Opinie
Aleksander Radczenko rojsty.blox.pl

O jednego smoka mniej

Tak czarnej kampanii wyborczej jak ta wileńska z ostatnich dwóch tygodni — nie widziałem od dawna. Artūras Zuokas dwoił się i troił, wylewał wiadra pomyj, nie oszczędzając nawet dzieci, próbując zniszczyć konkurenta.

W prasie, telewizji, radiu, na billboardach atakował Remigijusa Šimašiusa przede wszystkim za poparcie dla tzw. polskich postulatów: oryginalnej pisowni imion i nazwisk, dwujęzycznych napisów, używania języka polskiego jako pomocniczego w urzędach samorządowych, a nawet przywrócenia mszy w języku polskim w wileńskiej Katedrze. „Język litewski nie jest dla Pana wartością!” — grzmiał Artūras Zuokas na każdych debatach, a zgodny chór nacjonalistów mu przyklaskiwał. „Lepszy złodziej niż pedał” — napisał na Facebooku ich lider Julius Panka. „Tylko dresiarze głosują na Šimašiusa” — wtórował mu zuokasowski liberał Algis Čaplikas (ten, który przed paroma laty de facto napisał, iż absolwent polskiej szkoły nadaje się tylko do pracy kasjera w supermarkecie).

Interesujące, że do tego chórku dołączył i największy z obrońców polskości na Litwie Waldemar Tomaszewski, przestrzegając, iż wygrana Šimašiusa oznacza inwazję… homoseksualistów na Wilno. Oficjalnie AWPL tak i nie zdecydowała się, którego z dwóch kandydatów bardziej lubi i nie udzieliła poparcia żadnemu z nich. Jednak nieoficjalnie było wiadomo, że o ile wygrana Artūrasa Zuokasa jeszcze daje nadzieję na pozostanie AWPL u władzy w mieście, o tyle wygrana Šimašiusa oznacza dla partii Waldemara Tomaszewskiego porażkę na całej linii – partia ma nie tylko o jeden mandat mniej niż w roku 2011 (o dwa polskie), ale i będzie przez 4 lata w opozycji. Dlatego nieoficjalne poparcie dla Zuokasa, którego żona notabene w roku 2010 głosowała w Sejmie przeciwko projektowi Ustawy o pisowni imion i nazwisk (przygotowanemu nomen omen przez Šimašiusa), płynęło wartkim strumieniem: pomniejsi działacze polskiej partii wypowiadali się w opłaconych przez Zuokasa reklamach politycznych, iż są „słuszne obawy o to, by po objęciu władzy przez nową ekipę, nie trafić z przysłowiowego deszczu pod rynnę”, a polscy internetowi trolle nawoływali: głosujcie na byle kogo, oby nie na Šimašiusa! I mimo to 62,71 do 37,29 zwyciężył Remigijus Šimašius.

Tak naprawdę wczoraj (15 marca) przegrał nie Artūras Zuokas. I nawet nie Rubikon-Icor. Przegrali ci, którzy uważają, że wszystko się da załatwić za pomocą zastraszania, populistycznych obietnic gruszek na wierzbie i wykorzystywania zasobów administracyjnych. Przegrali ci, którzy uważają, że trzeba głosować nie na program, a zawsze i wszędzie tylko na „swoich”. Przegrali zwolennicy etnicznego wyborczego klinczu, który przez 25 ostatnich lat był przekleństwem litewskiego system wyborczego. Zwycięstwo Šimašiusa przełamało bowiem patową sytuację, w której Litwini głosują na Litwinów, Polacy na Polaków, a Rosjanie na Rosjan. Wpływ AWPL na mniejszości narodowe, i nacjonalistów Litwinów okazał się dużo mniejszy niż się niektórym wydawało. Jak wynika z frekwencji w dzielnicach wyborczych zamieszkałych przez Polaków i Rosjan po prostu twardy wyborca AWPL — tak jak przewidywałem — na wybory nie poszedł. Bo dla niego i Zuokas, i Šimašius są tak samo obcy. Na szczęście w odróżnieniu w Wilnie AWPL ma nie tylko twardy elektorat…

Jakościowy przełom na litewskiej scenie politycznej

Zwycięstwo Šimašiusa udowodniło, że litewski polityk może wyraźnie opowiedzieć się po stronie postulatów mniejszości narodowych i nie tylko pozyskać głosy tych mniejszości, ale i nie stracić głosów wyborców litewskich. I nawet nie ma znaczenia, czy Šimašius ze swych przedwyborczych propolskich obietnic wywiąże się czy nie. Pewnie nie, bo absolutna większość z nich nie leży w kompetencji mera Wilna. Po raz pierwszy jednak na tak wysokim stanowisku mamy osobę, która w imię zasad była gotowa zaryzykować nawet zwycięstwem w wyborach i której to ryzyko sowicie się opłaciło. Okazało się, że wileński wyborca, wyborca litewski wcale nie jest tak przerażająco ksenofobiczny jak nam malują niektóre „orle pióra”, a wyborca polski i rosyjski wcale nie zawsze głosuje na „swoich”. To jest jednak jakościowy przełom na litewskiej scenie politycznej. Nie oczekuję, że teraz wszyscy litewscy politycy rzucą się jak jeden mąż do składania Polakom obietnic, a już tym bardziej ich wykonywania, ale że dyskusja nad polskimi postulatami będzie łatwiejsza — o ile po stronie polskiej znajdzie się ktoś kto będzie w stanie ją w sposób cywilizowany, bez odwoływania się do „błękitnych” skojarzeń prowadzić — nie wątpię. A więc o jednego smoka — nie tylko w Wilnie, ale i w stosunkach polsko-litewskich — mamy dzisiaj mniej. Co nie znaczy, że za chwilę nie wyrosną nam kolejni…

Jeszcze przed drugą turą liberałowie z konserwatystami zawiązali koalicję, która tworzy oś przyszłej większości rządzącej w miejskiej radzie miejskiej i ma 24 mandaty. Brakuje jej zaledwie dwóch mandatów. Już wiadomo, że tych brakujących mandatów Šimašius nie będzie szukał ani w Litewskim Związku Wolności Artūrasa Zuokasa, ani w AWPL. Na AWPL mści się nie tylko bezkrytyczne popieranie Zuokasa w ubiegłej kadencji i w czasie wyborów, ale też przede wszystkim flirtowanie ze środowiskami prokremlowskimi w pogoni za taktycznym sukcesem wyborczym. W radzie miejskiej cztery mandaty mają socjaldemokraci, trzy – „Porządek i Sprawiedliwość”, jeszcze cztery — frakcja Litewskiej Listy. Możliwa więc jest współpraca liberałów i konserwatystów tak z każdą z tych partii z osobna, jak i ze wszystkimi na raz. Mankamentem tej koalicji jest fakt, iż nie będzie w niej ani jednego Polaka. W obecnej sytuacji dla Polaków z Wilna było lepiej mieć dwóch polskich radnych w koalicji rządzącej niż siedmiu poza nią.

Polskiej wspólnocie w Wilnie problemów nie brakuje

Niejednokrotnie pisałem, iż aby skutecznie bronić swoich interesów Polacy powinni być w każdej partii, nie tylko w AWPL, zaś strategia obrony interesów wspólnoty po przez stawianie tylko na jedną kartę, na jedną partię prowadzi do tego, że gdy taka partia znajduje się w opozycji jest możliwe przyjęcie nawet najbardziej nieprzychylnych rozwiązań dla naszej wspólnoty, a polskiej wspólnocie w Wilnie problemów nie brakuje. I nawet nie chodzi o zwrot ziemi, który ślimaczył się za rządów AWPL tak samo jak za każdych innych, tylko o „zamrożoną” kwestię reorganizacji niedokompletowanych szkół. W styczniu br. podczas spotkania w Polskim Klubie Dyskusyjnym i Remigijus Šimašius, i Mykolas Majauskas, liderzy nowej rządzącej Wilnem większości, zapowiadali, iż będą poszukiwali rozwiązania tych kwestii na drodze kompromisu i dialogu. Tylko czy taki kompromis jest możliwy, gdy najzwyklejsza logika podpowiada, iż sytuacja, gdy obok siebie istnieje szkoła, w której dzieci uczą się w dwie zmiany, i szkoła, w której brakuje 2/3 uczniów, jest na dłuższą metę nie do utrzymania?…

Warto przy tej okazji przypomnieć, że jeszcze w lutym ub.r. uchwaliła wileńska rada samorządowa — a jak wiadomo miastem współrządziła wówczas AWPL — dokument, który się nazywa „Plan ogólny reorganizacji sieci szkół ogólnokształcących miasta Wilna w latach 2014-2015”. Na pierwszy rzut oka nie ma w tym Planie niczego nadzwyczajnego. Kolejna polityczna deklaracja o tym, iż reorganizacja sieci szkół nie jest celem tylko środkiem ku lepszej jakości nauczania i bardziej racjonalnemu wykorzystaniu środków finansowych przeznaczonych na szkolnictwo. Plan zakłada m.in. zlikwidowanie drugiej zmiany w szkołach, poszerzenie sieci gimnazjów, zmniejszenie obciążenia szkół, aby naukę w nich pobierało nie więcej osób niż przewiduje projekt budynku szkolnego. W zasadzie można każdemu z tych celów i zadań przyklasnąć. Istnieje jednak jedno poważne „ale” — w Planie ani w jednym punkcie nie zostało zapisane zobowiązanie do zachowania istniejącej sieci szkół mniejszości narodowych. Dlaczego jest to ważne? Bo w Wilnie to niektóre szkoły litewskie są przepełnione, a dzieci w nich się uczą w dwie zmiany, natomiast niektóre polskie i rosyjskie są na wpół puste (np. w szkole średniej im. Joachima Lelewela uczniów jest trzy razy mniej niż przewiduje dokumentacja projektowa).

Początek gruntownych zmian nie tylko w Wilnie?

Nie jestem pewien, chociaż mam nadzieję, że zwycięstwo Šimašiusa oznacza początek tworzenia się na litewskiej scenie politycznej prawdziwej liberalnej partii politycznej w stylu zachodnioeuropejskiej. Partii zdroworozsądkowej, nie żerującej na antypolskich czy antygejowskich fobiach. Jest to szczególnie ważne w obliczu obłudy tych działaczy polskiej partii, którzy dla iluzji (nawet w przypadku zwycięstwa Zuokasa Wilnem rządziłaby najpewniej liberalno-konserwatywna koalicja) pozostania u władzy była gotowa wesprzeć kandydata otwarcie flirtującego ze środowiskiem litewskich nacjonalistów. Proces tworzenia się takiej liberalnej opcji, opartej nie na etniczności tylko wartościach, może jednak trwać wiele lat. Nie mam natomiast wątpliwości, że zwycięstwo Šimašiusa jest początkiem gruntownych zmian w Wilnie. Te zmiany na pewno nie każdemu przypadną do gustu. Pewnie i sam niejednokrotnie będę je krytykował. Ale mimo to uważam, że był już najwyższy czas na nową wizję rozwoju naszego miasta. I cieszę się, że ponad 60 proc. mieszkańców mego miasta myśli podobnie.

Tagi:

Więcej informacji
Radio Znad Wilii


Radio ZW FUN


Spaudos, radijo ir televizijos rėmimo fondas
Radar Wileński – Poinformuj nas!