratycznie wybieraną władzą będzie im z pewnością lepiej.

– Rozmawiałem z nimi wiele o tej sytuacji. Oni ciągle mi tłumaczyli, że to ja nic nie rozumiem, że gdy Litwa stanie się niepodległa, to ich zniszczą, zlituanizują, ograbią… Używali typowych nacjonalistycznych haseł. I nie pomagało tłumaczenie, że gdy Litwa zostanie niepodległym państwem, wejdzie do Europy, to miejscowi Polacy będą mieli parasol ochronny. Że będziemy częścią społeczności międzynarodowej i to pozwoli nam o wiele skuteczniej bronić swojej tożsamości, niż gdyby była naruszana.

Lecz rozmówcy uparcie twierdzili, że boją się o swoją podmiotowość w wolnej Litwie, gdy skończy się sowiecki parasol, że nie mają mandatu od swoich wyborców na głosowanie za niepodległością Litwy.

Ten argument szczególnie zirytował młodego prawnika. Na wszelki wypadek spróbował jeszcze jednego sposobu – dosłownie na kilka minut przed głosowaniem poprosił o udzielenie mu oficjalnie głosu, licząc na to, że szalę przeważy przypomnienie polskim posłom roli Stanisława Narutowicza, brata pierwszego prezydenta niepodległej Polski, który podpisał się pod aktem niepodległości Litwy 16 lutego 1918 roku.

„Jako poseł i jako Polak pragnę wyrazić radość z powodu uczestnictwa w obradach parlamentu litewskiego. Radość ta wynika z tego, że jest to pierwszy od pół wieku parlament, który reprezentuje rzeczywistą wolę społeczeństwa. Realizując ją, przywróciliśmy przed chwilą nazwę wolnego państwa, jego historyczny herb. Już wkrótce podejmiemy decyzję o przywróceniu niepodległego państwa.

Apeluję do wszystkich posłów, żeby złożyli swe podpisy pod tą deklaracją. Stajemy przed wielką szansą. Szansą zbudowania Litwy niezależnej i nawiązującej do najlepszych tradycji tej ziemi.
Możemy je kontynuować, budując demokratyczne państwo, chroniące prawa człowieka – państwo śmiało wchodzące do europejskiej rodziny.

Z dumą myślę o tym, że Deklarację Niepodległości Litwy z 16 lutego 1918 roku podpisał także i Polak. I tym razem nie zabraknie polskich głosów”.

Czy to płomienne przemówienie, nagrodzone gorącymi oklaskami, odniesie skutek? – Trudno, zobaczymy – myśli Okińczyc i bez wahania zaznacza krzyżykiem ZA NIEPODLEGŁOŚCIĄ.

Teraz posłowie powoli podchodzą do urny i z namaszczeniem wrzucają do niej swoje głosy. Mija jeszcze kilka chwil, ale komisja skrutacyjna szybko przelicza kartki.

Jest noc z 11 na 12 marca 1990 roku, godzina 22.44. Prowadzący obrady Landsbergis wchodzi ponownie na mównicę i ogłasza:

– Przy 130 posłach obecnych na sali, za niepodległością Litwy głosowało 124, sześciu się wstrzymało, nikt nie był przeciwko!

Fala oklasków. Na sali radość i entuzjazm. Litwini, na co dzień wszak nie słynący z okazywania uczuć, padają sobie w ramiona i coś wykrzykują. W centralnym miejscu ściany, nad trybuną władz sejmu, jeszcze przed kilkoma godzinami widniał herb radzieckiej Litwy, teraz zasłonięty, z wolna wciągana jest ogromna, żółto-zielono-czerwona flaga litewska.

Niektórym kręci się łza w oku.

Ta flaga to osobna historia. Jest prostokątem podzielonym na trzy poziome pasy: żółty, zielony i czerwony. Żółty to kolor słońca i oznacza szlachetność. Zielony to kolor przyrody i symbol nadziei. Czerwony to krew i miłość do kraju.

Bardzo podobną flagę (o nieco jaśniejszych barwach) Litwa miała od 1918 roku do zajęcia państwa przez ZSRR w 1940 roku. A po wojnie, aż do 1989 roku, oficjalnym symbolem kraju była flaga sowieckiej Litwy.
Tak naprawdę ta trójbarwna flaga projektu specjalnej komisji artystycznej w latach międzywojennych budziła pewne kontrowersje – wszak w czasach Wielkiego Księstwa Litewskiego obowiązywała czerwona flaga z Pogonią. Ale kiedy w 1918 roku Litwa budowała swoją państwowość, czerwona flaga kojarzyła się z bolszewizmem, który dla odzyskujących niepodległość społeczeństw stanowił śmiertelne zagrożenie.

Największym nieszczęściem głosowania było to, że sześciu Polaków NIE POPARŁO niepodległości Litwy. A jak zauważa Okińczyc:

– Polacy w ciągu wieków historii zawsze walczyli o niepodległość krajów, w których żyli.

Mecenas dyplomatycznie podkreśla, że nie były to głosy „przeciw” i dzięki temu przewodniczący Landsbergis mógł ogłosić na cały świat, że nie było żadnego takiego głosu. Powiedzmy jednak szczerze – tak naprawdę to były głosy przeciwne, dlatego że chodziło o pozyskanie bezwzględnej liczby głosów „za niepodległością”. A zatem każdy, kto nie głosował „za”, głosował de facto „przeciw”.

Okińczyc, dystansując się od postawy polskich posłów, nie kryje dystansu również wobec Sąjūdisu. Uważa, że gdyby Sąjūdis poświęcał więcej uwagi mniejszości polskiej, głosowanie wyglądałoby inaczej. Że należało pomyśleć o Polakach, przeciągnąć ich na swoją stronę. Owszem, Sąjūdis współpracował z „Solidarnością”, ale niestety w tych wspólnych pracach zabrakło tematu polskiej mniejszości narodowej. Natomiast na Litwie wpychano Polaków w ramiona komunizmu. W ten sposób oddano polską mniejszość w ręce sowieckich agentów KGB. Ćwierć wieku później Okińczyc tak to skomentuje:

– Nadszedł już czas, aby zapomnieć o tym i spojrzeć do przodu. Ale rzeczywiście, wtedy wyglądało to tak, jakby nasi okrakiem na płocie usiedli.

Przyznać jednak trzeba, że zanim do głosowania doszło, wielu posłów miało obawy. Okińczyc jest wdzięczny losowi, ba – jest bardzo dumny i szczęśliwy z tego, że miał możliwość podpisania Aktu 11 Marca.

– W samym Sąjūdisie niemało było takich, którzy mieli wątpliwości, czy trzeba ogłaszać niepodległość. I były wątpliwości – uczestniczyć w tym czy nie? Bo ciągle było słychać, a to że nie będziemy mieć benzyny, a to że odetną nam gaz i wykończy nas zima. A wtedy Litwini już w większości mieli auta, co prawda ruskie – Łady i Wołgi – ale mieli. Pamiętam, że wtedy tłumaczyłem: – Trudno, najwyżej będziemy jeździć na rowerach, więc nie ma strachu. Niepodległość przede wszystkim.

Ale zwykli, przeciętni Litwini cały czas naciskali na jak najszybsze przegłosowanie niepodległości. Cały czas trwały wiece, spotkania, wywieszano transparenty… Żeby zaraz, żeby od razu pierwszego dnia… Właściwie nawet gdyby ktoś chciał być przeciw, to i tak nie było innej możliwości, niż tylko jak najszybciej głosować.

– W sumie się nie wahaliśmy. Zresztą od początku wspierały nas Stany Zjednoczone, a w tym okresie stale przebywał tu jeden z konsuli amerykańskich z Leningradu (dziś Petersburg). Mieliśmy tu dziennikarzy i specjalnych gości z całego świata, więc czuliśmy się pewniej.

Teraz więc, w zimnym marcu roku 1990, wszyscy śmiało sięgają po najważniejsze atrybuty swojej tożsamości i wolności.

Posłowie wstają i śpiewają „Lietuva, Tevyne musu” („Litwo, ojczyzno nasza”). Melodia ta zwana jest „Pieśnią narodową” („Tautiška giesmė”): od 1898 roku, gdy skomponował ją (i napisał do niej słowa) litewski działacz niepodległościowy, lekarz i kompozytor Vincas Kudirka, jest dla Litwinów nieprzemijającym symbolem litewskości. Nie dziwi więc, że Sowieci zakazali jej w latach, w których okupowali ten kraj.

Lietuva, tėvyne mūsų,
Tu didvyrių žeme,
Iš praeities Tavo sūnūs
Te stiprybę semia.

Litwo, ojczyzno nasza,
ty jesteś ziemią bohaterów.
Z przeszłości twoi synowie
niech czerpią siły.

Na sali panuje teraz euforia pomieszana z ogromnym wzruszeniem. Posłowie gratulują sobie, ściskają się i całują. A potem ujmują się za ręce, skandując: „Litwa? Litwa!”. Profesor Landsbergis zaintonował hasło podjęte przez salę. „Litwa jest już wolna, Łotwa będzie wolna”. „Litwa jest już wolna, Estonia będzie wolna”. „Wszystkie republiki, które tego chcą, będą wolne”.

Tym samym wchodzi w życie uchwała Rady Najwyższej Litewskiej Republiki Radzieckiej, zatytułowana „Akt Przywrócenia Państwa Litewskiego”.

„Rada Najwyższa Republiki Litewskiej, reprezentując wolę narodu, orzeka i uroczyście oznajmia, że sprawowanie suwerennej władzy przez Państwo Litewskie, przerwanej przez zagraniczne siły w roku 1940, zostaje przywrócone i od tej pory Litwa staje się ponownie niepodległym państwem.

Akt niepodległości z 16 lutego 1918 roku, przyjęty przez Litewską Radę Państwową oraz dekret Zgromadzenia Konstytucyjnego z 15 maja 1920 roku, dotyczący utworzenia demokratycznego Państwa Litewskiego, nigdy nie utraciły mocy prawnej i stanowi konstytucyjną podstawę Państwa Litewskiego.

Terytorium Litwy jest niepodzielną całością i konstytucja żadnego innego państwa nie ma na to wpływu.

Państwo Litewskie kładzie nacisk na przestrzeganie powszechnie uznanych zasad prawa międzynarodowego. Uznaje zasadę nienaruszalności granic, sformułowaną w Akcie Końcowym Konferencji na temat Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie w Helsinkach w roku 1975, i zapewnia przestrzeganie praw człowieka, praw obywatela oraz praw wspólnot etnicznych.

Rada Najwyższa Republiki Litewskiej, reprezentująca suwerenną władzę, na mocy niniejszego Aktu wprowadza w czyn suwerenność państwa”.

Tę deklarację chciano ogłosić już dzień wcześniej, podczas pierwszego dnia obrad, ale było przy niej sporo pracy i dyskusji. Na pewno chciano dzięki Aktowi stworzyć ciągłość państwa litewskiego. Stąd nawiązanie do 1918 roku. Ten dekret to była praca zbiorowa: i czołówki Sąjūdisu, i prawników takich, jak Okińczyc. Wielką rolę odegrał Stasys Lozoraitis, ostatni ambasador niepodległej Litwy przy Stolicy Apostolskiej, a potem szef litewskich władz emigracyjnych w Waszyngtonie – bo tylko Amerykanie i Watykan nigdy nie uznali anektowania Litwy przez Sowietów w roku 1940. A Lozoraitis, dzięki swoim formalnym kontaktom i doświadczeniu, wiele mógł doradzić w kwestiach prawa międzynarodowego. Deklarację długo więc dopieszczano.

A po przegłosowaniu Aktu Przywrócenia ogłoszony zostaje jeszcze jeden dokument – „Posłanie do narodów świata”.

„Rada Najwyższa Republiki Litewskiej, ogłaszając kontynuację niepodległego państwa litewskiego i powrót do rodziny wolnych państw świata, ma nadzieję na okazanie przez nie braterskiej solidarności i pomocy.

Nasza decyzja nie jest skierowana ani przeciw jakiemukolwiek państwu, ani przeciw jakiejkolwiek zamieszkałej na Litwie narodowości. To droga pozwalająca zagwarantować Litwie prawa człowieka, obywatela i wspólnot narodowych, otworzyć się na wolne współżycie, wnieść część naszej odpowiedzialności i pracy w tworzący się świat sprawiedliwości i zgody.

Niech nam dopomoże Bóg i wszyscy ludzie dobrej woli”.
*
W ten sposób dobiegł końca drugi dzień pierwszego po pół wieku posiedzenia wolnego parlamentu Litwy. I był to bardzo długi dzień.
Posiedzenie rozpoczęło się o godzinie dziewiątej rano, jeszcze w zupełnie innej epoce. Co prawda w pierwszych po 1945 roku całkowicie demokratycznych wyborach wygrał Sąjūdis, blok sił demokratycznych i niepodległościowych, ale zewnętrzne oznaki nie pozwalały zapomnieć, że sowiecki komunizm jeszcze nie upadł.

Jeszcze dzień wcześniej na budynku nie Sejmu, a Rady Najwyższej, widniał herb radzieckiej Litwy. Na nim, zgodnie ogólnosowieckim szablonem, widniały kłosy zboża w wieńcu dębowym, ze złotym, wschodzącym słońcem i skrzyżowanym sierpem i młotem. I do tego napis po litewsku: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”. (Flaga jest równie banalna jak godło – zielonobiały pasek u dołu czerwonej flagi radzieckiej).

Teraz zostają ogłoszone wybory na przewodniczącego Rady Najwyższej.
Temu muszą towarzyszyć ogromne emocje – wszak będzie wybierana de facto głowa państwa. Rywalizują lider KPL Brazauskas i szef Sąjūdisu Landsbergis. Początkowo prócz Landsbergisa było jeszcze dwóch innych kandydatów „Sąjūdisu”: adwokat Kazimieras Motieka i Romualdas Ozolas. Jednak w obawie przed rozproszeniem głosów, które mogło przynieść zwycięstwo Brazauskasowi, obaj wycofali swoje kandydatury. Landsbergis wygrał zdecydowanie. Otrzymał 91 głosów ze 133.

Kiedy wyniki zostają oficjalnie ogłoszone, tłum zebrany pod gmachem parlamentu skanduje entuzjastycznie „Landsbergis, Landsbergis”. Nowy przewodniczący wychodzi w przerwie obrad na zewnątrz. Wraca z naręczem czerwonych tulipanów.

Teraz czas na kolejne zmiany. Najpierw – nowa nazwa państwa: Lietuvos Respublika. Republika Litwy. Potem – herb. Ten radziecki zostaje zasłonięty przy burzy oklasków. Godło też ma być nowe – to historyczna Pogoń, przedstawiająca białego rycerza na czerwonej tarczy. Ale nikt tego wcześniej nie przygotował.

Czyżby?

Na trybunę wchodzi starsza kobieta ubrana w strój ludowy, więźniarka stalinowskich łagrów, z małym, niepozornym herbem litewskiej Pogoni, przetrzymywanym przez lata w ukryciu w jednym z domów. Cała sala skanduje: „Lie–tu–va, Lie–tu–va”.

Na zewnątrz gmachu herb sowiecki jest już ściągnięty, a pomimo późnej pory i mrozu stoi tam ciągle parotysięczny tłum z transparentami żądającymi po rosyjsku, angielsku i litewsku wolności i niepodległości dla Litwy. Jest bardzo zimno, zacina deszcz. Ten tłum jest, jak przystało na chłodnych Litwinów, dość powściągliwy. Większość osób milczy. Niektórzy z płonącymi świeczkami w ręku. Ale transparenty przyciągają: „Algirdasie, dość ogłupiania narodu!”, „Deputowani, brońcie młodzieży litewskiej przed Krwawą Armią!”. „Komuniści z Sąjūdisu, wystąpcie z partii!”. „Socjaldemokraci, występujcie z partii komunistów. Nie bądźcie ich braćmi!”, „Gorbaczow, za rzekome litewskie długi zabierz sobie litewskich bolszewików!”.

Po przegłosowaniu niepodległości deputowani wybrani z Sąjūdisu z trójkolorowymi flagami narodowymi wychodzą do swoich rodaków. Emocje z sali przenoszą się teraz na ulice.

Okińczycowi, nawet gdy wspomina tę chwilę po ćwierćwieczu, lśnią oczy.

– Naszą decyzję poparła cała Litwa! Nie zabrakło gratulacji ani radości. Pomimo deszczowego, wietrznego wieczoru ludzie czekali na parlamentarzystów i skandowali „Dziękujemy! Dziękujemy!”. Wszyscy rozumieli, co się wydarzyło. W tym momencie rozpoczęła się nowa era w życiu państwa, staliśmy się niezależni, również od Moskwy, nikt postronny nie będzie nami kierować, sami będziemy tworzyć własne życie i dobrobyt.

To był prawdziwie gwiezdny wieczór. Czuliśmy, że każda minuta staje się historią.

Jestem dumny, że polskie podpisy widnieją pod Aktem Niepodległości Litwy i że jest tam mój podpis, Polaka,obywatela Państwa Litewskiego.

*
Informacja o niepodległości Litwy natychmiast poszła w świat. I natychmiast przetłumaczono Akt na wszystkie możliwe języki i rozesłano faksem gdzie się tylko dało. Posłano go też do Moskwy. Tam zresztą udali się także z tą informacją litewscy posłowie wybrani do Rady Najwyższej Związku Sowieckiego – wszak mieli ogólnosowiecki immunitet. I z trybuny Rady Najwyższej po prostu przekazali na posiedzeniu informację, że ogłoszono niepodległość i nie ma już powrotu Litwy do ZSRR. Inna rzecz, że wtedy już mieli w Radzie Najwyższej sojuszników również z innych republik, bo sowiecki parlament aż wrzał dzięki zwolennikom przemian i wychodzenia z ZSRR.

Jednak pierwszy dzień wolności, choć litewska prasa pisze szumnie o euforii narodowej, niewiele różni się od ostatniego dnia niewoli.

Elżbieta Sawicka i Marek Karp opiszą w „Tygodniku Powszechnym” dzień następny po pamiętnym głosowaniu, pierwszy dzień wolności.
„Poniedziałkowy poranek. Deszcz i wichura. Przed wejściem do parlamentu trzech robotników pracowicie przy pomocy dłuta i młotka skuwa mosiężne litery z tablicy „Litewska Socjalistyczna Republika Radziecka”. Ta, na której napisane było grażdanką „Wierchownyj Sowiet Litowskoj Riespubliki”, już ogołocona z liter. została szczelnie przysłonięta tekturą. Żadnej ostentacji.

– Panowie, sprzedajcie nam jedną literę na pamiątkę, prosimy.

– Nie możemy, naprawdę. Litery litewskie mogą się jeszcze przydać do innej tablicy.

– To może chociaż rosyjską…

– Nie da rady – śmieją się. Poszły wszystkie już wczoraj wieczorem”.

Bo wokół granic nowej republiki trwał silny opór. Od razu przestrzegano Litwinów, że jeśli nie wycofają się z Aktu i zaszkodzą reformom Gorbaczowa, to zostaną gospodarczo ukarani.

Tak, deklaracja niepodległości oddawała tylko (i aż) ducha czasu.
Natomiast ani niczego nie zmieniała formalnie (żadne państwo tej nowej niepodległości nie uznało), ani tym bardziej praktycznie.

Pierwsze reakcje Sowietów były nie tylko politycznie nieprzychylne, ale też niosły wymierne groźby gospodarcze: żądano od Litwy zwrotu 21 miliardów rubli, w tym 17 miliardów tytułem odszkodowania za rzekomą wartość inwestycji poczynionych na Litwie ze środków centralnych i cztery miliardy długów za ropę naftową.

Pojawiło się pytanie o jedną z największych w Europie Północnej elektrowni atomowych, w Ignalinie, której i status, i poziom nowoczesności był kontestowany. Jeszcze więcej pojawiło się pytań w związku ze sprawą wojsk radzieckich stacjonujących na Litwie, a także z kwestią młodych Litwinów powoływanych do Armii Czerwonej (choć Sąjūdis obiecuje im, że będą mogli odmówić służby w Armii Czerwonej, to jednak nie on organizuje pobór na terenie młodej republiki). A co z granicami? Litwa deklaruje przecież poszanowanie dla istniejącego porządku europejskiego, ale Moskwa napomyka o Kłajpedzie i Wileńszczyźnie jako o obszarach spornych, na co Wilno zapowiada odcięcie Kaliningradu od ZSRR.

Oczywiście – wobec takiej bezczelności Kremla Litwa może wystawić swoje rachunki. Za 50 lat okupacji kraju. Za niewolniczą pracę zesłańców. Za setki tysięcy więźniów, którzy utracili zdrowie i życie w sowieckich łagrach. Za zniszczenia środowiska naturalnego. Za majątki zbudowane przez Litwę na terenach Federacji Rosyjskiej, ale i innych republik sowieckich.

Słowem – łatwo nie będzie, jeśli nie będzie politycznej woli dogadania się.

Sam Landsbergis w wywiadach od początku nie kryje zagrożeń stawianych Litwie przez Związek Radziecki. Mówi np. „Gazecie Wyborczej”: „Liczymy się z tą możliwością, ale jeżeli ma być to cena za niepodległość, społeczeństwo litewskie jest gotowe ją zapłacić”.

*

W Polsce przyjęto nowy etap w dziejach Litwy z ogromną, bezdyskusyjną radością.

Posłanka i dziennikarka „Tygodnika Powszechnego”, a przy tym wilnianka, Józefa Hennelowa, pisała z entuzjazmem w komentarzu „Litwa wraca”:

„Taki okrzyk – pamiętamy – rozlega się w »Krzyżakach« w czasie bitwy pod Grunwaldem, wśród wojsk polskich zmagających się z krzyżackimi na widok wracających oddziałów Witolda, rozproszonych po pierwszym natarciu. »Litwa wraca« można powtórzyć dzisiaj w Polsce jako odzew na historyczną decyzję Rady Najwyższej Litwy z niedzieli 11 marca br. o nienaruszalności deklaracji niepodległości z 1918 roku i o unieważnieniu decyzji włączenia państwa litewskiego w skład Związku Radzieckiego w roku 1940. Trzyipółmilionowy naród sięgnął po swoją wolność z determinacją i stanowczością, które nie mogą wywołać innych reakcji niż szacunek i podziw. Litwa jest pierwszym krajem, który wziął za słowo mocarstwo, mające w swej konstytucji stwierdzenie o prawie do wystąpienia ze związku republik sowieckich. Stwierdzenie nigdy przez ZSRR dotąd nie brane na serio. To również oznacza przełom na skalę historii. Tak uczyniony został wyrok decydujący. Wszystkie następne porządkujące stosunki niepodległej Litwy z dotychczasowym jej suwerenem, jakkolwiek byłyby trudne i wymagające najwyższej mądrości politycznej, winny zakończyć się jedynym rozwiązaniem godnym wolnych narodów: ogólnoeuropejskim uznaniem niepodległości Państwa Litewskiego, pełnoprawnego członka wspólnoty europejskiej.

Dla Polski zaś, sąsiada od wieków, oznacza to ponadto mocną nadzieję na ułożenie sobie stosunków z niepodległą Litwą na miarę potrzeb i oczekiwań nadchodzącego czasu »wspólnego domu«. Jednym z warunków jest wzajemne zadbanie o mniejszości narodowe w obu państwach: Polaków na Litwie, Litwinów w Polsce. O ich prawo do języka, kultury, religii, niezakłóconego rozwoju duchowego i społecznego. Także o postawę lojalności wobec krajów, których są obywatelami. Chodzi również o szacunek dla historii i zapanowanie nad narodowymi kompleksami. Chodzi o skalę wyobraźni politycznej i społecznej.

»Litwa wraca« – oby ten okrzyk z »Krzyżaków« dziś zabrzmiał równym optymizmem, jak zawsze, kiedy z powrotem stają przy sobie suwerenni sprzymierzeńcy”.

O AUTORACH:
WITOLD BEREŚ

… jest producentem filmowym (wszystkie filmy Artura Więcka „Barona”, w tym m.in. Anioł w Krakowie, Dowódca Edelman) i autorem wielu książek. Ma duże doświadczenie medialne: w czasach PRL redagował niezależną, podziemną prasę, w latach 90. pracował w Tygodniku Powszechnym Jerzego Turowicza i współpracował z Radiem Wolna Europa, a następnie był komentatorem radia RMF FM oraz felietonistą Gazety Wyborczej. Ma za sobą także doświadczenie w pracy telewizyjnej – współtworzył w TVP1 m.in. cenione cykle Rozmowy na koniec wieku i Dobre książki oraz serial Filozofia po góralsku wg ks. Tischnera.
Jest autorem bądź współautorem ponad trzydziestu książek. Są wśród nich opowiadania (III RP od płota do płota, Opowieści szelmowskie. O Wieliczce i soli dla dorosłych), eseistyka (Czwarta władza. Najważniejsze wydarzenia III RP), biografie, jak np. Tischner – życie w opowieściach (wysoka sprzedaż, wiele nagród), a także książki-rozmowy, jak np. Onyszkiewicz – ze szczytów do NATO czy takie mega-hity jak Generał Kiszczak mówi prawie wszystko oraz Kapuściński: nie ogarniam świata.
Szczególną wagę wśród napisanych książek ma dla niego ta pierwsza, wydana jeszcze w 1988 roku przez paryski Instytut Literacki Jerzego Giedroycia Tylko nie o polityce – rozmowy Promienistych oraz tytuły związane z badaniem i opisywaniem dziedzictwa żydowskiego: Duchowny niepokorny – rozmowy z ks. Stanisławem Musiałem, wielokrotnie nagradzana i tłumaczona na kilka języków biografia Marek Edelman. Życie. Po prostu oraz Kazik Ratajzer. Bohater z cienia.
Jest współzałożycielem firmy producenckiej, która zrealizowała m.in. filmy fabularne dystrybuowane w kinach w całej Polsce. Do nich należą: Anioł w Krakowie (2002 – m.in. nagroda za debiut reżyserski na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni i Nagroda Publiczności na festiwalu Filmów Polskich w Chicago; film nominowany w czterech kategoriach do Polskiej Nagrody filmowej Orły), Zakochany Anioł (2005 – sprzedaż: Stany Zjednoczone, Kanada, Australia), Jegomość Tischner i jego filozofia po góralsku (premiera maj 2007, Los Angeles). W sierpniu 2013 roku weszła do kin kolejna fabuła: Wszystkie kobiety Mateusza.
Wybrane filmy dokumentalne: Goralenvolk – historia zdrady (2005), Iran. Córki islamu (2005), Dowódca Edelman (2008 – Jerusalem Film Festival, Asolo International Art Festiwal, Italy), Tischner – życie w opowieściach (2008), Bartoszewski. Droga (2012 – wspólnie z Fundacją Świat ma Sens).
Firma zrealizowała także serial telewizyjny Historii filozofii po góralsku wg ks. Tischnera nagrodzony m.in. Jańciem Wodnikiem na Festiwalu „Prowincjonalia” we Wrześni oraz Nagrodą przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji na XXIV FPFF w Gdańsku (1999).
Za swe dokonania Witold Bereś otrzymał wiele wyróżnień, m.in.: Nagrodę Fundacji POLCUL (1988), Nagrodę Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich (1989), „Asa Empiku” (2007, za bestseller roku Kapuściński: nie ogarniam świata), Nagrodę „Klio” (2008, za najlepszą książkę historyczną roku – biografia Edelmana), a z rąk prezydenta Komorowskiego – Złoty Krzyż Zasługi (2011).

Wspólnie z Baronem od roku 2000 organizują na Podhalu Wypominki Tischnerowskie.

Założył wydawnictwo w ramach Fundacji Świat ma Sens, które specjalizuje się w książkach poświęconych wielkim Polakom. Ukazały się tu Obywatel KK – Krzysztofa Kozłowskiego zamyślenia nad Polską oraz Krąg Turowicza.

JACEK JAN KOMAR
Dziennikarz polski na stałe mieszkający w Wilnie, wieloletni korespondent Gazety Wyborczej.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
UM Ełk - Oficjalna serwis internetowy miasta Ełku
Radar Wileński – Poinformuj nas!