• Opinie
  • 22 września, 2015 6:04

Nowe ofiary

Kryzys migracyjny, z jakim zmaga się Unia Europejska, nie jest dobrą wiadomością dla Ukrainy i innych „proeuropejskich” państw Partnerstwa Wschodniego. Mogą być jego ofiarami.

Andrzej Szeptycki
Nowe ofiary

Fot. PAP/EPA / NICOLAS ARMER

Choć system wizowy Schengen był jednym z symboli „Europy-twierdzy”, jego osłabienie (czy hipotetyczna likwidacja) dotknie przede wszystkim obywateli państw trzecich – w szczególności Ukraińców, Gruzinów czy Mołdawian.

Koniec wizy Schengen?
Obywatele krajów członkowskich mogą swobodnie poruszać się po całej Unii Europejskiej – to jedna z czterech swobód wspólnego rynku, niezwiązana bezpośrednio z ideą Schengen. Wielka Brytania nie jest w strefie Schengen, niemniej każdy obywatel Polski ma prawo tam wjechać, a nawet podjąć pracę, bo jest obywatelem kraju członkowskiego UE. W przypadku obywateli państw trzecich sytuacja jest odmienna. Wiza Schengen (choć trudno ją było uzyskać – na przykład w przypadku Ukrainy) czy brak reżimu wizowego (od niedawna w przypadku Mołdawii) pozwalały na wjazd na terytorium całej strefy, a zatem zdecydowanej większości państw członkowskich UE i EFTA. Wprowadzenie kontroli granicznych wewnątrz strefy oznacza konieczność przechodzenia uciążliwych kontroli, które nie będą formalnością, jak w przypadku obywateli państw Unii. Przybysz spoza UE będzie dla służb granicznych potencjalnym nielegalnym imigrantem, który na każdej granicy będzie musiał ponownie udowodnić, że ma prawo wjazdu do danego kraju. W skrajnym przypadku likwidacja strefy Schengen – to scenariusz czysto hipotetyczny – mogłaby prowadzić do renacjonalizacji polityki wizowej państw członkowskich.

Oba te instrumenty – Schengen i wspólna polityka wizowa – są ściśle powiązane. Zniesienie kontroli na granicach wewnętrznych zakłada bowiem jednocześnie wspólną kontrolę nad tym, kto może przekraczać granice zewnętrzne. Renacjonalizacja polityk wizowych oznaczałaby natomiast konieczność uzyskiwania oddzielnie wiz do każdego z krajów „schengeńskich”. Ponadto aplikantów nie chroniłyby już standardy Schengen (tzw. Kodeks wizowy), co mogłoby prowadzić do zaostrzenia polityki wizowej poszczególnych państw.

Białe kołnierzyki znad Dniepru
Obecny kryzys może ponadto zaostrzyć postawy państw i społeczeństw krajów członkowskich wobec imigrantów. Na razie jest to widoczne w państwach Grupy Wyszehradzkiej – gorzej sytuowanych, a zarazem mających mniejsze doświadczenie w kwestii imigrantów i mniejsze zobowiązania wobec państw z których ci napływają. Jak zachowają się kraje „starej” UE (zwłaszcza Niemcy) trudno w tym momencie orzec. Niemniej wydaje się, że i one będą musiały wycofać się z bardzo przyjaznej wobec przybyszów retoryki. W krajach naszego regionu, w szczególności w Polsce, obecny kryzys po raz pierwszy sprowokował debatę na temat imigracji. Debata ta może objąć również Ukraińców – ku uciesze niektórych sił politycznych i prorosyjskiej propagandy. Bardzo łatwo jest połączyć dwa zdania: „Nie chcemy w Polsce ukraińskich banderowców” i „Nie chcemy w Polsce obcych, czarnych, Arabów”; wyjdzie nam: „Nie chcemy w Polsce obcych: ukraińskich banderowców, czarnych, Arabów”.

W tym kontekście na negatywną ocenę zasługuje wypowiedź premier Ewy Kopacz, która stwierdziła przed paroma dniami, że Polski nie stać na przyjmowanie imigrantów ekonomicznych. A kim są w większości Ukraińcy przyjeżdżający do Polski? Właśnie imigrantami ekonomicznymi. Czy stać nas na nich? Chyba tak, skoro większość znajduje pracę jako sprzątaczki, pracownicy budowlani i coraz częściej – warto o tym przypomnieć pani premier – „białe kołnierzyki”.

Wyjść z twarzą
Kryzys imigracyjny to kolejne trudne wyzwanie z jakim musi się zmagać UE (po kryzysie strefy euro i wojnie na Ukrainie). Każde z nich pokazuje słabość Unii w kluczowych obszarach – Schengen, euro, Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Każde z nich także osłabiło UE i sprawiło, że coraz bardziej zamyka się ona, skupiając na wewnętrznych problemach. „Unia Europejska nie jest w dobrym stanie” – stwierdził kilka dni temu w Parlamencie Europejskim Jean-Claude Juncker. Słaba Unia to Unia mniej chętna do angażowania się poza swoimi granicami, mniej chętna do podejmowania bardziej ambitnych inicjatyw wobec państw sąsiedzkich, mniej chętna do hojniejszego wspierania finansowego ich transformacji. Umowa stowarzyszeniowa – i co z tego?

Unia Europejska borykająca się z niekontrolowanym napływem uchodźców może szybko stracić część swojego soft power. Wpuszczając imigrantów – okaże swą słabość. Nie wpuszczając – pokaże, że w istocie niewiele różni się od bogatych monarchii naftowych z Zatoki.

Celem tego tekstu nie jest odpowiedź na pytania, jakie cele przyświecają obecnej polityce Rosji w Syrii i na ile Kreml przyczynił się do wybuchu obecnego kryzysu. Faktem jest jednak, że w Moskwie z pewnością z zadowoleniem obserwuje się chaotyczne działania UE, brak solidarności w kwestii napływających uciekinierów, zamykanie granic. Brakuje jeszcze tylko nadgorliwego węgierskiego pogranicznika, który otworzy ogień do rodziny szturmującej zasieki na granicy z Serbią i Europa będzie miała nowego „bohatera”. Ktoś na Kremlu powie: „Patrzcie – oni też strzelają do ludzi, którzy chcą lepszego życia. Czy o to walczyliście w mroźne dni na Majdanie?” Ale – „wszystko jest w porządku pani markizo”.

* Nowe ofiary

PODCASTY I GALERIE