Opinie
Bohdan Cywiński

Prof. Cywiński: Śladami Sierakowskiego

Lithuania – tak całość tych ziem nazywana była „od zawsze”, to jest od czasu, kiedy zaistniała jako jeden podmiot polityczny i zarazem przedmiot uwagi i pożądania sąsiadów. Było to jeszcze za czasów krzyżackich. Określana jedną nazwą, nigdy chyba nie była całością jednolitą ani jednorodną.

Rozmaitość krajobrazów i odrębność krain przyrodniczych jest przy tej rozległości przestrzennej czymś całkiem naturalnym, ważniejsza jest natomiast różnorodność etniczna i kulturowa żyjących na tej ziemi ludzi. Ludność rodzima tej wielkiej historycznej Litwy – Lithuanii – nie wywodzi się przecież z jednego korzenia, ale z różniących się znacznie między sobą plemion bałtyjskich – Żmudzinów i Litwinów, a po trosze chyba i Prusów czy Jadźwingów – oraz z daleko liczniejszych plemion słowiańskich – Krywiczy, Dregowiczy, Radymiczy i innych. Blisko dwadzieścia pokoleń, jakie upłynęły między trzynastym a dziewiętnastym wiekiem, we wspólnym bytowaniu w tak samo zmieniających się warunkach politycznych i społecznych, wymieszało te różne wschodnio-europejskie szczepy i w jakiejś mierze upodobniło ich specyficzne cechy. Niemniej dziewiętnastowieczna Lithuania – od Polesia po Witebszczyznę i po nadbałtycką Żmudź– nie była społeczeństwem jednym, ale sumą społeczności regionalnych, dopiero zresztą odkrywających różne wersje własnej podmiotowości i próbujących im przypisać odpowiednie nazwy.

Począwszy od przełomu XIV i XV wieku, a na dużą skalę od 1500 roku, pojawiają się na tych ziemiach Polacy, przede wszystkim Mazowszanie, ale też wcale liczni Wielkopolanie. Najczęściej przyciąga ich stołeczne Wilno, wokół którego osiedlają się najgęściej, ale szybko wędrują i na ruski, prawosławny wschód i na północne pogranicze litewskiej Auksztoty i łotewskiej Zemgalii i Inflant. Musi być ich wielu, skoro szesnastowieczne „Statuty Litewskie” już od pierwszej swej redakcji z roku 1529 stawiają im ograniczenia w nabywaniu większych posiadłości ziemskich i w zajmowaniu stanowisk urzędowych. Najlepszą więc drogą do trwałego osiedlenia się na Litwie stają się  dla nich związki rodzinne: w Litwę trzeba się po prostu „wżenić”.

Zastana w Wielkim Księstwie Litewskim lokalna wielokulturowość i wielowyznaniowość była dla przybyszy z silnie ujednoliconej pod obu tymi względami Korony doświadczeniem nowym. W „starym kraju” kultura polska (a z wyłączeniem dwóch szesnastowiecznych pokoleń, silnie naznaczonych Reformacją, także i katolicka) była jedynaczką. Wydawała się więc jedynie naturalną drogą życiową, nie była przedmiotem wyboru, a co za tym idzie– przedmiotem jakiejkolwiek refleksji wartościującej. Polakiem i katolikiem rodziłeś się i umierałeś, nie zastanawiając się nad tym choćby nigdy w życiu. Nie musiałeś o tym myśleć. Chyba, że byłeś przychodniem – Niemcem, Czechem, Ormianinem czy Żydem – a polskość z jakiegoś względu wydawała ci się bliska i chciałeś się w nią włączyć.

Na Litwie Polak zauważał wokół siebie ludzie odmiennych językowo, wyznaniowo, kulturowo. Mógł te różnice podkreślać, uważając się za kogoś lepszego, bardziej „europejskiego”, podświadomie jednak upodabniał się do miejscowego otoczenia i z pokolenia na pokolenie stawał się coraz bardziej „Polakiem tutejszym”, różnym od swych kuzynów z Korony. Zaczynał uczestniczyć w tutejszej wielorakości, innej na etnicznej Litwie czy Żmudzi, innej na prawosławnej – a potem najczęściej unickiej – Rusi Litewskiej. Już nie był jedynakiem i w pewnym przynajmniej stopniu wiedział, że polskość jest czymś, co można – albo należy – wybrać, ale można i porzucić. A dziewiętnasty wiek nauczył to, że za wybór polskości czasem się płaci – i to na Litwie z reguły znacznie więcej niż, na przykład, na Mazowszu.
Wszyscy świadkowie i historycy Powstania Styczniowego są zgodni, że Kowieńszczyzna okazała się najaktywniejszym i najbardziej upartym w walce regionem powstańczym na Litwie. Tam także udział ludności chłopskiej w powstaniu okazał się procentowo najwyższy i na terenie całej Litwy z Białorusią i w zestawieniu z Królestwem Kongresowym. Natomiast jakiekolwiek badane wskaźniki stopnia polonizacji tego regionu wskazują, że był on najniższy w całym kraju. Tu żyli rdzenni Litwini. Wyjątek stanowiła Lauda – okolica mocno spolonizowana dzięki bardzo licznie skupionym tu zaściankom szlachty zagrodowej – tej opisywanej w pierwszym tomie sienkiewiczowskiego „Potopu”. Ale Lauda to maleńki fragment tego kraju, pas pięknej ziemi pomiędzy czysto litewską Żmudzią i też niemal całkiem pozbawioną polskiej ludności północno-wschodnią Kowieńszczyzną wokół Poniewieża i Kupiszek. W oddziałach powstańczych tego regionu komendy wydawane były po litewsku – i nie traktujmy tego jak historycznej ciekawostki. To było naturalne – tutaj to było powstanie Litwinów. O tym powinniśmy pamiętać w szczególny sposób my – Polacy, zazwyczaj skłonni do podkreślania naszej pierwszorzędnej roli we wzniecaniu i podtrzymywaniu antyimperialnego i antyrosyjskiego oporu w całej Europie Wschodniej. Na Kowieńszczyźnie w roku 1863 nie my byliśmy najważniejsi…

x x x

„Partii” powstańczych było w latach 1863–1864 na Litwie i Białorusi wiele, znacznie więcej, niż udało mi się imiennie zanotować. O niektórych z nich znaleźć można informacje w dokumentach źródłowych, inne pojawiają się w różnych indywidualnych, drukowanych lub dotąd rękopiśmiennych i niezebranych nigdzie razem wspomnieniach. Droga do ich identyfikacji wiedzie poprzez nazwiska czy pseudonimy przywódców, czasem także przez topografię zapamiętanych okolic i pól bitew.

Z całości wydarzeń powstańczych na Litwie trzeba jednak wyodrębnić  „wyprawę birżańską Sierakowskiego”. Stanowiła ona bowiem próbę realizacji strategicznego planu wojennego przyjętego przez wileński „Wydział Zarządzający prowincjami Litwy” (później na żądanie Warszawy przemianowany na „Wydział Wykonawczy”…). Plan ten przewidywał zespolenie luźnych i dość niezależnych od siebie partii powstańczych w dużą, co najmniej kilkutysięczną formację wojskową, ściśle koordynującą działania militarne na określonych odcinkach frontu. Geografia tych projektowanych działań opierała się na słusznym przewidywaniu, że mobilizacja ochotników okaże się najskuteczniejsza na Kowieńszczyźnie i że tam najłatwiej będzie stworzyć terytorialną bazę powstania. Tak zresztą stało się już w pierwszych tygodniach akcji. Kowieńszczyzna, a zwłaszcza jej żmudzkie zaplecze, mogły otworzyć powstaniu kontakt z wybrzeżem morskim, a tam oczekiwano przybicia statków z transportem broni i amunicji, zakupywanych na zachodzie Europy. Szansa właściwego uzbrojenia oddziałów powstańczych miała zasadniczo zmienić ich wartość militarną. Z Kowieńszczyzny miał pójść dopiero właściwy atak na Wileńszczyznę, a następnie na południe kraju, gdzie – na terenach mniej katolickich – oczekiwano słabszej powstańczej mobilizacji miejscowej ludności. Spodziewano się oczywiście i tam wystąpień lokalnych partii ochotników powstańczych, ale stawiano przed nimi raczej zadania czasowego opanowania terenu i zdezorganizowania na nim działań wojsk rosyjskich i wrogiej władzy cywilnej, zanim nie dotrą tam idące z północy poprzez Wileńszczyznę zasadnicze siły armii powstańczej.

Można oczywiście zastanawiać się, w jakiej mierze tego rodzaju strategia miała jakiekolwiek szanse pomyślnej realizacji nawet w przypadku, gdyby do wybrzeży Litwy dotarły rzeczywiście obiecywane wcześniej transporty broni z Zachodu. Być może nawet wtedy okazałoby się, że wiele fragmentów tego planu polegało jedynie na nieodpowiedzialnym „chciejstwie”. Niemniej z istnienia takich właśnie zamierzeń trzeba zdawać sobie sprawę, chcąc zrozumieć sens kolejno podejmowanych wtedy posunięć. Istota tego planu strategicznego przekraczała jego wymiar geograficzny, określający przewidywaną drogę pochodu i etapy zajmowania terytorium kraju. Nie sprowadzała się także do koncentracji sił powstańczych dla zdobycia w ten sposób większej siły rażenia i w konsekwencji – możliwości ścierania się z liczniejszymi oddziałami wroga. Była to bowiem próba przetworzenia mnogości niewielkich, a czasem mikroskopijnych, partii ochotniczych w rzeczywiste wojsko powstania na Litwie i Białorusi, które mogłoby stać się skutecznym narzędziem polityki Wydziału Zarządzającego – a poprzez ten Wydział – instrumentem Rządu Narodowego. Na tym etapie powstania terytorialne jednostki administracyjne tracą już praktycznie wagę: poszczególne partie powstańcze, w toku walk lub w poszukiwaniu dogodniejszych kompleksów leśnych, odchodzą od swych stron macierzystych. Przez to samo stopniowo zmienia się ich atmosfera i nastrój: przestają być tylko grupami zbrojnej samoobrony własnej wsi czy parafii, czują się już częścią narodowej armii powstańczej.

Mamy tu więc do czynienia z koncepcją dalekosiężną i dalece przekraczającą skalę potyczek lokalnych i mobilizowania ludności kolejnych gmin. W tym przedsięwzięciu chodziło o rzeczywiste opanowanie kraju i utrwalenie wprowadzanego w nim nowego, niepodległego ładu. Ambitna i politycznie ważna decyzja zbierania pojedynczych partii w dużą formacją wojskową była jednakże ryzykowna militarnie. Wielka przewaga ilościowa regularnych wojsk rosyjskich w wypadku bezpośredniego starcia groziła kilkakrotnie słabszej sile powstańczej całkowitym pogromem, którego łatwiej było uniknąć licznym niewielkim i bardzo mobilnym partyzanckim oddziałom leśnym. Obecność dużej jednostki wojsk powstańczych byłą z kolei bardzo ważna, wręcz niezbędna, w perspektywie oczekiwań na pojawienie się na żmudzkim wybrzeżu militarnej pomocy z zewnątrz.

Realizacji tego przełomu w militarnych działaniach miał dokonać Zygmunt Sierakowski, mianowany naczelnym wodzem powstańczych sił wojskowych na Litwie. Człowiek wielkiego formatu. W jego osobistej biografii odnaleźć można wiele elementów często spotykanych w życiorysach kresowych Polaków z jego pokolenia, w tym przypadku składających się jednak na postać wyjątkową intelektualnie, charakterologicznie i ideowo. Urodzony w 1826 roku na Wołyniu, syn powstańca z 1831 roku, w połowie lat czterdziestych student matematyki i prawa w Petersburgu i przywódca tamtejszej młodzieży polskiej. W okresie Wiosny Ludów usiłuje wydostać się z Rosji, ale schwytany na granicy zostaje wcielony do bezterminowej służby żołnierskiej w karnych oddziałach słynnego z rygorów Korpusu Orenburskiego. Przez sześć lat pełni służbę prostego żołnierza, ale po śmierci cara Mikołaja I uzyskuje amnestię i pierwszy awans. Dalsza – już oficerska– służba pozwala mu zdobyć praktyczną wiedzę w zakresie inżynierii wojskowej, co z kolei – w połączeniu z faktem wcześniej odbytych studiów uniwersyteckich i znajomością języków obcych– umożliwi mu przyjęcie do petersburskiej Akademii Sztabu Generalnego. Sierakowski okazuje się tam znakomitym studentem, a czas ten wykorzystuje też na zdobycie wielu elitarnych znajomości oraz[…] na zawiązanie konspiracyjnego koła oficerów Polaków.

Po ukończeniu Akademii ze złotym medalem uzyskuje szansę dalszej pracy studialnej nad wojskowym prawem karnym, co przysparza mu bogatej wiedzy o aktualnym stanie i dyslokacji armii rosyjskiej, a potem owocuje służbową delegacją do kręgów dowódczych armii francuskiej, angielskiej i austriackiej. Jakość służbowych sprawozdań z tych podróży budzi w Petersburgu duże uznanie, w wyniku czego Sierakowski szybko awansuje – jego kariera wojskowa zapowiada się bardzo poważnie. Sztab Generalny nie wie jednak, że ten wybitny oficer jeżdżąc po Europie wszędzie nawiązuje ścisłe kontakty z przywódcami emigracji polskiej, a także z wybitnymi postaciami polityki międzynarodowej – między innymi z Giuseppe Garibaldim. Po drodze między Rosją a Europą regularnie odwiedza też Litwę, zawierając tam małżeństwo z Apolonią z Dalewskich, siostrą powszechnie znanego, niedawno przybyłego z syberyjskiej zesłania Franciszka Dalewskiego. Uczestniczy tam też Sierakowski w konspiracji przedpowstańczej 1862 roku. Nie jest zwolennikiem podejmowania w najbliższym czasie wystąpienia zbrojnego, nie maj jednak – jako przejezdny tylko obserwator – bezpośredniego wpływu na podejmowane decyzje. Gdy po wybuchu powstania jest przez tamtejszych przyjaciół: Dalewskiego i Gieysztora wzywany do przyjazdu z Petersburga na Litwę, nie podejmuje decyzji od razu. Ze wszystkich ówczesnych Polaków niewątpliwie najwięcej wie wtedy o sile armii rosyjskiej i o praktycznych możliwościach walko z nią na ziemiach litewskich i polskich, świadom jest także szans i ograniczeń sprawy polskiej na politycznych targach europejskich. Sytuacja jawić mu się musi jako skrajnie trudna, chyba jednak nie jako całkiem beznadziejna, skoro przekreśla całą swoją dotychczasową wizję życia i jedzie do Wilna, by stanąć na czele wojsk powstańczych.

W leśnym obozie połączonych partii Mackiewicza i Kołyszki na Laudzie pojawia się na przełomie marca i kwietnia 1863 roku i przejmuje dowództwo. Jego szefem sztabu zostaje jeszcze jedna postać dużego formatu: Ignacy brat[…] Stanisława, naczelnika wojskowego województwa mińskiego i jak on, dawny uczestnik petersburskiego sprzysiężenia oficerów – =Polaków.
Liczebność oddziałów rośnie z godziny na godzinę, pierwsze starcia z wojskiem rosyjskim przynoszą sukcesy. Dramatycznie wygląda natomiast sprawa uzbrojenia i amunicji, tylko mniejszość powstańców uzbrojona jest w jakąkolwiek broń palną. Oczekiwany desant zbrojeniowy na wybrzeżu żmudzkim nie pojawia się. Potem okaże się, że płynący z Anglii transport broni zostaje zatrzymany i podpalony w porcie szwedzkim, a po konspiracyjnym przeładunku na inny statek pojawi się przy brzegu litewskim dopiero około 10 czerwca. Wtedy zresztą też nie uda się go wyładować na brzeg, obsadzony przez uprzedzone o jego planowanym przybyciu wojsko rosyjskie z silnego garnizonu w Kłajpedzie. O tym wszystkim nie może w pierwszych dniach kwietnia wiedzieć Sierakowski, tkwiący ze swymi oddziałami w żmudzkich i laudańskich ostępach. Maszeruje na wschód, po drodze zwyciężając rosyjskie oddziały pod Ginietynami i zapada w lasach w pobliżu Onikszt  i Traszkun. Tam, w obozie Teresbór, dokonuje reorganizacji swych sił, liczących blisko 3 tysiące żołnierzy i podejmuje decyzję marszu na północ, wejścia na teren pobliskiej Kurlandii, a w dalszej kolejności – ataku na Dyneburg. Wie dobrze, że twierdza dyneburska jest świetnie zaopatrzona w zapasy broni i amunicji, natomiast słaba załogę i energicznie zaatakowana powinna się powstańcom poddać. Realizacja tego planu znacznie poprawiłaby poziom uzbrojenia powstańców, przyniosłaby rozszerzenie terenu operacji o sympatyzujące ze sprawą polską ziemie południowo-wschodniej Kurlandii i dawnych Inflant Polskich, trochę tylko wydłużając poprzednio zakładany okrężny szlak z północnej Kowieńszczyzny ku Wilnu.

Rozpoczyna się zatem stopniowy marsz oddziałów Sierakowskiego na północ – wspomniana przez nasz wcześniej „wyprawa birżańska”. Dochodząca do trzech tysięcy ludzi siła posuwa się trzema kolumnami, obejmując pas szerokości co najmniej dwudziestu kilometrów. Pojawianie się tak dużej formacji powstańczej w kolejnych miejscowościach między Oniksztami, Kupiszkami i Rokiszkami budzi ogromny entuzjazm ogółu tutejszej ludności, na terenie tych powiatów zdecydowanie raczej litewskiej niż polskiej. Wspomnienia tego przemarszu – nawet jeśli przesadzone i upiększone – wskazują na bardzo duży napływ ochotników z przechodzonych okolic i na znaczną ofiarność materialną ze strony mijanych polskich dworów ziemiańskich. Takie reakcje ludności – poza bezpośrednim wzmocnieniem oddziałów i gromadzeniem funduszu powstańczego – okazują się bardzo ważne politycznie: stanowią powszechne przeżycie publicznie manifestowanej wolności i patriotycznego zrywu przeciwko okupantowi. Takiej powszechności i takiej namacalności tego przeżycia nie dałoby się osiągnąć żadną agitacją, setkami tajnych broszur czy całymi latami najbardziej patriotycznych kazań. Oczywiście, uczące i wychowujące słowo, odważne i głośno wypowiadane przez „Białych”, było tu ważne i potrzebne. Niezbędny jednak był tu jednak i czyn, w którym w różny sposób i w różnym stopniu mogła uczestniczyć cała zbiorowość. Tu intuicja „Czerwonych”, ich wychowawcze i polityczne wyczucie – były słuszne. Nawet krótki, liczony na tygodnie, okres swobody uprzytamnia pogrążonej dotąd tylko w lokalnych kłopotach ludności jej narodową tożsamość, tradycję dawnej przynależności do własnego niepodległego państwa i wrogi, okupacyjny charakter rosyjskiej władzy imperialnej. Czas powstania okazuje się czasem powrotu prawdy o własnym kraju i o sobie samych: budzi ona najpierw entuzjazm, energię i nadzieję.

Wyprawa birżańska załamuje się po trzydniowej bitwie pod Medejkami, na wschód od Birż. Trzeciego dnia walk Sierakowski zostaje ciężko ranny, a siły powstańcze ponoszą klęskę. Autorzy wspomnień i późniejsi komentatorzy działań militarnych o przyczynach tego wydarzenia mówią niejasno, jakby nie chcieli oskarżać o błędy uwielbianych dowódców: czy samego Sierakowskiego, czy Mackiewicza, który – idąc najdłuższą z trzech tras – swego oddziału nie zdążył doprowadzić na czas na punkt zborny. Podkreślany jest natomiast – zgodny z rzeczywistością – fakt zupełnie niespodziewanego i przypadkowego pojawienia się na drodze powstańców przemieszczającej się akurat nieporównanie większej siły rosyjskiej. Z relacji tej wychodzi zatem, że zawinił z gruncie rzeczy niekorzystny zbieg okoliczności. Czy rzeczywiście tak?…
Ważne militarnie i politycznie wydaje się natomiast to, że poniesiona wtedy klęska załamała jedyną realnie podjętą na Litwie próbę przekształcenia luźnych partii powstańczych w choćby niewielką, ale zwartą i skoordynowaną armię. Decydującego progu przekroczyć się nie udało.

Jak jednak w tym momencie reagowała polityczna =świadomość tej okolicznej ludności, która dopiero co przeżyła obudzenie swego poczucia tożsamości, entuzjazmu i nadziei? To kolejne pytanie ważne, bo w tych dniach dotyczyło ono oglądających walkę mieszkańców kilku gmin, ale później miało się stać udziałem całego tamtejszego społeczeństwa.
Pierwsza reakcja jest daleka od polityki: skupia się na powszechnym współczuciu i trosce o los samego ciężko rannego Sierakowskiego, po kryjomu przewożonego poza region najbardziej grożący wzięciem do niewoli i ukrywanego w uznanym za bezpieczny dworze. Niepowodzenie tej akcji i dostanie się wodza w ręce Rosjan, a potem wydany pośpiesznie przez nowego generał-gubernatora– osławionego Murawiewa-Wieszatiela wyrok śmierci i wreszcie dokonana 27 czerwca publiczna egzekucja w Wilnie, stały się jednym ciągiem bolesnych przeżyć dla całej solidaryzującej się ze sprawą powstania opinii zbiorowej. Osoba Sierakowskiego stała się pierwszym symbolem wspólnego narodowego losu.

Wymowa tego symbolu nie była jednoznaczna. Egzekucja Sierakowskiego =– jak i wcześniejsze egzekucje wspomagających powstanie =księży – miała w zamierzeniu Murawiewa podziałać paraliżująco na samych uczestników buntu, ale przede wszystkim – na wszystkich wspierających ich mniej lub bardziej czynnie, a także na tych, którzy – sami nie podejmując żadnych działań – uczestniczyli w manifestowaniu patriotycznych emocji i w ten sposób współtworzyli atmosferę poparcia powstania. Wszyscy oni mieli uznać swą bezsiłę i ukorzyć się przed rosyjską władzą.

Nie da się zaprzeczyć, że taka reakcja dala się po śmierci Sierakowskiego zauważyć – przede wszystkim w samym, wciąż zajmowanym przez Rosjan, Wilnie. Sam Gieysztor z goryczą pisze o znamiennej różnicy w zachowaniu elitarnych środowisk wileńskich, jaka zaszła między początkiem kwietnia, a końcem czerwca 1863 roku. O ile w kwietniu można było obserwować aktywizację polityczną wielu powszechnie znanych osób, a nawet pewne starania o zajęcie liczących się stanowisk cywilnych, związanych z działaniem Komitetu Zarządzającego, o tyle pod koniec czerwca polityczne Wilno opustoszało, pojawiło się sporo przyczyn zdrowotnych, rodzinnych i innych, uniemożliwiających podejmowanie się obowiązków publicznych – i do pracy politycznej pozostało raczej szczupłe grono z dawna wypróbowanych jednostek. Zjawisko to pogłębiać się będzie w tygodniach następnych – kiedy w sierpniu 1863 roku uwięziony zostanie sam Gieysztor, to obejmujący kierownictwo powstańczej Litwy Konstanty Kalinowski stanie już wobec dojmującego braku odpowiedzialnych współpracowników i dostatecznej liczby operatywnych wykonawców podejmowanych przezeń decyzji. Jedni już byli za kratą, drudzy się bali.

Był to jednak tylko jeden – przygnębiający – fragment pełnego obrazu sytuacji. Powstanie usychało, kurczyło się w kręgu wileńskim – stołecznym i politycznym, trwało natomiast w prowincjonalnym wysiłku zbrojnym. Kiedy odchodzące po podbirżańskiej klęsce w głąb Kowieńszczyzny oddziały wracają przez miejscowości, gdzie przed dwoma tygodniami budziły powszechny entuzjazm, teraz spotykają powszechną pomoc wsi i dworów oraz bardzo liczne zastępy nowych ochotników. Dziedziczący po Sierakowskim stanowisko naczelnika wojennego województwa kowieńskiego, a po zagarniętym w niewolę Kołyszce jego duży oddział, Ignacy Laskowski, będzie mógł kontynuować realną walkę na Kowieńszczyźnie aż do stycznia 1864 roku, kiedy wreszcie  przez Prusy Wschodnie odejdzie na polityczną emigrację. Nieco dalej na wschód, między Kupiszkami a Oniksztami, do połowy listopada walczyć będzie na czele czterystu powstańców Mackiewicz. Uwięziony w połowie grudnia 1863, zginie na szubienicy w Kownie w ostatnich dniach tegoż roku. Jeszcze dalej na wschód – w okolicy Jezioros na czele chłopskiego, zdecydowanie litewskiego oddziału operuje Kazimieras Łukasiunas.

Rzeczywistość wojny z okupantem, po dotarciu do umysłów ludności, zmieniła w nich obraz otaczającego świata i poczucie sensu i wagi osobistych zachowań. Ujawniła konieczne koszty podjętej walki, ale równocześnie wielodniowy namysł zrodził znaczną liczbę trudnych indywidualnych decyzji uczestnictwa w powstaniu. Raz podjęte, decyzje te okazywały sie trudno odwracalne – praktycznie i duchowo. Z leśnego biwaku powstańczego powraca się do domowej codzienności trudniej niż z rozpolitykowanego rynku.

x x x

Rozważanie rzeczywistego wpływu nieudanego powstania na siłę późniejszych represji rosyjskich wobec narodów żyjących na Litwie i Białorusi, musi zmierzyć się z niełatwym pytaniem, jak potoczyłaby się tutejsza historia, gdyby powstania nie było. Albo raczej: gdyby powstanie wybuchło w Kongresówce, a nie zostało podjęte na Litwie. Rozważanie tej kwestii obciążone jest oczywistym błędem historycznego „gdybania”. Niemniej stwierdzenia, że represyjna polityka rosyjska wobec ludności miejscowej po pierwsze – podjęta została już wcześniej, zanim powstanie wybuchło, a po drugie – zastosowana została także i tam, gdzie powstania nie było, wskazują, że rezygnacja ze zrywu powstańczego nie przyniosłaby ani arkadyjskiego spokoju, ani szansy na choćby niewielkie osiągnięcia polityki ugodowej. Ugody bowiem nie chciał sam car. Chciał bezwarunkowego podporządkowania się jego woli i pokornego przyjmowania wszelkich możliwych ograniczeń i represji. Rezygnacja z udziału w powstaniu, walczącym za miedzą – w Kongresówce, byłaby dowodem słabości i rezygnacji z uczestnictwa w politycznym spadku po Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Takie zachowanie Litwinów i Białorusinów odcinałoby ich kategorycznie od niepokornej drogi polskiej, która wtedy była jedynym wyobrażalnym szlakiem ku ich własnej wolności, byłoby zgodą na utonięcie w Rosji. A polityka rosyjska, jak pewnie każda polityka imperialna, jest ostrożna i uprzejma wobec silnych, ale bezceremonialna i surowa wobec słabych. Do Rosji nie wolno zbliżać się na kolanach. To śmierć.

Taką intuicję mieli – podejrzewam – ci, którzy wbrew rachunkowi prawdopodobieństwa, z ciężkim sercem szli wiosną1863 roku do litewskiego czy białoruskiego boru. W trosce o swój kraj wybierali własną śmierć w walce, w służbie zbiorowemu zwycięstwu kiedyś.

x x x

Dotykam ciernia, tkwiącego w naszej narodowej – polskiej, litewskiej, białoruskiej -pamięci. To boli, ale może jest potrzebne.

Punkt ciężkości rozmów o powstaniu styczniowym na Litwie i Białorusi nie leży w skrupulatnym rachowaniu tamtego ryzyka, tamtych szans, wreszcie – tamtych bliższych i dalszych rezultatów politycznych. Dotyczy rozumienia istotnego, wykraczającego poza detale historii, ludzkiego sensu tamtego wyboru i wyobrażenia sobie własnych zachowań w analogicznej sytuacji. Powstanie styczniowe to – zwłaszcza dla społeczeństwa jego potomków – nie tylko teść historycznej informacji, ale i mądrościowa przypowieść. Toteż spór o nie będzie trwał  jeszcze długo i chyba nigdy nie zostanie rozstrzygnięty jednoznacznie dla wszystkich. Jedni zobaczą w nim dramatyczną głupotę, drudzy dostrzegą wartość i sens.

Jak zatem – na własny użytek – rozstrzygam to pytanie ja, jak rozstrzygasz Ty?… Odpowiedz sobie na to pytanie. W ciszy.

Tekst ukazał się w ramach projektu „Perspektywa na Polskę” realizowanego przez Fundację „Pomoc Polakom na Wschodzie” we współpracy z Polskim Klubem Dyskusyjnym, finansowanego ze środków Senatu RP.

Z. SIERAKAUSKO PĖDOMIS: KAUNO KRAŠTO REIKŠMĖ 1863 M. SUKILIME

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!