• Opinie
  • 4 sierpnia, 2020 16:17

O równości, solidarności i bólu świata

Żyjemy w świecie, który jest bardziej powiązany i współzależny niż kiedykolwiek wcześniej. Widzimy to na przykładzie koronawirusa, który rozprzestrzenił się po całym świecie w zatrważająco szybkim tempie, po globalnych kryzysach gospodarczych, które za nic mają sobie granice, czy na przykładzie tego, jak szybko otrzymujemy informacje z całego niemal świata. Ogrom informacji, z którym spotykamy się na co dzień niesie ze sobą pewne konsekwencje. Być może mamy większą świadomość na temat świata, w którym żyjemy, jesteśmy w stanie badać globalne trendy, możemy uczestniczyć w międzynarodowych projektach i inicjatywach, ale są także skutki mniej pozytywne.

Marta Bednarczyk
O równości, solidarności i bólu świata

Fot. Life Matters/Pexels

Osoby w moim wieku, wychowane na przełomie milleniów, a także ci z następującej później Generacji Z, będą zapewne wiedzieć, o czym mówię – urodziliśmy się w dobie komputerów, w czasie rozwoju Internetu, a codzienny kontakt ze światem, zarówno jego dobrymi, jak i problematycznymi stronami, jest dla nas chlebem powszednim. W sposób naturalny utożsamiamy się z ludźmi, którzy nie tylko zamieszkują nasze osiedle, miejscowość czy kraj, ale także tymi, którzy mieszkają tysiące kilometrów dalej. Nie obchodzą nas różnice językowe, różny kolor skóry, czy to, że modlimy się do innego Boga. To, co nas łączy, jest o wiele silniejsze, a jest to wspólna obawa o to, w jakim kierunku zmierza świat.

Łączy nas pewnego rodzaju globalny, neoromantyczny Weltschmertz – ból świata będący symbolem okresu przemian, transformacji i konfliktów. Termin ten z pewnością zna każdy z Was, kto w szkole średniej przerabiał „Cierpienia młodego Wertera” Goethego, choć tak naprawdę pojęcie to ukuł inny niemiecki romantyk – Jean Paul. Oznacza ono głęboki smutek spowodowany stanem świata, a także zakłopotanie związane z własnym miejscem we współczesnej rzeczywistości. Nastrój zmęczenia i przygnębienia powodowany świadomością nieustających kryzysów, bólu i cierpienia mających miejsce nie tylko w naszym najbliższym otoczeniu, ale wśród ludzi na całym świecie – tych, którzy uciekają przed wojną – chociażby w Syrii, cierpią z powodu klęsk żywiołowych – jak ci na Haiti, są pozbawieni wolności w autorytarnych reżimach, takich jak Białoruś, czy walczą z opresyjnym systemem, opartym na supremacji białych i głęboko zakorzenionym rasizmie – nigdzie indziej, jak w Stanach Zjednoczonych.

Pod koniec maja po raz kolejny ożywił się ruch Black Lives Matters, czyli „Czarne życia [również] się liczą”. Idea ruchu jest prosta – nie zgadzamy się na dalsze traktowanie ogromnej części amerykańskiego społeczeństwa jak ludzi gorszej kategorii. Mimo, że europejskie media tematem szybko się znudziły, protesty w wielu amerykańskich miastach trwają do dziś. Protestujących w imię równości ochraniają przed brutalnością policji ich własne matki i ojcowie, którzy nie mogli dłużej patrzeć, jak walczy przeciwko nim opłacany z ich własnych podatków aparat państwowy. Codziennie na jaw wychodzą nowe informacje o niczym niesprowokowanym użyciu przez funkcjonariuszy gazu łzawiącego, gumowych kul, a w niektórych przypadkach także i ostrej broni. A wszystko to dzieje się w miejscu, które od lat w pewien sposób idealizujemy. W którym dopatrujemy się oazy demokracji, wolności i swobód obywatelskich.

Zaskakująca dla mnie była reakcja na majowo-czerwcowe wydarzenia zarówno na Litwie, jak i w Polsce. Na Facebooku, na Twitterze przedstawiciele praktycznie stuprocentowo białych społeczeństw europejskich wypisywali, że „Oj tam, oj tam, przecież all lives matter˝ – czyli „życie wszystkich ludzi się liczy”. I oczywiście, bez wątpienia tak jest, życie każdego człowieka jest warte tyle samo, ale przecież nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że za biały kolor skóry czy tu, czy w Stanach Zjednoczonych, nie grozi nam pozasądowa egzekucja z rąk rasistowskiej policji. W odpowiedzi część osób mówi tak: „Ależ to są kryminaliści, handlarze narkotyków, w czarnych dzielnicach jest więcej przestępstw! A do tego teraz podpalają pomniki, malują po nich graficiarze, jak tak można!” W mojej głowie rodzi się wówczas jedno, proste pytanie: Co z tego? Przecież to wszystko, nawet jeżeli byłoby w pełni prawdziwe, nie ma absolutnie żadnego znaczenia.

Nikt, bez względu na swoje pochodzenie, przynależność narodowo-etniczną, religię czy płeć nie zasługuje na to, żeby zostać zastrzelonym przez policję na ulicy, wracając z zakupów, we własnym domu, we własnym łóżku, w piaskownicy. A dodam, że każdy z tych przypadków miał miejsce. To, że ktoś *potencjalnie* miał kryminalną przeszłość jest tutaj tylko i wyłącznie wymówką. Przecież sam George Floyd, od śmierci którego rozpoczęła się nowa fala protestów, nie został zastrzelony przez to, że miał taką a nie inną przeszłość, a dlatego, że był czarny. A skąd to wiemy? Stąd, że białej osobie nic by się nie stało. Na protesty sprzeciwiające się kwarantannie i noszeniu maseczek ochronnych przyszedł zastęp białych Amerykanów z ostrą bronią – z pistoletami, strzelbami, karabinami. Pozwolono im w spokoju wykorzystać swoje prawo do protestu. Natomiast do nieuzbrojonych osób o czarnym kolorze skóry strzela się bez pytania. Bez względu na to czy coś zrobiły czy nie. Bez procesu, bez sądu. Bo rasistowskie społeczeństwo zakłada winę z góry.

Dlaczego o tym wszystkim mówię? Być może to tylko jedna z bolączek współczesnego świata, acz niesamowicie ważna. Podobne schematy, mechanizmy, sposoby myślenia występują nie tylko w społeczeństwach borykających się z problemem rasizmu. Proste analogie znaleźć można i u nas, w tym jak traktujemy osoby różniące się od nas językiem, kulturą, religią, wyglądem. W byciu dumnym ze swego pochodzenia nie ma nic złego, póki nie zacznie nam się wydawać, że jest ono w jakiś sposób lepsze, a to drugie – INNE – jest gorsze. Bo z tym nieporozumieniem trzeba nam się będzie już niedługo uporać w kontekście postępujących coraz szybciej zmian demograficznych. Ale o tym, następnym razem.

Ten felieton ukazał się we wtorek (4 sierpnia 2020 r.) w audycji polskiej litewskiego radia publicznego LRT Klasika.

PODCASTY I GALERIE