• Opinie
  • 14 grudnia, 2014 6:02

O przemijaniu z Literacką w tle

Opowiem dziś historię. Jedną z wielu podobnych. Taką, o której nikt nie napisze w książce, bo jest przecież zbyt banalna. Zbyt... życiowa? Bo w tej historii nic szczególnego się nie dzieje. Nie ma tajemniczego mordercy, nieszczęśliwych zakochanych, nienawidzących się braci. Jest życie, które przemija. I ulica – niemy świadek tych wydarzeń.

O przemijaniu z Literacką w tle

Fot. BFL/Šarūnas Mažeika

Nie będę mówiła o Mickiewiczu. Bo o nim każdy mieszkaniec Literackiej wie. Wie, że tam, u góry, na Literackiej 5, jest jego okno, z którego on kiedyś spoglądał na proste życie prostych ludzi. Tak, niejednokrotnie każdy z nich słyszał, że Mickiewicz prawdopodobnie nie mieszkał tak wysoko, ale mieszkał niżej, w suterenie. Ale czymże byłby ten zaułek bez swojej własnej legendy? Bez wieszcza i jego świecy, płonącej się w oknie?

Opowiem dziś o ludziach, którzy tam mieszkali, którym Literacka stała się domem, przystanią. O ludziach, którzy tam dorastali, i o ludziach, których piersi po raz ostatni uniosły się właśnie tam. Opowiem o ulicy, która jest, ale której jednocześnie już nie ma.

Kiedy moja babcia, córka wydziedziczonego z powodu miłości do chłopki ojca, przyjechała na Literacką, do swojej starszej siostry, a ta mieszkanie miała „z telegrafu dane”, była jeszcze młoda. Z chłopakami się przez płot całowała. Matka jej odeszła wcześnie, zostawiając 8 córek i niepocieszonego męża. Mąż, po wojnie, wyjechał do Polski, a wraz z nim – 4 siostry. Rodzina podzielona na pół. Literacka i sąsiedzi stali się mimowolnymi świadkami straty, jaką młoda kobieta, pozostawiona przez starsze siostry, doświadczyła.

Niewiele wiemy o jej życiu. O problemach, o rozpaczy, o strachu, o głodzie. Nigdy nam o tym nie mówiła. Ta dziwna, niezrozumiała nawet czasem, duma nie pozwalała jej na okazywanie uczuć. Z czasem jednak każda rana się zabliźnia. Podwórko na Literackiej 7, ciemne, małe mieszkanko Nr 2 stało się jej domem, do którego pewnego dnia wkroczyła już z mężem. To mąż do końca życia będzie jej czytał gazety i będzie się z nią modlił. Bo, choć kobieta to była zdolna, czytała słabo – ukończyła jedynie trzy klasy.

Zapewne nigdy nie czytała Mickiewicza. A i pewnie mąż dla niej nigdy wierszy nie czytał. Nie była to rodzina należąca do rodzin romantycznych. A jednak poeta w świadomości gdzieś był. Bo babcia też o nim wiedziała. I okno, gdy wracała do domu z rodziną, zawsze pokazywała swoim dzieciom. Bo i dlaczego zaułek Literacki właśnie literackim się nazywa? Bo Mickiewicz! Tak, tak… Też słyszała tę wersję, że tak naprawdę literacką ulica zwie dlatego, że kiedyś było tam mnóstwo małych księgarenek. Ale kto by w to wierzył?

Dziadkowie musieli sobie jakoś dawać radę. Mieli dwójkę małych dzieci. Musieli zadbać o ich dobrobyt, o to, by w domu niczego nie brakowało. Byli więc nie tylko kuśnierzami, ale też pracowali w kotłowni. Tej małej, węglem drzewnym ogrzewającej dom na Literackiej. Bo trzeba tu młodszym wspomnieć, że były takie czasy na Literackiej, i nawet ja je jeszcze pamiętam, kiedy systemu centralnego ogrzewania nie było. Była kotłownia, i już. Wracali więc Alicja i Bolek co czwartą dobę do domu umorsani czarnym pyłem. Niczym górnicy z wileńskiej Starówki.

Górnikami na Literackiej 7 byli nie tylko oni. Przecież przez trzy pozostałe doby w mieszkaniach również musiało być ciepło! Sąsiedzi – za niewielkie wynagrodzenie – takimi pracami dzielili się po równo. Zresztą, z czasem, zaczęli się dzielić wszystkim. Smutkami i radościami życia codziennego, solą, cukrem i ciastem, miejscem w kolejce, wychowaniem dzieci. Mówi się, że do wychowania dzieci potrzeba całej wsi. Albo podwórka…

Dlatego też wychowywano dzieci wspólnie. Każdy z sąsiadów miał prawo zganić „cudze”, ale przecież jednocześnie „swoje”, bo „podwórkowe” dziecko. Każdy też chwalił. I składał życzenia z okazji urodzin, czy początku roku szkolnego. Każdy też martwił się o moją mamę, gdy wpadła do dziury piwnicznej, przez którą wsypywano węgiel. Drobna dziewczynka, w białej, ładnej sukience, podkolanówkach i nowych butach! Szła do lekarza, więc miała pięknie wyglądać, prawda? A że, czekając na mamę, bawiła się i wpadła do dziury, to przecież nie jej wina? Każdy się wtedy o nią martwił i, mam ogromną nadzieję, każdy bronił przed surową i rozgniewaną matką.

W każdej historii musi być „ten zły” prawda? Wspominałam już, że nie różni się ona od wielu innych podobnych, więc tu też będzie „ten zły”. A raczej „ta zła”. Pani Niedźwiedzka. Postrach dzieci, dorosłych pewnie też. Zła, opryskliwa podstarzała stara panna. Niestety, nie jest to historia jak z filmu – nikt się z nią nie zdołał zaprzyjaźnić, dzieci do końca się jej bały, starsi również starali się z nią spędzać jak najmniej czasu. A jednak można było na niej polegać. Można było powierzyć jej mieszkanie, gdy się wyjeżdżało. Ba, nawet całe podwórko! Bo nikt, ale to nikt, nie mógł wejść na Literacką 7 bez wiedzy pani Niedźwiedzkiej. Sąsiedzi, chociaż pani Niedźwiedzka była samotna, nie pozwolili jej odejść samej. Choć miasto zajęło się jej pochówkiem, oni byli przy niej do końca. Bo była to niemiła stara panna, ale jednocześnie niezastąpiona, kochana sąsiadka.

Gdy pani Niedźwiedzka spoczęła na cmentarzu w Rokanciszkach, do jej mieszkania przyjechał ktoś nowy. Pan Gabriel, karaim. Tak, mi się też to zawsze wydawało dziwne. Karaim Gabriel? Przecież tak się powinien nazywać anioł, który przynosi dobrą nowinę. A nie ogromny, zwalisty, o dosyć nieprzyjemnej aparycji mężczyzna, pachnący, a wręcz śmierdzący tanimi papierosami. Dobrej nowiny nie przyniósł. A jednak przyniósł miłość. Nieszczęśliwą, mającą się nigdy nie ziścić miłość. Taką czarno-białą, z filmów przed lat… Pan Gabriel zakochał się w dużo młodszej Reginie, córce sąsiadki Loli. Kochał ją, gdy wychodziła za mąż, gdy rodziła dzieci. Kochał do śmierci. Kochał ją tak bardzo, że w testamencie zostawił Reginie swoje mieszkanie.

A słyszeliście o wynoszeniu śmieci? Otóż co dwa dni na Literacką, o godzinie 19:30, przyjeżdżała śmieciarka. I wtedy należało wynosić śmieci i wrzucać je bezpośrednio do tej maszyny. „Pokaż mi swoje śmieci, a powiem Ci, kim jesteś”: jak się odżywiasz, jakich kosmetyków używasz, a nawet – czy mąż przynosci Ci kwiaty? Przed wścibskim nosem sąsiadów nic się nie ukryje. Tak, ale też nikt nie miał zamiaru niczego ukrywać. Wynoszenie śmieci zajmowało mnóstwo czasu. Bo wychodziło się zwykle o 19:15. Przecież śmieciarka może przyjechać wcześniej! Ale nikt się nie burzył, gdy maszyna się spóźniała. Nie był to czas na zaglądanie do cudzego kosza. Był to czas na rozmowę. Na spotkanie. Na omówienie spraw bieżących, i na zwierzanie się w tajemnicy, którą zwykle się dotrzymywało. Było to świetne usprawiedliwienie dla dzieci, które chciały się pobawić z rówieśnikami, a którym mama zabroniła wychodzenia z domu.

Z przyjściem „lepszych czasów” na Literackiej rozpoczęły się zmiany. Czy na lepsze? Nie wiem. Pewnie nie ma lepszych czasów. Są inne. A one usunęły z ulic trąbiącą śmieciarkę i postawiły kubły na śmieci. Zamknęły kotłownię i zainstalowały centralne ogrzewanie. Elewacje budynków zmieniły swą barwę z szarej, wręcz brudnej na zieloną, niebieską, czy żółtą. Do mieszkań przyszli nowi właściciele. Wymienili stare okna na nowe, dźwiękoszczelne. Zasłonili pokoje gęstymi firanami i żaluzjami. Dali dzieciom do ręki piloty do telewizorów i myszki. Po dwóch stronach ulicy, na ścianach, zamieścili dziesiątki, setki tablic, upamiętniających przeróżnych literatów. Przysłaniając jakby nieco tego Największego…

Opowiedziałam dziś historię. O ludziach, którzy odeszli, i tych, którzy odejdą. O ludziach, którzy stworzyli wspólnotę. Ktoś kiedyś powiedział, że dusza ludzka żyje tyle, ile trwa w świadomości innych. Być może w ten sposób przynajmniej troszkę dłużej będzie żyła pani Niedźwiedzka, pan Gabriel, mama Vitalika spod Literackiej 5, pani Tamara, pani Lonia, moja babcia i wiele innych bezimiennych bohaterów tej historii.

Być może w tej sposób dłużej w nas będzie żyła świadomość o innej Literackiej. Gdy nie była jeszcze ulicą mnóstwa płyt, poświęconych literatom, ale miejscem, gdzie dzieci, pod wszystkowidzącym oknem i okiem Mickiewicza, do późnego wieczoru bawiły się wspólnie w podwórkach, w których nie było piaskownic, ale też nie było samochodów. O Literackiej, która pamięta czasy, gdy można było nie zamykać drzwi na klucz, bo w mieszkaniu obok czuwał sąsiad, gdy rytuałem było się wspólne wyrzucanie śmieci. Gdy ludzie rozmawiali ze sobą, a nie mówili sobie tylko zdawkowe „Dzień dobry”.

Przemówienie, napisane i wygłoszone na Konkursie krasomówczym „Pięknie opowiedzieć małą ojczyznę”, 13-12-2014, Wilno.

PODCASTY I GALERIE