• Opinie
  • 27 czerwca, 2020 13:28

Pomniki kontrowersyjnych bohaterów padają jeden po drugim. Czy czas na Litwę?

W ostatnich tygodniach przez ulice największych miast USA przetoczyły się liczne protesty przeciwko rasizmowi, supremacji białych oraz wszelkim innym systemowym nierównościom nawiedzających ten kraj od dziesięcioleci. W geście solidarności protesty odbyły się także w wielu europejskich stolicach, a także w Australii, Brazylii, Korei Płd. czy Japonii. Również ulicami Wilna przeszedł marsz w kierunku amerykańskiej ambasady, który zgromadził około tysiąca mieszkańców. Na niesionych przez nich transparentach znaleźć można było takie hasła jak Black Lives Matter („Czarne życia [też] się liczą”), Color is Not a Crime („Kolor [skóry] nie jest przestępstwem”) czy No Justice No Peace („Nie ma pokoju bez sprawiedliwości”). Znalazły się również hasła nieco mniej cenzuralne, będące świadectwem oburzenia protestujących.

Marta Bednarczyk
Pomniki kontrowersyjnych bohaterów padają jeden po drugim. Czy czas na Litwę?

Fot. BNS/Lukas Balandis

Wszystko zaczęło się 25 maja, kiedy w efekcie niczym nieusprawiedliwionej policyjnej brutalności w miejscowości Minneapolis w stanie Minnesota zginął czarnoskóry George Floyd. Mimo ogromnego oburzenia, jakie wywołało nagranie przedstawiające ostatnie minuty z życia 45-latka, stanowi on jedynie kroplę w morzu niepowetowanych zgonów czarnoskórych obywateli z rąk amerykańskiej policji. Wśród nich znalazło się wiele innych osób, których jedynym „przewinieniem” był ciemny kolor skóry, takich jak 26-letnia Breonna Taylor, którą policjanci postrzelili ośmiokrotnie w jej własnym mieszkaniu, 32-letni Philando Castile zastrzelony na oczach partnerki i 4-letniej córki, gdy sięgał po dokumenty podczas rutynowej kontroli drogowej, czy 12-letni Tamir Rice, który bawił się w parku zabawkowym pistoletem.

Takich jak oni, było i jest w USA wielu, wielu więcej. Przesyt i zmęczenie brakiem sprawiedliwości sprawiły, że wielu protestujących za cel swoich manifestacji obrało miejsca upamiętniające tych, którzy niekonieczne zasłynęli z tolerancji i poszanowania dla praw człowieka. Warto bowiem przypomnieć, że pomimo tego, że niewolnictwo zniesione zostało w Stanach Zjednoczonych w 1865 r., w wielu amerykańskich miastach place, skwery i parki wciąż „zdobią” pomniki osób walczących po stronie Konfederacji, a więc tych, którzy aktywnie dążyli do utrzymania wyzysku czarnych. Mimo licznych petycji o ich usunięcie ze strony części obywateli, wiele kontrowersyjnych pomników znalazło swoich obrońców, twierdzących, że znoszenie tego typu monumentów równa się zakłamywaniu historii.

Warto się jednak zastanowić, czy nie jest odwrotnie. Czy przypadkiem wynoszenie na piedestał haniebnych postaci nie równa się z przedstawianiem ich jako postaci zasłużonych i zaszczytnych? Czy tablice upamiętniające osoby odpowiedzialne za przemoc i śmierć nie sugerują nam, że było to coś pozytywnego? Pomniki nie służą bowiem temu, aby uczyć historii, a temu aby uczcić pamięć o czynach danej postaci historycznej. Dlatego w Europie nie składamy obecnie kwiatów pod pomnikami Goebbelsa czy Breżniewa, nawet jeżeli znalazłyby się osoby, którym taki pomysł by się spodobał. Nie znaczy to jednak, że nie pamiętamy o ich czynach i skazani jesteśmy na powtórzenie historii. Wręcz przeciwnie. Dodać wystarczy, że ci, którzy pragną poznać historię, mogą zawsze sięgnąć po książkę lub odwiedzić muzeum.

Podobny tok myślenia kieruje czynami tysięcy sfrustrowanych bezczynnością władzy osób, które wyszły w ostatnim miesiącu na ulice, aby ściągnąć z piedestałów w USA i Europie pomniki rasistów, konfederatów i kolonizatorów. Oprócz licznych amerykańskich generałów, ze swoim przeznaczeniem spotkali się m.in. belgijski król Leopold II oraz XVII-wieczny handlarz niewolników Edward Colston. Nie zdołał się uchować nawet Krzysztof Kolumb, który pomimo tego, że na lekcjach historii przedstawiany jest jako wielki odkrywca, winien jest setki tysięcy istnień na kontynencie amerykańskim.

W kontekście litewskim nie sposób tutaj nie pomyśleć o sławetnej tabliczce upamiętniającej Jonasa Noreikę, o której głośno było jesienią ubiegłego roku. Najpierw decyzją mera Wilna tabliczkę ściągnięto z elewacji Biblioteki im. Wróblewskich, później przywrócono, teraz wisi i wielu zastanawia się czy wisieć powinna. Obrońcy tablicy upamiętniającej generała Vėtrę wskazują na jego walkę z reżimem komunistycznym, uwięzienie w obozie Stutthof, wznoszą plakaty głoszące, że „Noreika był bohaterem”. Społeczność żydowska natomiast uparcie przypomina, że zezwalając na utworzenie ghetta w Szawlach przyczynił się on do ich izolacji, konfiskaty ich majątków i stopniowego wyniszczenia, nie wspominając o powiązaniach prowadzących do masakry Żydów w Płungianach. Kto zatem ma w tym sporze rację?

Trudno jest na łamach historii znaleźć postaci całkowicie dobre lub złe, czarno-białe i łatwe w ocenie. Jonas Noreika zdecydowanie taką postacią nie jest. Warto jednak zastanowić się, czy jeżeli publiczne upamiętnianie jego osoby równa się wspominaniem krzywd i cierpień części społeczeństwa, to czy nie jesteśmy zobowiązani okazać tym osobom szacunek, chociażby przez zdjęcie kontrowersyjnej tablicy. Nie chodzi przecież o to, aby powiedzieć, że był on postacią kategorycznie złą i nie przyczynił się chociażby do walki o litewską niepodległość. Jednakże te czyny, które możemy ocenić pozytywnie, nie są w stanie anulować tych, które przyczyniły się do nieszczęścia wielu ludzi, nawet jeśli stanowią oni mniejszość. A ostatni miesiąc upływa właśnie w atmosferze upominania się mniejszości o swoje, a przede wszystkim – o poszanowanie.

Na sam koniec pragnę przedstawić pewne porównanie. Być może nie jest ono do końca współmierne i oburzy ono niektórych czytelników, ale przedstawia w sposób wyraźny istotną analogię. W czasie trwania reżimu kauczukowego król Leopold II nie stał osobiście za obcinaniem kończyn Kongijczyków, którzy nie wypełnili dziennych kwot pozyskania surowca, ale jego ambicje i polityka to umożliwiły. Krzysztof Kolumb nie stał osobiście za gwałtem tysięcy kilkuletnich dziewczynek i ich sprzedażą w niewolę, ale jego działalność zdecydowanie na to pozwoliła. W podobny sposób Noreika nie zabijał Żydów osobiście, ale to właśnie do tego przyczyniło się powstanie szawelskiego ghetta i kolaboracja z nazistowskim okupantem. Skala ich czynów jest oczywiście różna, ale odpowiedzialność za cierpienie i śmierć pokrzywdzonych pozostaje ta sama. Być może nadszedł zatem czas, aby w ślad za pomnikami belgijskiego króla i włoskiego odkrywcy, rozliczyć się także z monumentem litewskiego oficera.

PODCASTY I GALERIE